ANNA KŁOSSOWSKA

 italiannawdrodze.blogspot.com

 

 « Kazachstan ma w sobie cudowną świeżość miejsca nie zalanego jeszcze turystyczną „stonką”. Na każdym kroku czułam się w nim odkrywcą witanym z otwartymi ramionami. »

 

 

W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz… – te słowa piosenki Wojciecha Kilara (muzyka) i Jerzego Lutowskiego (tekst) napisanej do uwielbianego przeze mnie w dzieciństwie serialu telewizyjnego Przygody pana Michała zabrzmiały mi w głowie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam step. Jest niejednorodny i rzeczywiście przeogromny, jak sam współczesny niepodległy Kazachstan, który powstał w grudniu 1991 r. w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego i dziś stanowi dziewiąte pod względem powierzchni państwo na świecie – jego terytorium zajmuje powyżej 2,7 mln km2. Jedynie ok. 13 proc. obszaru kraju należy geograficznie do Europy, reszta znajduje się w Azji. Najdłuższą granicę dzieli on z Rosją (ok. 7,6 tys. km). 

 

 Przez tereny dzisiejszego Kazachstanu przebiegał kiedyś Jedwabny Szlak. Ta sieć dróg handlowych łączyła Chiny z Bliskim Wschodem i Europą. Dziś może stanowić inspirację dla podróżników wytyczających trasy swoich wypraw.

 Polowanie z drapieżnymi ptakami praktykowane jest przez etniczną grupę koczowników kazaskich

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

Kazaskie kobiety przygotowujące pannę młodą podczas ślubu stylizowanego na tradycyjny

© OSPaNalI

 

 

Ośnieżony szczyt chan Tengri (7010 m n.p.m.) na granicy Kazachstanu, Kirgistanu i chin

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

 

PONAD CHMURAMI

 

Podróżuję na pokładzie samolotu przewoźnika Air Astana. Wcześniej nie wiedziałam o nim nic poza tym, że Polskie Linie Lotnicze LOT zawarły z tą firmą umowę codeshare. To oznacza, że na jednym bilecie możemy teraz polecieć z Warszawy aż do Ałmatów, z przesiadką w Nursułtanie (Nur-Sułtanie), po drodze zmieniając tylko samolot naszego narodowego przewoźnika na kazachstański. Mam okazję przetestować to wprowadzone pod koniec marca minionego roku rozwiązanie. Z boeinga, którym dotarłam znad Wisły, przesiadam się w stolicy Kazachstanu do nowiutkiego Airbusa A320neo. Wyposażono go w wygodne fotele – na każdym oparciu umieszczono ekran wyświetlający trasę lotu. Stewardesa ubrana w świetnie uszyty, dopasowany do figury, szary kostium z błękitną bluzką serwuje śniadanie w estetycznym, kartonowym pudełku z rysunkiem apetycznego ciastka. W środku znajduję same smakołyki: świeżą kanapkę, jogurt z marakują gęsty jak śmietana, batonik fitness, torebkę suszonych moreli i śliwek oraz napój, a przecież podróżuję klasą ekonomiczną.

 

 

Nie dziwię się, że TripAdvisor wyróżnił Air Astana nagrodą Travellers’ Choice w kategorii regionalnych linii lotniczych w Azji. Zastanawiam się tylko, czy przewoźnik podobnie jak kazachstańska stolica zmieni nazwę. W marcu 2019 r. Astanę przemianowano na Nursułtan. Stało się to w dzień po tym, jak prezydent Nursułtan Nazarbajew, sprawujący władzę nieprzerwanie od blisko 28 lat, niespodziewanie ustąpił ze stanowiska, co ogłosił w orędziu telewizyjnym. Nazywany oficjalnie Przywódcą Narodu (jak tłumaczy się nadany mu tytuł Ełbasy), zainicjował w lipcu 1994 r. przeniesienie stolicy kraju z Ałmatów do Akmoły i przekształcenie tej ostatniej w nowoczesny ośrodek. Stołeczne miasto zostało przemianowane w 1998 r. na Astanę, co po kazasku oznacza właśnie „stolica”. Ze względu na ekspresowe tempo realizacji projektów i charakter zabudowy, w której nie brakuje ogromnych budynków o niekiedy bardzo fantazyjnych kształtach, wielu osobom dzisiejszy Nursułtan kojarzy się z Dubajem. 

nursułtan uczynił stolicą kraju prezydent, od którego imienia nazwano to miasto w 2019 r.

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

 

DAWNA STOLICA SIĘ BAWI

 

Podczas gdy dawna Astana wyrasta na niemal płaskim stepie (na Pogórzu Kazachskim), Ałmaty, gdzie ląduję po 1,5 godz. lotu, otaczają malownicze szczyty Ałatau Zailijskiego stanowiącego część Tien-szanu. Z gór przez wiele miesięcy w roku pokrytych śniegiem spływa latem orzeźwiająca bryza, przynosząca ulgę w spiekocie, kiedy w lipcu temperatura sięga 40°C. Zimą amatorzy białego szaleństwa mogą wyruszyć na trasy ośrodka narciarskiego Szymbulak (Shymbulak).

 

 

Z Ałmatów blisko jest do granicy z Chinami. Podobnie jak Nursułtan leżą one na Jedwabnym Szlaku. Od kilku lat Chiny forsują projekt Nowego Jedwabnego Szlaku, złożonego z wielu połączeń kolejowych i morskich oraz rozszerzonego o kraje Afryki.

 

 

Ałmaty całkowicie różnią się od zbudowanej na nowo ze stali i szkła stolicy. Wyjątkiem jest architektoniczny kompleks w stylu hi-tech będący odwzorowaniem pasma Ałatau Zailijskiego. To symbol nowej epoki, podobnie jak przeszklone jurty centrum handlowego, usytuowane pod ziemią w samym centrum placu Republiki, na którym w czasach ZSRR odbywały się okolicznościowe defilady. Nowoczesne są też hotele coraz chętniej wchodzących na tutejszy rynek międzynarodowych sieci.

 

 

Mimo iż nie ma już tu siedziby władz centralnych, Ałmaty nadal wiodą prym jako największy ośrodek pod względem liczby mieszkańców w kraju (żyje w nich przeszło 1,8 mln ludzi). Stara, po części poradziecka zabudowa centrum miasta tonie wprost w zieleni, zdobiącej szerokie bulwary i liczne tereny parkowe, w tym piękny Park Centralny z jeziorem, w którym odbijają się górskie szczyty, i Park Pierwszego Prezydenta Republiki Kazachstanu. W tym ostatnim, zajmującym aż 73 ha, bawię się na dorocznym Dniu Ałmatów. Trafiam na jedną z dziesiątek imprez organizowanych z okazji tego wydarzenia przez miesiąc, od 25 sierpnia do 25 września. Na trawniku dumnie prezentują się ogromne, malowane jabłka z masy plastycznej. Uczestniczę w Alma Fest – Festiwalu Jabłka. Poprzednia, radziecka nazwa miasta brzmiała Ałma Ata, co znaczy „ojciec jabłek”. W tej okolicy rosyjski biolog i genetyk Mikołaj Wawiłow (1887–1943) miał odkryć drzewo, od którego pochodzą wszystkie współczesne jabłonie – Malus sieversii. Nie uratowało go to jednak przed stalinowskim więzieniem.

 

 

Wgryzam się w jeden z owoców serwowanych uczestnikom zabawy z kolorowych budek w kształcie jabłek. Pochodzi raczej z eksportu, być może z Polski, bo sadownictwo na pokołchozowych terenach jest dopiero odbudowywane. Dlatego na tutejszych targach owoce mają wysokie ceny – kosztują w przeliczeniu nawet do 12 złotych za kilogram. Po żwirowych alejkach wręcz wypieszczonego parku z mnóstwem kwietnych gazonów przechadzają się na szczudłach kobiety ubrane w tradycyjne kazaskie stroje, bajecznie wręcz kolorowe i ozdobione cekinami czy innymi świecidełkami, z jedwabnymi szalami, haftowanymi płaszczami z aksamitu i twarzowymi nakryciami głowy. Zachwyca mnie bogactwo rękodzieła sprzedawanego na stoiskach. Znajduję na nich wyszywane tubeteiki – czapki przypominające kształtem jurty, przeznaczone do ozdabiania kazaskich namiotów wzorzyste dywany, na których dominuje czerwień, zwane syrmakami, czy rzeźby koni, udomowionych ok. 5,5 tys. lat temu właśnie na obszarze dzisiejszego Kazachstanu. Na trawnikach dzieci ćwiczą jogę, tuż obok wylegują się na kraciastych kocach całe rodziny, jedząc przyniesione z domu przysmaki. 

 

 

Po pewnym czasie odkrywam, że Festiwal Jabłka ma swoje odsłony w kilku innych punktach miasta, np. na wzgórzu Kok Tobe, na które wjeżdżam kolejką linową, aby z wysokości ok. 1100 m n.p.m. spojrzeć na metropolię. Prawdziwą gratką dla fotografów może być przejażdżka wagonikami tutejszego diabelskiego młyna (Ferris), dorównującego temu w parku Wiener Prater w Wiedniu. Tuż obok stoi na… dachu, jakby żywcem przeniesiony z Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku, drewniany dom do góry nogami. Ciekawostką tego miejsca, wcale nie wyeksponowaną, bo wciśniętą gdzieś za minizoo, jest pomnik grupy The Beatles wykonany z brązu w 2007 r., jak twierdzą jego twórcy, pierwszy na świecie przedstawiający wszystkich członków zespołu. Festiwal Jabłka obchodzi się też na ulicy Zhibek Zholy (zwanej Arbatem), szerokim bulwarze położonym w środku miasta i przeznaczonym tylko dla pieszych. Deptak z wielkich, kwadratowych płyt okrywają bardziej lub mniej udane dzieła street artu. Prezentują się na nim uliczni muzycy. Na jego obrzeżach tętnią na szczęście nie tak głośną muzyką kawiarniane i restauracyjne ogródki. W jednym z nich zjadam beszbarmak. To narodowe danie koczowniczych ludów tureckich zamieszkujących tereny od Azji Mniejszej po Czukotkę. Jego nazwa oznacza „pięć palców”, bo podczas jedzenia tej potrawy nomadowie używali właśnie ręki. Na drewnianym, pięknie rzeźbionym półmisku serwowane są gotowane kawałki mięsa (popularnej koniny, ewentualnie wołowiny lub baraniny) z makaronem w formie plastrów przypominającym włoskie płaty makaronowe lasagne. Całość oblana jest mięsnym sosem z mnóstwem krążków cebuli. Palce lizać!

 

 

AMBITNA SZTUKA

 

Wieczorem trafiam na otwarcie Almaty Film Festival, podczas którego gwiazdy defilują po czerwonym dywanie jak na festiwalu w Cannes, a w jury zasiadają gwiazdy formatu Nastassji Kinski. Spektakl premierowy poprzedza pantomima nawiązująca do 3000-letniej historii terenów dzisiejszego Kazachstanu. Kazachowie jako naród wyodrębnili się dopiero w drugiej połowie XV w. i niedługo cieszyli się wolnością na swoich stepach. Już w XIX stuleciu obszary te podbiła carska Rosja, po czym wchłonął je ZSRR. Teraz w Kazachstanie żyje powyżej 12 mln rdzennych Kazachów, stanowiących ok. 65 proc. liczącego blisko 19 mln obywateli społeczeństwa. 

 

 

Oglądam film koprodukcji kazasko-rosyjsko-chińsko-niemiecko-francusko-polskiej Ajka w reżyserii Sergieja Dworcewoja. Występująca w nim Samal Jesliamowa, nominowana po raz pierwszy w historii kazaskiej kinematografii do nagrody za pierwszoplanową rolę kobiecą na festiwalu w Cannes, w 2018 r. sprzątnęła ją sprzed nosa innym pretendentkom. Zdecydowanie zasłużyła na wygraną, bo znakomicie zagrała Ajkę, kirgiską dziewczynę, która za chlebem udaje się do Moskwy i tam wśród śnieżycy stulecia zmaga się z przeciwnościami losu, samą sobą i mafią. Przesłanie filmu jest uniwersalne – jego bohaterką mogłaby być równie dobrze Filipinka w Dubaju, Ukrainka w Polsce czy jeszcze przecież tak niedawno Polka pracująca na czarno na Zachodzie.

 

 

Cieszę się, że miałam szansę uczestniczyć w pierwszej edycji tego międzynarodowego festiwalu zorganizowanego z polecenia i przy wsparciu kazachstańskiego rządu. Kolejną zaplanowano w dniach 14–20 września 2019 r. 

 

 

PRAWIE JAK W AMERYCE

 

W odległości mniej więcej 4 godz. podróży samochodem od Ałmatów leży Kanion Szaryński. Miejscami wyboista regionalna jednopasmówka, na której sporadycznie spotyka się inny pojazd, prowadzi w kierunku granicy z Chinami, głównie przez obszary stepowe i półpustynne. Na nich znajdują się z rzadka rozrzucone domostwa, ubogie już na szybki rzut oka, z zaledwie kilkoma sztukami bydła kręcącymi się po obejściu. Podobnie wyglądają skromne miasteczka jakby żywcem wyjęte z czasów ZSSR, z odrapanymi ścianami domów, ale kuszącymi feerią barw owocami i warzywami na targach. Tutejsze pomidory uprawiane bez sztucznych środków wspomagających mają naturalny kolor i zapach, podobnie jak bakłażany, ogórki czy sałata, które smakują tak, jak powinny, czyli wyśmienicie. 

 

 

Jadę dalej. W oddali, raz bliżej, raz dalej, dostrzegam szczyty wspomnianego już Tien-szanu. Ten łańcuch górski rozciąga się na ok. 2,5 tys. km na pograniczu Kazachstanu, Uzbekistanu, Kirgistanu i Chin. Na ostatnich 10 km za drogowskazem prowadzącym do wąwozu trzeba zamienić drogę asfaltową na gruntową, której koniec oznajmia skromna budka ze szlabanem. 

 

 

Na horyzoncie kamienisto-piaszczysty teren przecina ciemna, zygzakowata rysa. Gdy się do niej zbliżam, potężnieje w oczach, aż wreszcie przybiera kształt kanionu. Otwieram usta ze zdumienia, bo przypomina on Wielki Kanion Kolorado w amerykańskim stanie Arizona, tylko w mniejszej skali. Cały Kanion Szaryński ma długość ok. 150 km. Od parkingu schodzę betonowymi schodkami 200 m niżej, na dno, którym zaledwie 2-kilometrowa trasa prowadzi do rzeki Szaryn. Od niej bierze nazwę ta jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Kazachstanu. Słońce mimo porannej godziny już przypieka, więc nakładam na głowę czapkę z daszkiem i smaruję twarz kremem z filtrem. Zdjęcia niczym japoński turysta robię właściwie bez przerwy. Otaczające mnie z dwóch stron, wyrastające ze ścian formacje skalne mają tak fantazyjne formy, że nie sposób ich nie uwiecznić. Znajduję się w części kanionu zwanej Doliną Zamków. Gnane lekkim wiatrem chmury rzucają cienie na lśniące złotopomarańczowe skały, które przed zachodem słońca, gdy będę wracać, zmienią kolor na czerwonobrązowy. Są polem do popisu dla nieograniczonej wyobraźni. Za każdym zakrętem wyrastają przed moimi oczyma nie tylko skalne zamki, ale i zwierzęta, drzewa i krzewy, a nawet grzyby wysokie na kilkadziesiąt metrów. Kilka razy przeżywam niemal chwile grozy, bo z powodu drgającego już od upału powietrza wydaje mi się, że zawieszona u góry wąwozu skała zaraz się oderwie i spadnie, grzebiąc mnie pod sobą. Te efekty specjalne natura wypracowywała przez 12 mln lat. W tym czasie wystawione na kaprysy pogody ostańce z piaskowców i zlepieńców kruszyły się, zmieniając swoje kształty – piaskowy miał, który wbija mi się w buty podczas marszu, długo będę potem usuwać. Koniec trasy zwiastuje szum niewidocznego jeszcze, malowniczego przełomu Szarynu. Na rzece można uprawiać rafting albo pokonać ją kajakiem. Ma długość ok. 400 km.

 

 

Na razie widzę tylko szałasy na palach z bambusa kryte słomą i coś na kształt ogrodzenia z ociosanych z kory pni drzew. Zawieszony nad ścieżką napis informuje, że weszłam na teren kompleksu turystycznego Eco-Park. Dalej bielą się jurty ustawione w krąg. Z ciekawością oglądam je w środku. Wyłożone wzorzystymi kobiercami, zapraszają, aby spędzić w nich noc (mieszczą do ośmiu osób). Przespać można się także w szałasach (bungalowach) i skromnych, choć komfortowych, pokojach. Kto nie zapłaci za nocleg, nie skorzysta jednak ze współczesnej toalety, pozostaje mi więc sławojka. Niestety, jest tak brudna, że nawet nie da się do niej wejść, więc jej okolica też woła o pomstę do nieba. Krzywię się zdegustowana, a przecież u nas jeszcze tak niedawno było dość podobnie. Zważywszy, w jakim tempie Kazachstan nadrabia zaległości i dogania Zachód, za kilka lat staną tu lśniące toalety. Ale wtedy to miejsce raz na zawsze straci swoją dziewiczość. Na razie to oaza spokoju w sam raz dla backpackerów, ze starannie nawadnianą trawą i drzewami. W kawiarence można zjeść smakowite szaszłyki z grilla i sałatkę w stylu greckiej, tylko bez fety. Na zapleczu najlepsze kino prezentuje sama natura – główny temat stanowi zachód słońca nad szeroko rozlaną rzeką Szaryn, okoloną zwalistymi, szarymi skałami.

 

 

MAŁA MEKKA

 

Pachnie słodko różami. Zza czerwonego łanu kwiatów wznosi się monumentalna, ciemnobrązowa bryła Mauzoleum Chodży Ahmada Jasawiego w Turkiestanie. Nazwa tego miasta położonego w południowym Kazachstanie jest skrótem od perskiego określenia Hazreti Turkestan, czyli „błogosławiony z Turkiestanu”, i odnosi się właśnie do Jasawiego, który zmarł w opinii świętości w 1166 r. Był sufim, co oznacza, że jako wyznawca islamu czerpał inspiracje nie tylko z Koranu, ale i innych religii, dążył do Boga poprzez mistyczne uniesienia i ascezę. W sufizmie nie ma agresji, nietolerancji, pychy, jego cel stanowi zdobywanie filozoficznej mądrości. Chodża Ahmad Jasawi założył nie tylko szkołę sufizmu, ale i pierwsze centrum nauki sufickiej w Azji Środkowej, stworzył też nowy gatunek literacki – religijną poezję ludową.

 

 

Zbudowane w latach 1389–1405 mauzoleum jest miejscem pielgrzymek, dlatego nazywa się je małą Mekką. Spotykam tutaj także parę nowożeńców: roześmianą pannę młodą w białej sukni, takiej, jaką mogę dostać w salonach mody ślubnej również w Warszawie, i jej męża w garniturze. Bez oporów pozują mi do fotografii.

 

 

Przyglądam się z bliska budowli, jakbym ją już wcześniej widziała. Rzeczywiście, innowacyjna architektura była inspiracją dla budowniczych Samarkandy w sąsiednim Uzbekistanie. Przez wysoki na kilka pięter, zakończony ostrym łukiem przedsionek, ejwan, i bogato rzeźbione drzwi wchodzę do kwadratowej sali głównej, kazandyku. Wieńczy ją największa w tej części kontynentu kopuła (o średnicy 18,2 m i wysokości 28 m), będąca właściwie dwiema kopułami – jedną w drugiej. Na zewnątrz pokrywają ją błękitne płytki ceramiczne, ornamenty w jej wnętrzu kojarzą mi się z koronkowymi wzorami z Alhambry w hiszpańskiej Grenadzie. Ściany zdobią elegancka polichromia i wersety z Koranu. Grób błogosławionego, znajdujący się w jednym z ponad 35 pomieszczeń kompleksu, od wiernych i niewiernych odgradza gęsta, gruba krata. Obok niego umieszczono obraz pokazujący, jak świętą postacią dla sufitów był Chodża Ahmad Jasawi. Mauzoleum, choć nie zostało ukończone, wpisano w 2003 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

 

WSPOMNIENIE PO MIEŚCIE

 

Jestem w Otrarze, jednym z najstarszych miast Azji Środkowej. Dziś stanowi tylko wspomnienie po latach swojej świetności. Archeolodzy z mozołem wykopują z piasków pustyni zatarte przez czas ruiny, ukryte przedmioty codziennego użytku, kości. Z tych puzzli próbują odtworzyć obraz życia dawnej społeczności w tym miejscu. Założone prawdopodobnie w I w. p.n.e. miasto okres prosperity przeżywało między VIII a XII stuleciem. Podróżnicy sprzed wieków opisywali je jako ważny przystanek na jednym z głównych odgałęzień Jedwabnego Szlaku. Otrar był znaczącym ośrodkiem handlowym, słynącym z rzemiosła i sztuki. Do jego ogromnej biblioteki zjeżdżali uczniowie i uczeni mężowie z całej Azji Środkowej. Miasto biło także własną monetę. Ciasną, zwartą zabudowę, z licznymi meczetami i pałacami, otaczały mury obronne, stanowiące dziś jedną z najciekawszych części wykopalisk. Podziwiam odtworzoną współcześnie główną bramę wjazdową z cegły z dwoma wieżami po bokach i drewnianym mostem przerzuconym nad fosą. Według jednej z hipotez w Otrarze przyszedł na świat ok. 870–872 r. Al-Farabi, należący do najwybitniejszych filozofów Wschodu. Przybliżył on wyznawcom islamu dzieła Arystotelesa i Platona. Jego pisma poświęcone polityce i miastu idealnemu przetłumaczył na język polski arabista Józef Bielawski (1910–1997), inicjator utworzenia samodzielnych studiów arabistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. 

 

 

W karawanserajach w mieście zatrzymywały się karawany przewożące nie tylko jedwab (który nigdy zresztą nie był głównym towarem transportowanym tą drogą na grzbietach wielbłądów). Jedną z nich przysłał w 1218 r. do Otraru sam Czyngis-chan. Wiozła przedmioty z odwetowej wyprawy na rządzone przez Dżurdżenów państwo Jin, czyli Złote, położone na terytorium dzisiejszych północnych Chin. Jednak rządzący wówczas miastem Inalczuk ze względu na podejrzenie, że w karawanie znajdowali się szpiedzy, kazał zabić wszystkich podróżujących w niej ludzi i znieważył wysłaną przez Czyngis-chana delegację. Polecił mu tak postąpić Ala ad-Din Muhammad II, władca ówczesnego Imperium Chorezmijskiego (w latach 1200–1220), na którego terenie leżał Otrar. W odwecie chan Mongołów najechał miasto i po kilkumiesięcznym oblężeniu je zniszczył. Niedługo później państwo chorezmijskie przestało istnieć. Właśnie to wydarzenie zapoczątkowało podboje mongolskie w Azji Środkowej. 

 

 

Na przełomie XVIII i XIX w. ostatni mieszkańcy opuścili Otrar, gdyż wyczerpały się podziemne zasoby wody, i tak stał się on miastem widmem, popadającym stopniowo w ruinę. Podobny los spotkał Fatehpur Sikri w Indiach, dawną stolicę Wielkich Mogołów, tyle że ona zachowała się w doskonałym stanie do naszych czasów i figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Otrar dopiero aspiruje do dostąpienia tego zaszczytu. Aż nie chce się wierzyć, że przed wiekami to zasypane piachem miasto było zieloną oazą z rozbudowanym systemem nawadniania, doprowadzającym wodę z pobliskiej rzeki Syr-darii, dziś ogromnie zanieczyszczonej i również wysychającej.

 

 

Podczas powrotu z Otraru zatrzymuję się na nieogrodzonym polu bawełny. Z grządek sterczą w górę krzewy z brudnobiałymi kłębuszkami. Na mój widok wiekowy już mężczyzna opuszcza stary barakowóz służący najwyraźniej za dom i posterunek do pilnowania zbiorów. Szerokim gestem zaprasza mnie do środka. Na stole przykrytym ceratą stoi butelka z białym płynem, który gospodarz nalewa mi do obtłuczonej musztardówki. Pij! – mówi zachęcająco po rosyjsku (język ten obok kazaskiego nadal pełni w kraju funkcję języka urzędowego). To mleko wielbłąda – dodaje. Smakuje podobnie do tureckiego jogurtowego napoju ajran. Ta spontaniczna gościnność całkowicie mnie rozbraja.

 

 

Jeżeli potrudzisz się, jak należy, będziesz miał wszystko – głosi lokalne przysłowie. Z całego serca życzę Kazachom, aby ta maksyma okazała się w ich przypadku prawdziwa. Byle tylko zachowali umiar. 

 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Bliższe spotkanie z Węgrami

ANNA BUTRYM

www.annabutrym.pl

 

<< Na pytanie, co szczególnie zachwyca mnie w Węgrzech, odpowiadam niezmiennie od lat: przyroda, zabytki i kuchnia. Wydaje się, że to klasyczna trójka, jednak my, Polacy, znamy smaki Włoch, krajobrazy Grecji i atrakcje Hiszpanii, a o skarbach kraju tak bliskich nam Madziarów nie wiemy zbyt wiele. Dlatego jeśli ktoś marzy o odwiedzeniu miejsca, gdzie odpocznie w otoczeniu natury, pozna inspirującą kulturę oraz rozsmakuje się w lokalnych daniach i wyśmienitym winie, a przede wszystkim spotka ludzi o sercach otwartych dla polskich braci, powinien już teraz zacząć planować niezapomnianą i pełną wspaniałych odkryć podróż do niespełna dziesięciomilionowej ojczyzny Węgrów. >>

 

Widok na most Łańcuchowy (Széchenyiego) z balkonu Pałacu Greshama w Budapeszcie

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

Ciepłe relacje między naszymi narodami nie są kwestią jedynie zgodności charakterów. Gdy w 1370 r. w katedrze wawelskiej koronowano na króla Polski władcę Węgier Ludwika I Wielkiego (znanego u nas jako Ludwika Węgierskiego), oba kraje złączone zostały unią personalną. I choć niewiele osób pamięta o tym fakcie, warto mieć świadomość, że losy Węgrów i Polaków przeplatały się w przeszłości wielokrotnie.

Od Budapesztu, jednej z najpiękniejszych stolic świata, której urokiem zachwycają się rzesze turystów, dzieli nas niespełna półtoragodzinny lot z Krakowa lub Warszawy. Czy trzeba lepszego pretekstu, aby zaplanować choćby weekendowy pobyt na gościnnych Węgrzech? Naszą przygodę zacznijmy zatem od samego Budapesztu, którym nie sposób się rozczarować.

 

ZACHWYCAJĄCY BUDAPESZT

Najważniejsze zabytki i atrakcje węgierskiej stolicy, podzielonej Dunajem na górzystą, spokojną Budę i płaski, rozrywkowy Peszt, znajdują się w centrum miasta, zwiedzać warto więc głównie na piechotę, żeby móc dobrze przyjrzeć się zbliżonej do wiedeńskiej architekturze. Na wznoszącą się nad rzeką sylwetkę Budy składa się przede wszystkim rozległe Wzgórze Zamkowe z urokliwymi kamieniczkami starówki, białą Basztą Rybacką (Halászbástya) i Kościołem Macieja (Mátyás-templom), krytym kolorową dachówką, a także Wzgórze Gellérta (Gellérthegy), skąd rozciąga się najpiękniejsza panorama miasta i słynnych mostów. Magicznie oświetlone centrum warto podziwiać również wieczorami, spacerując naddunajskim bulwarem lub delektując się węgierską kolacją przy świecach na pokładzie rejsowego statku.

Szczególne wrażenie po stronie peszteńskiej robi Parlament (Országház), należący do największych na świecie. Jego jasna sylwetka pojawia się na większości zdjęć ze stolicy. Na lewym brzegu Dunaju znajduje się także druga największa na naszym globie i największa w Europie synagoga, a obok niej bije turystyczne i rozrywkowe serce miasta – dzielnica klubów, pubów i restauracji. Trzecia ikona Pesztu to Bazylika św. Stefana (Szent István-bazilika), wyznaczająca maksymalną wysokość budynków w centrum – Budapeszt zaskakuje brakiem drapaczy chmur i uporządkowaną zabudową. Jednak i po stronie peszteńskiej można podziwiać panoramę stolicy, np. z wieży bazyliki, licznych sky-barów czy wagonika BudapestEye.

Peszt słynie też z popularnych ulic. Równoległa do Dunaju Váci (Váci utca) jest ponad kilometrowym, turystycznym deptakiem, kuszącym tysiącami mniej lub bardziej oryginalnych pamiątek i przysmaków. Prawdziwą perełkę stanowi długa aleja Andrássyego (Andrássy út), wiodąca do placu Bohaterów (Hősök tere) i Lasku Miejskiego (Városliget), pełnego atrakcji dla całej rodziny. Do tych dwóch miejsc warto jednak podjechać najstarszym metrem na kontynencie, które zachowało swój urok sprzed ponad 120 lat.

Po intensywnym dniu można odpocząć na Wyspie Małgorzaty (Margitsziget) – to prawdziwa oaza zieleni pośrodku Dunaju, idealna na piknik, z przyciągającą turystów grającą fontanną. Słodkiemu lenistwu oddamy się też w zabytkowych kąpieliskach (Széchenyi gyógyfürdő, Gellért gyógyfürdő, Király gyógyfürdő). Z całą rodziną warto udać się do jednego z największych krytych parków wodnych w Europie, należącego do nowoczesnego kompleksu Aquaworld Resort Budapest, gdzie czeka na nas 19 basenów i 11 zjeżdżalni. Gdy dzieci będą szaleć w wodzie, dorośli mogą skorzystać z luksusowego, trzypoziomowego Oriental Spa. Chwila odpoczynku przyda się z pewnością przed odkrywaniem kolejnych atrakcji Węgier.

 

Pięknie oświetlone Zamek Budański na Wzgórzu Zamkowym i most Łańcuchowy

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

WAKACJE MARZEŃ

Jest coś, czego Węgrzy zazdroszczą Polakom – to dostęp do morza. Nie wiem jednak, czy w referendum nie oddalibyśmy im chłodnego i kapryśnego Bałtyku za największe (ok. 600 km² powierzchni) jezioro Europy Środkowej: ciepły, czysty i szmaragdowy Balaton, cel letnich wycieczek Madziarów, nazywany przez nich samych węgierskim morzem. Gdy w dodatku weźmiemy pod uwagę, że średnia temperatura wody w lecie wynosi w nim 23°C, a pod względem liczby słonecznych godzin ten region nie ustępuje Riwierze Francuskiej, to wakacje na Węgrzech zaczynają plasować się na szczycie podróżniczej listy marzeń. Co więcej, niejednokrotnie znajdziemy w tym rejonie oferty pobytu korzystniejsze cenowo niż w przypadku polskiego wybrzeża czy pojezierzy.

Zróżnicowana głębokość Balatonu sprawia, że panują tu idealne warunki zarówno dla miłośników sportów wodnych, żeglarzy czy wędkarzy, jak i rodzin z dziećmi (w południowej części płycizna sięga nawet 300 m w głąb jeziora). Pomysłów na spędzenie niezapomnianych, spokojnych lub szalonych wakacji w tej okolicy jest tak wiele, że nigdy nie potrafię polecić konkretnej miejscowości. Jezioro okala cały łańcuch miast i miasteczek, w których znajdziemy mnóstwo zróżnicowanych atrakcji, kilka perełek postaram się jednak wyłowić.

Nad Balatonem koniecznie trzeba skosztować miejscowej zupy rybnej (halászlé), bo przepis na ten niekwestionowany symbol madziarskiej kuchni różni się w zależności od regionu. Na deser proponuję zjeść „łabędzia” (hattyú). Pod tą nazwą kryje się rodzaj pączka o kształcie tych powszechnie zdobiących jezioro ptaków, których karmienie staje się niemal codziennym rytuałem dla wielu rodzin podczas długich, relaksujących spacerów.

 

Dzieje neobarokowego pałacu Festeticsów w Keszthely nad Balatonem sięgają 1745 r.

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

MORZE ATRAKCJI

Szczególnie wartym uwagi rejonem w tych stronach jest zachodnia część Balatonu, gdzie znajduje się choćby słynne Keszthely, nierozerwalnie związane z dziedzictwem jednego z najznamienitszych węgierskich rodów arystokratycznych – rodziną Festeticsów. Nieprzypadkowo jego miasto partnerskie stanowi m.in. Łańcut, także słynący z wyjątkowej rezydencji magnackiej i angielskiego parku. Neobarokowy pałac w Keszthely (Festetics-kastély), w którym mieści się dziś muzeum (Helikon Kastélymúzeum) i zachowała się niespotykana w skali kraju biblioteka, to najczęściej odwiedzany tego typu obiekt na Węgrzech. W tutejszym mauzoleum znajdziemy kolejny akcent polski: spoczywają w nim szczątki arystokratki z Polski, Marii von Haugwitz (1900–1972), matki jednego z ostatnich żyjących potomków Festeticsów. W całym mieście i okolicy istnieje niewiele takich zabytków czy miejsc, których powstania nie zainicjowałby słynny magnacki ród. Na terenie pałacowego parku rozpoczyna się również trasa kulturalno-historycznego spaceru, prezentującego losy i spuściznę ośmiu pokoleń rodziny Festeticsów, wiodąca przez Keszthely i nad brzeg Balatonu. W jego trakcie mamy możliwość podążać śladami, jakie zostawili po sobie członkowie rodu, poznać historię ich życia i dowiedzieć się, jak znaczącą rolę odgrywali na Węgrzech. Nie brakuje opowieści o wspaniałych ślubach, znamienitych gościach, wspieraniu nauki czy magnackich rozrywkach.

W Keszthely nie ma czasu na nudę. Po zwiedzeniu pałacu i przygotowanych przez Muzeum Pałacowe Helikon (Helikon Kastélymúzeum) ekspozycji – wystawy powozów (hintókiállítás), wystawy myśliwskiej (vadászati kiállítás) i wystawy historycznych modeli kolejek (történelmi modellvasút kiállítás) – oraz odnowionego zaledwie kilka lat temu historycznego centrum czeka na nas ogrom fascynujących muzeów: Cadillaca (Cadillac Múzeum), Zabawek (Játékmúzeum), Marcepana (Marcipán Múzeum), Tortur (Horrorárium és Kínzó múzeum), Nostalgii i Kiczu (Nosztalgia Múzeum – Látványtár és giccs múzeum), Lalek i Strojów Ludowych (NépviseletesBabamúzeum), Radia i Telewizji (Rádió és Televízió Múzeum). Są tu również panoptika: historyczne i erotyczne oraz wyjątkowa w skali światowej makieta budapeszteńskiego Parlamentu, budowana przez 14 lat z 4,5 mln ślimaczych muszli (Csigaparlament).

W samym Keszthely i jego sąsiedztwie nie tylko przeniesiemy się do przeszłości, ale także wypoczniemy aktywnie na wysokim poziomie. I to dosłownie, bo tutejsze gęsto zalesione pogórze usiane jest licznymi wieżami obserwacyjnymi, z których podziwiać można piękno całej okolicy. Dobrze oznakowane szlaki wiodą od jednego punktu widokowego do drugiego – w trakcie takiej wyprawy koniecznie trzeba wejść na wieżę noszącą znane nam już nazwisko Festeticsów, z której rozpościera się wspaniała panorama balatońskiej zatoki. Warto odszukać również punkt Szép-kilátó. Przymiotnik „piękny” (szép) w swojej nazwie zawdzięcza on rozciągającemu się stąd zachwycającemu widokowi, stanowiącemu natchnienie dla niejednego poety i malarza.

 

WERSJA MINI

Z ogromnym Balatonem sąsiaduje jego miniatura, czyli Mały Balaton (Kis-Balaton), którego obszar w większości został objęty ochroną, głównie ze względu na występujące tu ptactwo. W okolicy jeziora zobaczymy całoroczną stację obrączkowania, ptasią klinikę oraz unikatowe zbiory gniazd i jajek. Ze ścieżek edukacyjnych i punktów widokowych można obserwować nie tylko ptaki, ale też wiele innych gatunków zwierząt, zamieszkujących okoliczne dziewicze lasy.

Mały Balaton nie byłby jednak prawdziwie węgierski, gdyby w jego rejonie nie znajdowały się gorące źródła. W niedalekim miasteczku Zalakaros działa kompleks basenów z wodami termalnymi o wyjątkowym na skalę europejską składzie i właściwościach leczniczych. To znakomite miejsce dla całej rodziny – czekają w nim zarówno atrakcje dla maluchów, jacuzzi dla marzących o relaksie dorosłych, jak i zjeżdżalnie (Magic Tunnel, Rafting-Inga, Ufo, Kamikaze i Turbo), które powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników wrażeń podnoszących poziom adrenaliny.

 

WIZYTA W JASKINIACH

Na stosunkowo niewielkich Węgrzech istnieje tak dużo możliwości zrelaksowania się w ciepłych bądź zimnych wodach, że jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „Tapolca” i „jaskinie”, to na liście wyników znajdziemy dwa różne miejsca: termalne baseny w grotach w Miszkolcu (Miskolc-Tapolca) oraz nadbalatońskie miasteczko Tapolca, idealne na niezapomniany odpoczynek. W tym drugim można nie tylko skorzystać z kąpieli w gorących źródłach, ale również przeżyć wyjątkową przygodę – wyprawę łódką po podziemnym jeziorze, położonym w rozciągającym się pod miejską zabudową systemie jaskiń. Towarzysząca tej atrakcji wystawa pozwala lepiej poznać tajemnice tego ukrytego świata. Dzień spędzony w Tapolcy warto zwieńczyć lampką regionalnego wina w jednej z piwniczek ulokowanych pod domami w centrum miasta.

 

ZAPACH LAWENDY

Miejscem, gdzie powracam podczas każdej, nawet najkrótszej wycieczki nad Balaton, jest miasteczko Tihany, nieodłącznie związane z dwoma symbolami regionu – górującym nad okolicą opactwem benedyktynów i polami lawendy. Miejscowość zachwyca imponującym widokiem na jezioro, które stąd rzeczywiście wygląda jak morze. Tihany kusi echem odbijającym się od murów klasztoru, wiankami papryczek, oryginalną ceramiką, bogactwem obłędnie pachnących produktów z lawendą i warzonym przez zakonników lawendowym piwem.


RAJ DLA ROWERZYSTÓW

Balaton powinien koniecznie znaleźć się na liście marzeń rowerzystów. Całe jezioro okala świetnie przygotowana i chwalona przez cyklistów trasa, ciągnąca się przez ok. 200 km. Wycieczkę wokół Balatonu można rozszerzyć o wyprawy po okolicznych winnicach (należących m.in. do słynnego obszaru winiarskiego Badacsony, porównywanego przez wielu do Toskanii) i na liczne festiwale.

Dla tych, którzy wolą mniej intensywne przejażdżki, w zachodnim regionie balatońskim przygotowano wyjątkową w skali kraju ofertę. W biurach informacji turystycznej (Tourinform) można wypożyczyć rower, który po zwiedzaniu miasta lub okolicy oddaje się w tym samym lub kolejnym punkcie informacyjnym. Stacje rozmieszczono w atrakcyjnych dla turystów lokalizacjach, punkty serwisowe zorganizowano w przyjaznych cyklistom miejscach, takich jak restauracje czy pensjonaty, stworzono 12 oznaczonych szlaków, udostępniono darmowe mapy i specjalną infolinię telefoniczną, postawiono tablice informacyjne oraz zadbano o schronienie w razie deszczu. Dzięki takim udogodnieniom aż trudno nie skusić się na aktywne spędzanie czasu i odkrywanie nadbalatońskich krajobrazów na dwóch kółkach. Warto więc zostawić samochód i wyruszyć rowerem na wyprawę od plaży do plaży i od muzeum do muzeum, w okolicy wielkiego Balatonu i jego miniatury, Małego Balatonu.

 

WYJĄTKOWA ATRAKCJA

Wspomniana trasa dla rowerzystów zawiedzie nas także do Hévíz, położonego zaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Keszthely i również związanego z Festeticsami. Miasteczko słynie jednak przede wszystkim ze stworzonej przez naturę wyjątkowej atrakcji, przyciągającej rocznie milion gości z 42 krajów, czyli największego na świecie dostępnego dla kąpielowiczów naturalnego jeziora termalnego o powierzchni 4,44 ha. Można z niego korzystać o każdej porze roku: zimą temperatura wody wynosi ok. 24°C, a latem dochodzi nawet do 38°C.

Nie wszyscy lubią kąpiel w jeziorze z powodu powolnej wymiany wody. Hévíz to jednak nie dotyczy, ponieważ ciągłe wirowanie w zbiorniku zapewnia całkowitą jej wymianę co 72 godz. Dodatkowo nieustanne wzbijanie się ciepłej wody do góry daje przyjemne uczucie naturalnego masażu. Ze względu na sprzyjającą kąpielom temperaturę jeziora cieszy się ono popularnością przez cały rok. Niektórzy turyści chętniej ściągają tu w chłodniejsze miesiące, gdy kąpielisko spowijają obłoki pary, bo wdychanie unoszącego się nad taflą powietrza wypełnionego mikroelementami ma dobroczynny wpływ na organizm.

 

Hévíz, największe na świecie dostępne dla kąpielowiczów naturalne jezioro termalne

© HÉVÍZI TURISZTIKAI NONPROFIT KFT.

 

BŁOGI WYPOCZYNEK

Nad Hévíz w nie mniejszym stopniu przyciąga jego przepiękne położenie oraz fakt, że lecznicze kąpiele bierze się wśród kwiatów, a dokładniej – indyjskich czerwonych lilii wodnych. Warto jednak pamiętać, że to naturalny zbiornik, którego głębokość sięga 38 m i już nawet 2 m od brzegu woda potrafi nas zakryć po czubek głowy, dlatego ta atrakcja nie jest polecana dla dzieci. Rodzinom tę niedogodność wynagrodzi wizyta w kompleksie spa. Można w nim zrelaksować się w jacuzzi, oddać się w ręce jednego ze 100 masażystów, wyspecjalizowanych w technikach z całego świata, uprawiać sporty wodne czy skorzystać z oferty nowoczesnej strefy wellness, gdzie czekają kriokomory i zabiegi laserowe.

Wybór obiektów hotelowych odpowiednich na dłuższy odpoczynek jest naprawdę szeroki. W bazie noclegowej znajduje się ok. 10 tys. miejsc, które oferowane są zarówno przez pensjonaty, jak i 5-gwiazdkowe hotele. Po uzdrawiających ciało i duszę kąpielach w jeziorze (ze względu na temperaturę wody nie powinny przekraczać półtorej godziny w ciągu dnia) można przedłużyć chwile relaksu muzycznymi seansami w saunie, zajęciami jogi, wizytą w parku linowym, wycieczkami po okolicy (pieszymi, rowerowymi lub segwayem) czy nawet lotami balonem. Idealnym zwieńczeniem dnia będzie z pewnością typowo węgierska atrakcja, czyli degustacja win z całego kraju i samego regionu balatońskiego.

 

WIELOWIEKOWA TRADYCJA

Podczas poznawania uroków okolicy warto zainteresować się początkami uzdrowiska. Swój rozwój zawdzięcza ono hrabiemu Györgyowi Festeticsowi (1755–1819), który w 1795 r. rozpoczął jego budowę w oparciu o kuracyjne właściwości tego miejsca. Kąpielisko stopniowo zdobywało coraz większe uznanie, a wzrostowi popularności towarzyszyło ciągłe poszerzanie i uwspółcześnianie oferty leczniczej i wypoczynkowej, nierozłącznie związanej z największą tutejszą naturalną atrakcją, jaką jest jezioro termalne. Dziś Hévíz to współczesny, komfortowy kurort, w którym gdzieniegdzie znajdziemy jeszcze pamiątki z przeszłości. Niezmienna pozostała choćby część elementów architektonicznych uzdrowiska, jak strzegące wejścia dwa gryfy, wykonane na zlecenie rodziny Festeticsów. Jak głosi legenda, rzeźby przemówią, jeśli pomiędzy nimi przejdzie ktoś, kto nie przeżył miłosnej przygody podczas pobytu w tej miejscowości – to jednak, zdaniem miejscowych, nigdy jeszcze się nie zdarzyło.

 

CUDOWNA MOC

Z jeziorem związanych jest też kilka innych legend i podań o cudownych właściwościach lokalnych wód. Jedna z nich, pochodząca jeszcze z czasów rzymskich, głosi, że dające początek Hévíz źródło wytrysnęło dzięki modlitwie pewnej chrześcijanki, piastunki sparaliżowanego dziecka. Lecznicze wody uzdrowiły chłopca – był nim sam Teodozjusz I Wielki (347–395), ostatni władca wschodniej i zachodniej części cesarstwa rzymskiego, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową. Wiele innych podań, zarówno z czasów starożytnych, jak i średniowiecznych, przywołuje kolejne przykłady uzdrawiających i odmładzających mocy jeziora. Nieustannie narzekająca na reumatyzm żona rzymskiego skryby Dubiusa pozbyła się nie tylko tej dolegliwości, ale i innych oznak upływającego czasu dzięki kąpieli w Hévíz, do której namówił ją mąż, obserwujący wcześniej na spacerach, jak okoliczne zwierzęta leczą obolałe kończyny w charakterystycznie pachnącej wodzie. Kilkanaście wieków później zastępca kapitana na zamku Pápa usłyszał od Cyganki, że bitwę z Turkami wygra tylko wtedy, jeśli uprzednio wykąpie się w niezwykłym jeziorze. Péter Huszár poszedł za radą kobiety i rzeczywiście pokonał niełatwego przeciwnika. Cudowne właściwości tutejszych wód uratowały też małżeństwo sparaliżowanej od pasa w dół Kláry Pethő i Sándora Reziego. Im również z pomocą przyszła pewna Cyganka, doradzając młodej mężatce częste kąpiele w jeziorze, dzięki którym dziewczyna całkowicie ozdrowiała.

RELAKS W TERMACH

Nieustającą popularnością wśród Polaków cieszy się od wielu lat słynne uzdrowisko Hajdúszoboszló. Ja jednak uważam, że warto wciąż odkrywać inne, nie mniej atrakcyjne węgierskie kurorty, takie jak choćby drugi największy w kraju kompleks basenów termalnych w miejscowości Bük. Jeśli ktoś chce z kolei połączyć odpoczynek w gorących źródłach, korzystanie z leczniczego wpływu uzyskanych z nich kryształków i zabawę w parku wodnym ze zwiedzaniem świetnie zachowanego średniowiecznego zamku, powinien koniecznie odwiedzić Sárvár.

 

TO NIE WSZYSTKO

Po spędzeniu kilku dni na podziwianiu zabytków stolicy i odwiedzinach w mniejszych miastach, relaksie w łaźniach termalnych i wypłynięciu na wody węgierskiego morza wydawać by się mogło, że poznaliśmy Węgry już dość dobrze. Nic bardziej mylnego – te doświadczenia odsłaniają zaledwie ułamek bogactwa, jakim wita nas kraj bratanków. Przyjrzyjmy się więc jeszcze kilku atrakcjom, choć zapewniam, że do ojczyzny Madziarów można powracać wiele razy i podczas każdej wizyty odkrywać kolejne powody do zachwytu i ponownego przyjazdu.

 

NIEZAPOMNIANE SMAKI

Magiczną siłę przyciągania ma w sobie chociażby węgierska kuchnia – nielekka, to prawda, bo wykorzystująca smalec i pełnotłustą śmietanę, za to pełna aromatycznej, słodkiej czerwonej papryki (pikantną każdy dodaje według swojego gustu) i dojrzewających w słońcu warzyw, najczęściej duszonych lub gotowanych, stawiająca na sycące potrawy i pyszne desery. Tradycyjna zupa gulaszowa (gulyásleves), pörkölt (nazywany w Polsce gulaszem) oraz dobrze nam znane leczo (lecsó) to zaledwie początek listy dań, których koniecznie trzeba spróbować. Nie należy jednak szukać tutaj placka po węgiersku, bo to nasz rodzimy wymysł – jeśli chcemy chwycić na szybko coś treściwego, powinniśmy sięgnąć po madziarski fast food, czyli langosza (lángos). Smakowity węgierski obiad warto zakończyć słodkimi naleśnikami à la Gundel, purée z kasztanów lub tortem Dobosa, a jeśli je się w biegu, można kupić kurtoszkołacza (kürtőskalács) – kominowe ciasto obtoczone w różnych posypkach.

 

WINO KRÓLÓW

Na liście największych skarbów Madziarów bogactwo kulinarnych tradycji ustępuje pierwszeństwa jedynie mnogości wspaniałych win, wytwarzanych z miłością w 22 regionach winiarskich dzięki sprzyjającemu klimatowi, odpowiednim glebom i dużemu nasłonecznieniu. Każdy z łatwością odnajdzie na Węgrzech swój ulubiony trunek, jednak prawdziwą perłą w koronie jest tokaj aszú (tokaji aszú). Jeżeli ktoś gustuje w mocnych alkoholach, powinien spróbować węgierskiej wódki na owocach – palinki – oraz Unicum, gorzkiego likieru ziołowego o magicznej mocy, który można pić i jako aperitif, i jako lekarstwo, gdy zje się zbyt wiele dokładek madziarskich przysmaków.

 

FASCYNUJĄCY BEZKRES

Wytrawny podróżnik sprytnie połączy rozsmakowywanie się w lokalnej kuchni z poznawaniem kolejnych atrakcji Węgier. W jego planach znajdzie się więc prawdopodobnie wycieczka do największego (zajmującego powierzchnię 82 tys. ha) i najstarszego w kraju (założonego w 1973 r.) Parku Narodowego Hortobágy (Hortobágyi Nemzeti Park). Można w nim podziwiać bezkresną równinę, zwaną pusztą, i przenieść się w czasie dzięki kultywowanym tu zwyczajom węgierskich pasterzy. Kto zawita do tej krainy, spotka madziarskich kowbojów, da się omamić fatamorganie, będzie miał szansę obserwować mnóstwo gatunków ptaków i zobaczy słynne węgierskie zwierzęta hodowlane, m.in. bydło węgierskie szare (magyar szürkemarha), długowłose świnie – mangalice – czy znane na całym świecie rasy psów, spośród których serca Polaków niejednokrotnie już podbił puli, czyli pokryty dredami pies mop.

 

MIASTA I GÓRY

Z regionu Hortobágy w kilka chwil można dotrzeć do Debreczyna (Debrecen), drugiego największego miasta Węgier, które już na początku zaskoczy nas niewielką liczbą mieszkańców (nieco ponad 200 tys.) w porównaniu do stolicy (niemal 2 mln ludzi). Kolejny urok tego kraju polega właśnie na tym, że znajduje się w nim dużo niewielkich miast i miasteczek. Segedyn (Szeged), Pecz (Pécs), Székesfehérvár, Veszprém, Eger, Vác, Szentendre czy Ostrzyhom (Esztergom) to tylko kilka miejsc idealnych dla tych, którzy cenią połączenie bogatej historii i spokojnej atmosfery niezatłoczonych miejscowości.

Jeśli jednak po płaskim i nizinnym krajobrazie puszty będziemy mieli ochotę na pewną odmianę, zawsze możemy wybrać się na wycieczkę do Wyszehradu (Visegrád). Z murów tutejszego zamku, który odegrał znaczącą rolę w dziejach Polski i Węgier, rozpościera się przepiękna panorama Zakola Dunaju (Dunakanyar). Ciekawą propozycją jest też trekking po paśmie Mátra lub Górach Bukowych. Choć nie są tak wysokie jak polskie (najwyższy szczyt Węgier – Kékes – wznosi się na 1014 m n.p.m.), potrafią zachwycić niejednego miłośnika górskich wędrówek.

 

NA POŻEGNANIE

Do domu warto zabrać ze sobą z Węgier takie przysmaki i pamiątki, które już za chwilę skłonią nas do planowania kolejnej wizyty w kraju Madziarów. Aromatyczne salami, butelka wspaniałego i niedrogiego wina, łagodna lub pikantna, ale zawsze soczyście czerwona papryka, fantazyjne marcepany, przepiękna porcelana z Herend, słynne na cały świat hafty z naddunajskiej Kalocsy czy bogracz (bogrács), kociołek do powieszenia nad ogniskiem, sprawią, że powracanie w te strony stanie się uzależnieniem i największą przyjemnością. Dlaczego jestem tego tak pewna? Bo moja miłość do węgierskiej kultury, kuchni i krajobrazów pozostaje głęboka i niezmienna od kilkunastu lat, a i tak każdego dnia przekonuję się, jak wiele mam jeszcze do odkrycia.

 

Wydanie Lato 2018

Na drogach Turkmenistanu i Uzbekistanu

WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

Więcej…

Budapeszteńskie niespodzianki

ALEKSANDRA PAKIEŁA

 

Budapeszt jest miastem tętniącym życiem, pełnym ciekawych miejsc, przepięknych pomników, mostów i zabytków, łączącym w sobie bogatą przeszłość i dynamiczną teraźniejszość. Stolica Węgier kojarzy się przede wszystkim z monumentalnym gmachem Parlamentu (Országház), ruinami rzymskimi – Aquincum, neogotyckim Kościołem Macieja (Mátyás templom), Zamkiem Królewskim (Budavári Palota) czy chętnie odwiedzanym przez turystów Węgierskim Muzeum Narodowym (Magyar Nemzeti Múzeum). Ta urocza metropolia oferuje jednak zdecydowanie więcej atrakcji. Warto je odkryć choćby teraz, podczas ciepłej i słonecznej węgierskiej jesieni…

Więcej…