IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

« Muzyka, taniec, śpiew, piękne góry, źródła wody mineralnej, temperament mieszkańców, doskonałe jedzenie i oczywiście wino – te właśnie rzeczy wymieniają najczęściej osoby pytane o to, co kojarzy im się z Gruzją. Ja do powyższej listy skojarzeń mogę dorzucić jeszcze gruzińskie toasty i ośrodki narciarskie Kaukazu. Czeka tu na nas naprawdę mnóstwo atrakcji. »

Charakterystyczny szczyt Uszba (4710 m n.p.m.), tzw. Matterhorn Kaukazu, w regionie Swanetia

© BESSARIONCHAKHVADZE/ŁUKASZHATŁAS

 

Gruzini kochają swoją ojczyznę i uważają, że jest najpiękniejsza na świecie. Z wielką chęcią przytaczają legendę o jej powstaniu. Według niej kiedy Bóg rozdzielał ziemie między narody, które tłoczyły się niecierpliwie i dopraszały o jak najlepsze tereny, lud gruziński bawił się i pił wino. Gdy Stworzyciel przydzielił terytoria, jego uwagę zwrócili radośni, roześmiani ludzie. Zachwycony ich podejściem do życia postanowił podarować im najpiękniejszą krainę na świecie, którą początkowo miał zostawić sobie. Mówi się, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. W Gruzji niemal wszędzie ujrzymy widoki zapierające dech w piersiach. 

 

Po gruzińsku nazwa tego niewielkiego kaukaskiego kraju brzmi Sakartvelo. Oznacza ona ziemię Kartwelów. Według mitologii Gruzini pochodzą od Kartlosa, który miał być praprawnukiem samego Noego.

KIELICHY W GÓRĘ

Gruzja to kraj winem płynący. Wszystkie ważne spotkania, wyzwania, problemy, poważne decyzje poprzedzane są odprężającym kieliszkiem szlachetnego trunku. Zwyczaj picia i wytwarzania wina liczy sobie tutaj tysiące lat i jest prawdopodobnie najstarszy na świecie, co Gruzini z dumą podkreślają. Tradycyjnie przy jego produkcji używa się glinianych amfor o nazwie kwewri. Do zakopanych w ziemi naczyń, czasem mających pojemność nawet kilku tysięcy litrów, wkłada się całe kiście winogron, które przez dwa tygodnie fermentują. Następnie amfory szczelnie się zamyka, aby po dwóch latach uzyskać doceniane przez znawców wino. 

 

Winiarskie tradycje tego kraju powiązane są nieodłącznie z gruzińskimi toastami. Każdy z nich to osobna historia, opowiedziana z lekkim przekąsem, zakończona wyszukaną puentą i głębokim przesłaniem. Wznosić powinien je tzw. tamada, czyli mistrz ceremonii. Przed ucztą zapoznaje się on z informacjami dotyczącymi honorowych gości, aby móc wspomnieć o nich w swoich przemowach. Na każdym spotkaniu musi zostać wygłoszonych kilka najważniejszych toastów. Przede wszystkim należy wypić za przodków. Dla Gruzinów bardzo ważne jest poczucie narodowej tożsamości. Każda przemowa kończy się gromkim Gaumardżos!, co dosłownie oznacza „Za twoje zwycięstwo!” (to odpowiednik naszego Na zdrowie!). Tradycja wznoszenia toastów odgrywała ważną rolę w czasach Imperium Rosyjskiego. Gruzini zbierali się w domach, ucztowali i pili wino. Ten zwyczaj pomagał im przetrwać pod obcymi rządami. Podczas tradycyjnej gruzińskiej supry, czyli uczty, obowiązują niepisane zasady. Przykładowo kielich z winem trzyma się zawsze w prawej dłoni, goście nie wygłaszają toastów, jeśli nie zostali wskazani przez tamadę, nie należy nikogo krytykować. Poza tym niemile widziane jest również doprowadzenie się do upojenia alkoholowego, dlatego warto odpowiednio dawkować sobie posiłki i ilość trunku. Trochę trudniej będzie zachować umiar, kiedy trzeba pić z tradycyjnego rogu – nie da się tego naczynia nie opróżnić za jednym razem, gdyż nie można go odstawić. 

 

W Gruzji występuje ok. 540 gatunków wina. Każdy z nich ma wyjątkowy smak. Za najważniejszy winiarski region uchodzi Kachetia, w której znajduje się ponad 70 proc. upraw winorośli w kraju. Kto nie odwiedził tej wschodniej krainy, nie może powiedzieć, że poznał Gruzję. Tak twierdził Akaki Cereteli (1840–1915), poeta, prozaik i publicysta, uważany za twórcę współczesnego gruzińskiego języka literackiego. Z pewnością miał rację, bo ze względu na swoje położenie, kuchnię, krajobrazy i winiarskie tradycje ten region jest miejscem, które koniecznie trzeba zwiedzić podczas podróży po ojczyźnie Gruzinów.

KRAINA WINA

Znaczną część Kachetii stanowi rozległa dolina, na północy sąsiadująca z dagestańskim Kaukazem, a od południa dochodząca do azerbejdżańskich mokradeł. Stolicą regionu jest blisko 25-tysięczne Telawi, jednak turyści najchętniej odwiedzają niewielką miejscowość malowniczo położoną na zboczu wzniesienia. Górujące nad doliną Sighnaghi, usytuowane na średniej wysokości ok. 790 m n.p.m., nazywane bywa miastem miłości. Rzeczywiście urok tego miejsca skłania do podejmowania romantycznych decyzji. W Sighnaghi koniecznie trzeba przespacerować się pięknie odrestaurowanym historycznym centrum. Warto też odwiedzić muzeum miejskie, w którym obejrzymy m.in. bogaty zbiór dzieł Niko Pirosmaniego (Niko Pirosmanaszwilego). Historia życia tego najwybitniejszego gruzińskiego malarza samouka to świetny materiał na film. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny ze wsi Mirzaani w Kachetii. Żeby zarobić na chleb, m.in. malował szyldy na zlecenie. Swoje dzieła tworzył na tym, co znajdowało się pod ręką: na kartonach, kawałkach blachy, płótnach, deskach. Niestety zmarł również w biedzie w kwietniu 1918 r. w Tbilisi. Plotka głosi, że to właśnie wydarzenie z życia gruzińskiego Nikifora (jak często zwie się w Polsce Niko Pirosmaniego) było inspiracją do powstania w 1982 r. rosyjskiej piosenki Milion purpurowych róż wykonywanej przez Ałłę Pugaczową. Malarz miał podarować ogromne ilości kwiatów pewnej kobiecie, ale aby je zdobyć, musiał sprzedać wszystko. Jak to często bywa, dopiero po śmierci artysty doceniono jego twórczość. Dziś odnalezione w różnych miejscach szyldy Pirosmaniego są bardzo popularne w Gruzji, a motywy z jego obrazów zdobią liczne gruzińskie wnętrza, w tym niemal każdy lokal gastronomiczny. 

 

Podczas wizyty w Kachetii nie sposób nie zajrzeć do słynnego kompleksu Dawit Garedża (Dawid Garedża). Jego nazwę utworzono od imienia pochodzącego z Syrii mnicha Dawida, który w VI w. założył pierwszy monastyr na górze Garedża. Dziś kompleks klasztorny leży na granicy gruzińsko-azerbejdżańskiej (część znajduje się na terenie Azerbejdżanu). W XII stuleciu udał się tutaj po przymusowej abdykacji Dymitr I (ok. 1093–1156), najstarszy syn Dawida IV Budowniczego (1073–1125). To właśnie ten ostatni władca zjednoczył kaukaski naród. Za jego panowania stworzono silną armię, zreformowano Kościół, przeprowadzono zmiany w administracji. Dawid IV był królem tolerancyjnym, dzięki czemu w jego państwie w zgodzie mogli żyć obok siebie muzułmanie, żydzi i chrześcijanie. Za jego czasów rozpoczęła się epoka zwana złotym wiekiem Gruzji, która trwała do XIII stulecia.

 

MIASTO NIEZWYKŁE

Wspomniany Dawid IV ufundował m.in. kompleks klasztorny Gelati, położony ok. 8 km na północny wschód od Kutaisi. Ten wpisany w 1994 r., razem z kutaiską Katedrą Bagrata (usuniętą następnie w 2017 r. z powodu zakończonej rekonstrukcji, która naruszyła historyczną autentyczność obiektu), na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO zabytek koniecznie należy zobaczyć. W przeszłości działała tu akademia nazywana Nową Grecją. To właśnie w niej studiowali wybitni naukowcy i myśliciele. Podobno na terenie kompleksu znajduje się nie tylko grób Dawida IV Budowniczego, ale i (w jakimś sekretnym miejscu) Tamar I Wielkiej (1160–1213) – władczyni, która nosiła tytuł króla królów tak jak jej poprzednicy. 

 

Główną świątynią Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i Apostolskiego jest wznosząca się w Tbilisi Katedra Sioni. Przechowuje się w niej najcenniejszą relikwię w kraju, czyli krzyż św. Nino, według tradycji zrobiony z dwóch gałązek winorośli splecionych kosmykiem jej włosów. To właśnie z tym krzyżem święta miała głosić nauki Jezusa. Będący pod wrażeniem jej pobożności król Kartlii (dawnej Iberii) Mirian III ustanowił w 337 r. chrześcijaństwo religią państwową (Gruzja stała się drugim chrześcijańskim krajem na świecie, po Armenii). Podczas spaceru po gruzińskiej stolicy z pewnością powinniśmy zajrzeć do Katedry Sioni. 

 

Tbilisi jest wyjątkowym miastem o niepowtarzalnej atmosferze. Wpływa na to m.in. jego położenie na zboczach Małego Kaukazu, nad rzeką Kurą. Stolica Gruzji najpiękniej wygląda nocą, gdy większość najważniejszych obiektów zostaje podświetlona. Na punkcie iluminacji mieszkańcy Tbilisi są pozytywnie zakręceni. Przykładem ich osobliwego zamiłowania jest chociażby otwarty jedynie dla ruchu pieszego Most Pokoju zwany potocznie podpaską, łączący zabytkową część miasta z nowoczesną. Rozświetlają go tysiące diod LED. 

 

Wyjątkowość stolicy przejawia się także w jej wielokulturowości. Znajdują się tu świątynie Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i Apostolskiego oraz Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, meczet, synagoga i katolicki kościół. Co ciekawe, we wspomnianym meczecie modlą się wyznawcy islamu szyickiego i sunnickiego.

 

W Tbilisi obowiązkowo należy wjechać kolejką gondolową za symboliczne lari pod pomnik Matka Gruzja z 1958 r. usytuowany na szczycie grzbietu górskiego Sololaki. Monumentalny, 20-metrowy posąg przedstawia kobietę, która w jednej ręce trzyma miecz do obrony przed wrogami, a w drugiej puchar wina dla przyjaciół. Rozpościera się stąd niezapomniany, zapierający dech w piersiach widok na miasto. Można dostrzec wspomniany Most Pokoju czy nowoczesny Park Rike z tańczącymi fontannami, a w nim futurystyczną konstrukcję przypominającą wielkie, stalowe rury – to teatr muzyczny i przestrzeń wystawiennicza. Najwyższym wzniesieniem w Tbilisi jest Mtatsminda (770 m n.p.m.). Na tę górę też wjedziemy kolejką (linowo-szynową). Znajdują się na niej wieża telewizyjna, park rozrywki (Mtatsminda Park), restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami. 

 

W stolicy warto zatrzymać się na nieco dłużej choćby po to, żeby skorzystać z bogatej oferty klubów nocnych. Aby się zrelaksować, należy udać się do zbudowanych w stylu perskim łaźni siarkowych w Abanotubani. Podczas wizyty w nich można zamówić wino i coś do jedzenia. 

Nad rzeką Kurą leży również inne słynne gruzińskie miasto – Bordżomi. Lecznicze właściwości wody mineralnej Borjomi są znane na całym świecie. Liczne badania udowadniają, że jej skład jest identyczny jak ponad 100 lat temu. Bardzo dba się o to, aby wydobywać taką ilość wody, która nie wyczerpie źródła artezyjskiego wypływającego na wysokości ok. 2300 m n.p.m. nad kurortem Bakuriani. 

Tbilisi z wijącą się przez nie rzeką Kurą (po gruzińsku Mtkwari) poprzecinaną mostami

© GEORGIANNATIONALTOURISMADMINISTRATION

 

Założony w VI w. kompleks monastyrów Dawit Garedża znajduje się na granicy z Azerbejdżanem

© BESSARIONCHAKHVADZE/ŁUKASZHATŁAS

CZARNOMORSKI KURORT

Gruzini żyją pełną piersią i chyba dlatego tak łatwo zakochać się w ich kraju i kulturze. Kochają jeść, tańczyć i śpiewać. Najczęściej ich mocne, głębokie głosy usłyszymy po którymś z kolejnych toastów. Mile widziana jest wymiana repertuaru przy stole. Gruzini nie marnują darów natury. Wytłoki winogronowe wykorzystują do produkcji miejscowego wysokoprocentowego alkoholu. Czacza, bo o niej mowa, ma od 40 do nawet 65 proc. etanolu. Znajdziemy ją na każdym rogu. Jednak z degustacją warto wstrzymać się do czasu natrafienia na sprawdzone źródło. Dobrej jakości czacza domowej produkcji jest smaczna, mocna i nie powoduje zazwyczaj żadnych przykrych dolegliwości następnego dnia.

 

Z produkcji tego alkoholu słynie Adżaria, kraina położona w południowo-zachodniej części kraju, nad Morzem Czarnym. W najsłynniejszym gruzińskim kurorcie, tutejszym 165-tysięcznym Batumi, znajduje się nawet Wieża Czaczy. Ze stojących obok niej dystrybutorów jeszcze kilka lat temu w określonym dniu tygodnia przez 10 minut lał się ten wysokoprocentowy trunek.

 

Batumi, ech, Batumi, herbaciane pola Batumi. Cykadami dźwięczący świt świadkiem był szczęścia chwil. Tekst piosenki Filipinek z 1964 r. nuciło pół Polski (dziś można ją usłyszeć codziennie wieczorem w okolicy śpiewających fontann przy jednym z głównych wejść na batumski bulwar nadmorski). Nic więc dziwnego, że Polacy przyjeżdżający do tego adżarskiego kurortu często rozglądają się za uprawami herbaty. Dla miejscowych, szczególnie tych z młodszego pokolenia, to jednak dość zaskakujące zachowanie, ponieważ po herbacianych polach ślad prawie zaginął. Skąd w ogóle się tutaj wzięły? W drugiej połowie XIX w. w sąsiednim Azerbejdżanie odkryto złoża ropy naftowej i rozpoczęto wydobywać ją na skalę przemysłową. W okolice Baku ściągali zagraniczni inwestorzy i ludzie szukający pracy. Wkrótce ropa, najpierw pociągami, następnie pierwszymi rurociągami zaczęła trafiać do Batumi, które dzięki swojemu położeniu nad Morzem Czarnym stało się oknem na świat. Szybko powstały tu piękne hotele, stylowe kamienice i klimatyczne kawiarnie, a miasto zyskało status kurortu. Ponieważ do pracy przy budowie ropociągów brakowało już rąk, sprowadzono siłę roboczą z Chin. Jak nietrudno się domyślić, wraz z Chińczykami do Batumi trafiła herbata. Herbaciane krzewy szybko przyjęły się w czarnomorskim klimacie. Posadzono je na wzgórzach otaczających portowe miasto. W czasach Związku Radzieckiego pochodzącą stąd herbatę pito we wszystkich krajach bloku wschodniego. Niestety wraz z upadkiem systemu skończył się eksport, a pola straciły na wartości. Dziś szczepy krzewów herbacianych zobaczymy w rozległym Ogrodzie Botanicznym Batumi w pobliskiej miejscowości Mtsvane Kontskhi (Zielony Przylądek). Chodzą słuchy, że uprawa herbaty ma zostać wznowiona. Może piosenka Filipinek znów stanie się zatem aktualna...

 

Batumi to nie tylko popularna miejscowość wypoczynkowa, lecz także stolica Adżarskiej Republiki Autonomicznej, regionu, w którym działają osobne urzędy i parlament (funkcję premiera pełni od lipca 2016 r. Zurab Pataradze). Położone nad Morzem Czarnym miasto stanowi również siedzibę Sądu Konstytucyjnego Gruzji. Od kilku lat kurort ponownie pięknieje, odzyskuje swój dawny blask i nabiera nowoczesnego sznytu. Wybrzeże wprawdzie jest kamieniste, nie zraża to jednak miłośników kąpieli słonecznych, ponieważ na plaży dostępne są wygodne leżaki. Turyści mogą też spędzać czas na zrewitalizowanym starym i niedawno powstałym nowym bulwarze. Wieczorem tutejsze bary, kluby i restauracje tętnią życiem. Na klimatycznym placu Piazza, stylizowanym na włoski rynek z XIX w., wysłuchamy koncertów jazzowych. Niedaleko brzegu morza, w pobliżu budynku Radisson Blu Hotel i diabelskiego młyna przypominającego London Eye, stoi kolejny z symboli Batumi – 130-metrowa Wieża Alfabetu. Jej ażurową konstrukcję oplatają dwa ciągi z 33 literami wyjątkowego pisma gruzińskiego, co przypomina strukturę DNA. Jak mówią sami Gruzini, język jest swoistym kodem genetycznym narodu. W historycznej części Batumi koniecznie należy zajrzeć do jednej z licznych knajpek, żeby spróbować jedynego w swoim rodzaju zapiekanego placka chaczapuri, który w Adżarii podaje się z serem i lekko ściętym jajkiem (żółtko ma symbolizować słońce). Na każdym kroku natkniemy się tu również na tureckie przysmaki (Turcja leży zaledwie 15 km stąd) czy niemieckie, włoskie i ukraińskie restauracje. 

 

Jednym z najbardziej znanych obiektów w mieście jest ruchoma rzeźba Ali i Nino, usytuowana w okolicy nadmorskiego bulwaru. Inspirację do niej stanowiła historia zakazanej miłości gruzińskiej chrześcijanki i muzułmanina z Azerbejdżanu opisana w powieści Ali i Nino autorstwa Lwa Nussimbauma (pseudonim Kurban Said, 1905–1942). Wieczorami co 10 minut para na chwilę splata się w miłosnym uścisku. 

 

Podczas spaceru nabrzeżem po minięciu słynnego batumskiego delfinarium i tańczących fontann dojdziemy do ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich, wzdłuż której wyrastają jak grzyby po deszczu nowoczesne kompleksy apartamentowo-hotelowe otaczające oddany do użytku we wrześniu 2016 r. Euphoria Batumi Hotel z klubem nocnym i kasynem. Zarówno w Batumi, jak i w całym kraju znajdziemy wiele polskich akcentów. Od kilku lat Gruzja jest jednym z najpopularniejszych miejsc na wyjazdy turystyczne wśród Polaków. Odkąd pojawiły się połączenia obsługiwane przez tanie linie lotnicze, przybywa ich tu coraz więcej. Zwiększeniu zainteresowania Gruzją sprzyja też brak obowiązku posiadania paszportów przez turystów z Polski. Dziś w wielu miejscach w tym kraju usłyszymy naszą ojczystą mowę. Zresztą ta popularność działa w dwie strony. Jeszcze 10 lat temu kuchni gruzińskiej można było spróbować tylko w paru lokalach w kilku dużych miastach w Polsce. Obecnie chinkali (rodzaj tutejszych pierogów wypełnionych bulionem) przygotowane przez rodowitego Gruzina zjemy również w mniejszych miejscowościach w naszym kraju. 

 

 

JAK POLAK Z GRUZINEM

Mieszkańcy Gruzji darzą polskich turystów nieskrywaną sympatią, która nie maleje od lat. Jest to chyba jedyny kraj na świecie (obok Węgier), gdzie nasz język wywołuje szczery uśmiech na twarzach miejscowych. Na ten stan rzeczy z pewnością wpłynęła sytuacja z sierpnia 2008 r., kiedy podczas trwania konfliktu gruzińsko-osetyjskiego prezydent Lech Kaczyński pomimo wielu przeciwności przybył na wiec w Tbilisi, aby podtrzymać na duchu Gruzinów i zadeklarować swoje poparcie dla ówczesnego gruzińskiego prezydenta Micheila Saakaszwilego. Dla obywateli Gruzji był to bardzo ważny gest. 

 

Jednak to nie jedyna przyczyna, dla której w tym małym kaukaskim kraju jesteśmy pozytywnie postrzegani. Obraz walczącego o wolność, inteligentnego i wykształconego Polaka pojawił się w świadomości Gruzinów już w pierwszej połowie XIX stulecia. Po powstaniu listopadowym w Królestwie Polskim nastąpiła fala zesłań na Kaukaz i Syberię. Zesłańcy znacząco przyczynili się do rozwoju nauki, kultury, sztuki i gospodarki na ziemiach, na których przyszło im żyć. Gruzini o tym doskonale wiedzą i bardzo doceniają ten fakt. Możemy tego doświadczyć na każdym kroku. 

 

 Polacy czują się w Gruzji na tyle dobrze, że coraz częściej inwestują w niej w nieruchomości. Ten trend da się w szczególności zaobserwować właśnie w Batumi. Na polskich stronach internetowych znajdziemy coraz więcej ofert mieszkań, apartamentów i domów do kupienia w tym mieście oraz kontakt do pośredników pomagających w wyborze i załatwianiu kwestii formalnych. Ceny nieruchomości są tutaj wciąż jeszcze znacznie niższe niż w przypadku wybrzeża Bałtyku. Któż nie chciałby zresztą móc odwiedzać Batumi, gdy tylko przyjdzie mu ochota i cieszyć wzroku widokiem falującego Morza Czarnego, zwłaszcza że na wynajmowaniu apartamentu podczas swojej nieobecności ma szansę zarobić.

 

Poza tym w Gruzji można także rozpieszczać podniebienie miejscowymi przysmakami. Pyszna gruzińska kuchnia już dawno podbiła świat. Do jej najbardziej znanych potraw należą chinkali, pierogi z nadzieniem z mięsa, i badridżani (badrijani), grillowane bakłażany z pastą z orzechów włoskich posypane orzeźwiającymi pestkami granatu. Gruzja smakuje kolendrą, świeżym pieprzem i baraniną, pachnie liśćmi laurowymi. Być w tym kraju i nie spróbować chaczapuri, to jak nie zjeść bigosu w trakcie zwiedzania Polski. Placek ten w zależności od regionu różni się dodatkami. Urozmaica się go serem, pastą z czerwonej fasoli czy jajkiem. Gruzińska kuchnia podbije serca amatorów ostrych sosów. Najsłynniejszym z nich jest z pewnością adżika, rozpowszechniona we wszystkich kaukaskich krajach. To paprykowa pasta z dużą ilością czosnku, solą i mieszanką ziół. Stanowi nieodzowny dodatek do zup, większości mięs i sałatek. Dość stałym elementem supry są potrawy przyrządzane z czerwonej fasoli, np. zupa lobio, która przybiera różne formy i konsystencję w zależności od wizji kucharza. Poza tym nie ma chyba wegetarianina nie lubiącego wspomnianych bakłażanowych zawijańców badridżani. To jeden ze smakołyków skłaniających do powrotu do gruzińskiego stołu.

 

KAUKAZ W ŚNIEGU

Jeszcze kilka lat temu niewielu Polaków kojarzyło Gruzję z wyjazdami narciarskimi. Dziś jest ona jednym z coraz częściej wybieranych regionów przez amatorów białego szaleństwa. Za zimową stolicę kraju uchodzi miasteczko Gudauri (2196 m n.p.m.) w regionie Mccheta-Mtianetia, położone w pobliżu szczytu Kazbek (5033,8 m n.p.m.) i masywu Kuro. To jedna z wizytówek Gruzji. Ten rozwijający się kurort narciarski może się pochwalić rozbudowaną, nowoczesną infrastrukturą i bazą noclegową na europejskim poziomie. W jego okolicy znajduje się ponad 57 km tras o różnym stopniu trudności. Warto przybyć tutaj latem, kiedy nie ma tylu tłumów. Możemy wówczas nasycić wzrok zapierającymi dech w piersiach widokami na majestatyczny Kaukaz.

 

Do Gudauri dostaniemy się słynną Gruzińską Drogą Wojenną. Swoją nazwę zawdzięcza ona Rosjanom, którzy w XIX w. zmodernizowali używany od starożytności szlak, aby umożliwić szybkie przerzucanie wojska przez góry. Cała trasa liczy sobie ponad 208 km. Podróż Gruzińską Drogą Wojenną to spotkanie z Wielkim Kaukazem. Kilka kilometrów powyżej Gudauri leży warty zainteresowania punkt widokowy. Rozciąga się z niego przepiękna panorama gór. Znajduje się tu również wzniesiony w 1983 r. pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej – ogromny mural upamiętniający 200-lecie traktatu gieorgijewskiego i prezentujący trudną i złożoną historię relacji między Rosjanami a Gruzinami. Jeśli wspięlibyśmy się samochodem jeszcze wyżej, przekroczylibyśmy Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Charakterystycznymi budowlami w pobliskim regionie Tuszetia są osobliwe wieże mieszkalno-obronne.

 

W Gruzji można się z łatwością zatracić. Pisać i opowiadać o niej da się bez końca. To kolorowy kraj muzyki, tańca i śpiewu, pięknych i gościnnych ludzi kochających swoje tradycje, życie i wino. Na zakończenie naszej gruzińskiej podróży wznieśmy więc toast: Przed ścięciem drzewa rosną długo. Wypijmy za te, z których będą zrobione nasze trumny. Oby człowiek mający je zasadzić jeszcze się nie narodził. „Gaumardżos!”. 

 

Artykuły wybrane losowo

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.