ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.


To jeden z tych dziewiczych zakątków kontynentu azjatyckiego, których nie zwiedziły jeszcze tłumy turystów. Dlatego wyprawa do niego ma w sobie coś z ekscytującej ekspedycji odkrywczej. Przed przekroczeniem birmańskiej granicy warto jednak zrobić sobie krótką listę rzeczy obowiązkowych do zobaczenia w tej zachodniej części Indochin.


NIEDALEKA PRZESZŁOŚĆ
Nasza podróż zaczyna się w Rangun, nieco prowincjonalnej, dawnej stolicy kraju. Choć miasto wciąż uchodzi za gospodarcze centrum Birmy i ma aż 6 mln mieszkańców, to nadal daleko mu do wyjątkowo gwarnych azjatyckich metropolii. Zamiast wieżowców wokół przynoszących orzeźwienie jezior wznoszą się tu sypiące się bloki i niskie parterowe domy otoczone ogrodami. Na jednym z brzegów stoi willa noblistki Aung San Suu Kyi, która w areszcie domowym spędziła (z przerwami) 15 lat. Jej losy, przedstawione m.in. w filmie Luca Bessona Lady (2011 r.), odzwierciedlają najnowszą historię tych stron.
W 1962 r. wojsko pod przywództwem generała Ne Win (1910–2002) przeprowadziło zamach stanu. Władzę przejęli komuniści, którzy znacjonalizowali gospodarkę, odizolowali państwo od otaczającego go świata i w końcu zmienili jego nazwę z nadanej przez kolonistów Birmy na Myanmar.  Aung San Suu Kyi, sekretarz generalny Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), stała się ikoną ruchu oporu po krwawo stłumionych zamieszkach ulicznych z 1988 r. Skazana na karę pozbawienia wolności, odbywała ją we własnym domu nad brzegiem jeziora Inya. Nie poleciała w grudniu do Oslo, aby odebrać przyznaną jej w 1991 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Mimo iż została zwolniona, nie pojechała też do Anglii, gdy jej mąż Michael Aris umierał w marcu 1999 r. na raka. Bała się, że rząd nie zgodzi się, aby wróciła do ojczyzny. W ponownym areszcie zastała ją także szafranowa rewolucja mnichów w 2007 r. Choć w 1990 r. jej partia zdobyła zdecydowaną większość miejsc w parlamencie, wyników tych wyborów nie uznano. Dopiero 22 lata później, podczas głosowania uzupełniającego, Aung San Suu Kyi, której zezwolono kandydować z ramienia NLD, wygrała i otrzymała mandat w izbie niższej.
W odpowiedzi na transformację wiele krajów zachodnich anulowało lub zawiesiło wprowadzone wcześniej sankcje gospodarcze. W 2012 r. Birmę odwiedziło 600 tys. gości z całego świata. W hotelach zaczęło brakować pokoi. Ceny poszybowały w górę. Swoistym symbolem zmian wolnorynkowych jest… powrót coca-coli do sklepów po 60 latach.

 

ZŁOTA WIEŻA RANGUN
Prawdziwy birmański skarb stanowią niezliczone złote stupy. Najważniejsza i najwspanialsza z nich to Pagoda Szwedagon (Shwedagon) w Rangun. Właśnie od niej najlepiej rozpocząć zwiedzanie.
Świątynia przez wieki zmieniała kształt, jednak – jak głosi legenda – nigdy nie zburzył jej człowiek. Podobno nieraz walczące w okolicy wojska przerywały bitwę, aby wspólnie ugasić jej pożar. Największego świętokradztwa dopuścili się Brytyjczycy. Gdy opuszczali swoją dawną kolonię, ograbili kompleks z kosztowności. Ich zachłanności oparła się tylko zatknięta na czubku 99-metrowej iglicy korona. Po zmroku jej klejnoty odbijają światła padających na budowlę reflektorów niczym kocie oczy. W dzień wokół lśniącej w słońcu stupy krążą tysiące wiernych składających ofiary.
Pagoda Szwedagon, w której przechowuje się 8 świętych włosów Buddy, jest symbolem jedności kraju, zamieszkiwanego przez 135 grup etnicznych. Warto dodać, że po oddaniu przez juntę władzy w 2011 r. wzmogły się konflikty między buddystami a mniejszością muzułmańską. Prasa co jakiś czas donosi o podpaleniach domów, sklepów czy bezprawnym przejęciu ziemi. Krążą głosy, że te zatargi podsycają odsunięci od władzy wojskowi. Znawcy tematu twierdzą jednak, że to przejaw walki o wpływy, w której udział biorą bardziej zaangażowani politycznie mnisi i klasztory.

 

MIASTO OSTATNICH KRÓLÓW
W therawadzie, najdłużej istniejącej odmianie buddyzmu zwanej nauką starszych, wyznawanej przez niemal 90 proc. mieszkańców Birmy, do osiągnięcia nirwany i wyrwania się z kręgu wcieleń wiedzie m.in. studiowanie świętych pism. Buddyjski kanon Tipitaka obejmuje 3 części (tzw. kosze) tekstów w języku palijskim. Jego gigantyczny egzemplarz (uchodzący za największą księgę świata) znajduje się w Pagodzie Kuthodaw w Mandalaj. Wyryto go w 1868 r. na 729 marmurowych płytach na rozkaz króla Mindona (1808–1878), przedostatniego władcy Birmy. Podobno gdyby czytać go przez 8 godzin dziennie, lektura zajęłaby aż… 450 dni. Każdą kamienną kartę osłania biała stupa ze złotą iglicą. Wszystkie razem przypominają istny las identycznych małych domków.

Długie rzędy białych stup Pagody Kuthodaw w Mandalaj


Następca wspomnianego Mindona, ostatni król Birmy Thibaw (1859–1916) przeniósł jeden z pawilonów Pałacu Królewskiego w Mandalaj i utworzył z niego Klasztor Shwenandaw. Dzięki temu obiekt ocalał. Niestety, w czasie II wojny światowej podczas bombardowania przez aliantów magazynu wojsk japońskich zlokalizowanego na terenie kompleksu pałacowego wspaniałą siedzibę birmańskich władców niemal doszczętnie zrównano z ziemią.
W tym mieście jest jeszcze jedno niesamowite miejsce: Świątynia Mahamuni z posągiem z brązu Buddy Mahamuni, uważanym za jeden z pięciu wizerunków odlanych za życia samego Oświeconego. Ma prawie 4 m wysokości i pokrywają go narastające warstwy złotych listków przyklejanych od wieków przez miliony pielgrzymów. Codziennie o godz. 4.00 zaczyna się poranna toaleta statuy. Starszy mnich z klasztoru Mahamuni myje olbrzymiej figurze twarz, a nawet… czyści jej zęby. Przy wejściu do budowli wisi natomiast 5-tonowy gong, w który wierni biją przy przekraczaniu świątynnych progów.

 

ZAPOMNIANE KRÓLESTWO
Mandalaj i Rangun to dwa najlepiej skomunikowane miasta Birmy. Niedawno połączyła je nowa, pierwsza w kraju autostrada, co skróciło 700-kilometrową podróż między nimi z 12 do 8 godzin. Z tej pierwszej miejscowości najlepiej wyruszyć na wycieczkę statkiem po spokojnych wodach potężnej rzeki Irawadi ku Paganowi – najwspanialszemu zabytkowi kraju, często porównywanemu ze słynnym Angkor Wat w Kambodży.  
Powolny rejs trwa cały dzień. Po drodze tuż koło Amayabuyi (Amarapury) jedna z odnóg Irawadi rozlewa się w jezioro Taungthaman, które przecina najdłuższy na świecie (aż 1200-metrowy) most z drewna tekowego – U Bein. Warto wybrać się tutaj na osobną wyprawę.

Rozległy kompleks świątynny Pagan przypomina inny świat

 

Lata świetności stolicy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego) przypadły na XI–XIII w. Pamiątką po tym złotym okresie jest ponad 2200 rozrzuconych po płaskowyżu świątyń buddyjskich. Połowa z nich wciąż strzelistymi wieżami wskazuje niebo. Pozostałe są w ruinie, zniszczone przez upływający czas i wojny. Pomiędzy kamiennymi pagodami mieściły się kiedyś tysiące drewnianych klasztorów i zabudowania gwarnego, pełnego pielgrzymów ośrodka, który nie przetrwał do dziś. Do zwiedzania najlepiej wynająć dwukołowy zaprzęg konny zwany tu hoska (od angielskiego horse cart). Jego woźnica oprowadzi nas po tej niesamowitej krainie. W przeciwieństwie do wspomnianego kompleksu świątynnego Angkor Wat, który stał się już niemal muzeum, to miasto wciąż pełni swoją funkcję sakralną. Wierni pielgrzymują do niego, aby składać dary posągom Buddy, palić im kadzidła, obdarowywać kwiatami. Odbywają się tutaj także barwne święta i festiwale.
Szczególnie fascynująco dawne budowle wyglądają o wschodzie lub zachodzie słońca. Złote promienie oświetlają iglice pagód, a pył unoszący się z suchej jak wiór ziemi spowija je tajemniczą mgłą. Krajobraz wydaje się wręcz nierealny, przywodzi na myśl marzenie senne albo baśń. Warto wspiąć się na jakąś odległą i mało popularną (nie wskazywaną przez przewodniki) świątynię, aby móc przeżyć tę wyjątkową chwilę w zupełnej ciszy i spokoju.

 

WODNA KRAINA
Podczas wizyty w Birmie trzeba koniecznie zobaczyć jeszcze jeden niezwykły region. Wokół otoczonego górami słodkowodnego jeziora Inle (880 m n.p.m.) mieszka 70 tys. ludzi, których nazywa się Intha. Domy buduje się tu na palach albo na unoszących się na wodzie platformach. Płytki akwen ma 22 km długości i 12 km szerokości. Okolica ta słynie z wyrobów rzemieślniczych. Wynajętą łodzią można dostać się do zakładów tkackich, krawieckich czy kowalskich. Lokalną specjalność stanowią tkaniny z włókien wytwarzanych z łodyg lotosu – bardzo wytrzymałe i drogie (kosztują więcej niż jedwab). Swoją strukturą przypominają trochę surowy len.

FOT. MYANMAR TOURISM PROMOTION BOARD

Wyścig na tradycyjnych łodziach na jeziorze Inle (116 km²)

 

Obok manufaktury birmańskich cygaretek, gdzie roześmiane, plotkujące dziewczyny sprawnie skręcają po 500 papierosów dziennie, kowal uwija się wokół gorącego pieca ustawionego tuż nad taflą wody. Natkniemy się tutaj też na warsztat przetapiania srebra czy malowania laki oraz przeróżne sklepy z pamiątkami, do których odwiedzenia zachęcają kobiety żyrafy z plemienia Padaung (Kayan) o szyjach wydłużonych przez metalowe obręcze. Pochodzą z jednej z otaczających jezioro wiosek. Ich zadaniem jest przyciąganie turystów i trzeba przyznać, że skutecznie wykonują swoją pracę – zawsze ustawia się do nich kolejka chętnych do zrobienia sobie zdjęcia.
W drodze do tutejszego Klasztoru Nga Phe Chaung, czyli Klasztoru Skaczących Kotów, którego mnisi tresują te zwierzęta w skokach przez obręcze, warto zatrzymać się przy pływających polach. Grządki usypano na wyspach utkanych z gałęzi. Na większości z nich w równych rzędach rosną krzaki pomidorów z małymi, intensywnie czerwonymi owocami rozmiarów śliwki. Doglądają ich miejscowi rolnicy. Do swoich upraw dostają się chybotliwymi i wywrotnymi drewnianymi czółnami, wiosłując… jedną nogą.
Podróż polecam zakończyć na plaży Ngapali koło miasta Thandwe nad Zatoką Bengalską. Wylegiwanie się na ustawionym na złotym piasku leżaku pod palmami i wśród delikatnego szumu fal Oceanu Indyjskiego ukoi wszystkie nasze zmysły. Amatorzy egzotycznych smaków mogą zamówić piña coladę podawaną w łupinie orzecha kokosowego, a miłośnicy piękna przyrody – ponurkować na rafie. Wokół gości krążą sprzedające owoce kobiety z koszami na głowach. Niewielką maczetą obierają ananasa, papaję czy mango i podają świeże, ociekające sokiem kawałki turystom.
Policzki sprzedawczyń, podobnie jak i wielu Birmanek, oprószone są grubym, żółtym pudrem thanaka ze startej kory, pnia bądź korzeni specjalnych drzew. Służy on nie tylko jako ozdoba, odżywia też skórę i chroni przed słońcem i komarami. Niewiele z pań wychodzi bez takiego makijażu na ulicę. Niektóre malują sobie na twarzy okrągłe rumieńce, inne – wytworne liście lub kwiaty. Gdy się uśmiechają, wyglądają wyjątkowo pięknie. Dzięki nim Birma ma szansę odebrać Tajlandii tytuł Krainy Uśmiechu.

Artykuły wybrane losowo

Wyspy Zielonego Przylądka – ostatni raj na Atlantyku

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA
www.karolinasypniewska.pl


<< Ten niezasiedlony aż do przybycia Portugalczyków w drugiej połowie XV w. archipelag, należący dziś do Republiki Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), znany był niegdyś wśród żeglarzy z produkcji wspaniałego grogu robionego z trzciny cukrowej oraz handlu niewolnikami. Obecnie wciąż zachwyca niezwykłą naturą, przepięknymi plażami nad oceanem i jedyną w swoim rodzaju europejsko-afrykańską kulturą wyspiarską. To świetny kierunek nie tylko dla indywidualnych turystów, miłośników sportów wodnych, ale również na firmowe wyjazdy integracyjne i motywacyjne (tzw. incentive), spotkania biznesowe, kongresy czy konferencje. Odkryjmy zatem ostatni raj na Atlantyku! >>

Więcej…

Kolory Gruzji

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

« Muzyka, taniec, śpiew, piękne góry, źródła wody mineralnej, temperament mieszkańców, doskonałe jedzenie i oczywiście wino – te właśnie rzeczy wymieniają najczęściej osoby pytane o to, co kojarzy im się z Gruzją. Ja do powyższej listy skojarzeń mogę dorzucić jeszcze gruzińskie toasty i ośrodki narciarskie Kaukazu. Czeka tu na nas naprawdę mnóstwo atrakcji. »

Więcej…

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI