ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.


To jeden z tych dziewiczych zakątków kontynentu azjatyckiego, których nie zwiedziły jeszcze tłumy turystów. Dlatego wyprawa do niego ma w sobie coś z ekscytującej ekspedycji odkrywczej. Przed przekroczeniem birmańskiej granicy warto jednak zrobić sobie krótką listę rzeczy obowiązkowych do zobaczenia w tej zachodniej części Indochin.


NIEDALEKA PRZESZŁOŚĆ
Nasza podróż zaczyna się w Rangun, nieco prowincjonalnej, dawnej stolicy kraju. Choć miasto wciąż uchodzi za gospodarcze centrum Birmy i ma aż 6 mln mieszkańców, to nadal daleko mu do wyjątkowo gwarnych azjatyckich metropolii. Zamiast wieżowców wokół przynoszących orzeźwienie jezior wznoszą się tu sypiące się bloki i niskie parterowe domy otoczone ogrodami. Na jednym z brzegów stoi willa noblistki Aung San Suu Kyi, która w areszcie domowym spędziła (z przerwami) 15 lat. Jej losy, przedstawione m.in. w filmie Luca Bessona Lady (2011 r.), odzwierciedlają najnowszą historię tych stron.
W 1962 r. wojsko pod przywództwem generała Ne Win (1910–2002) przeprowadziło zamach stanu. Władzę przejęli komuniści, którzy znacjonalizowali gospodarkę, odizolowali państwo od otaczającego go świata i w końcu zmienili jego nazwę z nadanej przez kolonistów Birmy na Myanmar.  Aung San Suu Kyi, sekretarz generalny Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), stała się ikoną ruchu oporu po krwawo stłumionych zamieszkach ulicznych z 1988 r. Skazana na karę pozbawienia wolności, odbywała ją we własnym domu nad brzegiem jeziora Inya. Nie poleciała w grudniu do Oslo, aby odebrać przyznaną jej w 1991 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Mimo iż została zwolniona, nie pojechała też do Anglii, gdy jej mąż Michael Aris umierał w marcu 1999 r. na raka. Bała się, że rząd nie zgodzi się, aby wróciła do ojczyzny. W ponownym areszcie zastała ją także szafranowa rewolucja mnichów w 2007 r. Choć w 1990 r. jej partia zdobyła zdecydowaną większość miejsc w parlamencie, wyników tych wyborów nie uznano. Dopiero 22 lata później, podczas głosowania uzupełniającego, Aung San Suu Kyi, której zezwolono kandydować z ramienia NLD, wygrała i otrzymała mandat w izbie niższej.
W odpowiedzi na transformację wiele krajów zachodnich anulowało lub zawiesiło wprowadzone wcześniej sankcje gospodarcze. W 2012 r. Birmę odwiedziło 600 tys. gości z całego świata. W hotelach zaczęło brakować pokoi. Ceny poszybowały w górę. Swoistym symbolem zmian wolnorynkowych jest… powrót coca-coli do sklepów po 60 latach.

 

ZŁOTA WIEŻA RANGUN
Prawdziwy birmański skarb stanowią niezliczone złote stupy. Najważniejsza i najwspanialsza z nich to Pagoda Szwedagon (Shwedagon) w Rangun. Właśnie od niej najlepiej rozpocząć zwiedzanie.
Świątynia przez wieki zmieniała kształt, jednak – jak głosi legenda – nigdy nie zburzył jej człowiek. Podobno nieraz walczące w okolicy wojska przerywały bitwę, aby wspólnie ugasić jej pożar. Największego świętokradztwa dopuścili się Brytyjczycy. Gdy opuszczali swoją dawną kolonię, ograbili kompleks z kosztowności. Ich zachłanności oparła się tylko zatknięta na czubku 99-metrowej iglicy korona. Po zmroku jej klejnoty odbijają światła padających na budowlę reflektorów niczym kocie oczy. W dzień wokół lśniącej w słońcu stupy krążą tysiące wiernych składających ofiary.
Pagoda Szwedagon, w której przechowuje się 8 świętych włosów Buddy, jest symbolem jedności kraju, zamieszkiwanego przez 135 grup etnicznych. Warto dodać, że po oddaniu przez juntę władzy w 2011 r. wzmogły się konflikty między buddystami a mniejszością muzułmańską. Prasa co jakiś czas donosi o podpaleniach domów, sklepów czy bezprawnym przejęciu ziemi. Krążą głosy, że te zatargi podsycają odsunięci od władzy wojskowi. Znawcy tematu twierdzą jednak, że to przejaw walki o wpływy, w której udział biorą bardziej zaangażowani politycznie mnisi i klasztory.

 

MIASTO OSTATNICH KRÓLÓW
W therawadzie, najdłużej istniejącej odmianie buddyzmu zwanej nauką starszych, wyznawanej przez niemal 90 proc. mieszkańców Birmy, do osiągnięcia nirwany i wyrwania się z kręgu wcieleń wiedzie m.in. studiowanie świętych pism. Buddyjski kanon Tipitaka obejmuje 3 części (tzw. kosze) tekstów w języku palijskim. Jego gigantyczny egzemplarz (uchodzący za największą księgę świata) znajduje się w Pagodzie Kuthodaw w Mandalaj. Wyryto go w 1868 r. na 729 marmurowych płytach na rozkaz króla Mindona (1808–1878), przedostatniego władcy Birmy. Podobno gdyby czytać go przez 8 godzin dziennie, lektura zajęłaby aż… 450 dni. Każdą kamienną kartę osłania biała stupa ze złotą iglicą. Wszystkie razem przypominają istny las identycznych małych domków.

Długie rzędy białych stup Pagody Kuthodaw w Mandalaj


Następca wspomnianego Mindona, ostatni król Birmy Thibaw (1859–1916) przeniósł jeden z pawilonów Pałacu Królewskiego w Mandalaj i utworzył z niego Klasztor Shwenandaw. Dzięki temu obiekt ocalał. Niestety, w czasie II wojny światowej podczas bombardowania przez aliantów magazynu wojsk japońskich zlokalizowanego na terenie kompleksu pałacowego wspaniałą siedzibę birmańskich władców niemal doszczętnie zrównano z ziemią.
W tym mieście jest jeszcze jedno niesamowite miejsce: Świątynia Mahamuni z posągiem z brązu Buddy Mahamuni, uważanym za jeden z pięciu wizerunków odlanych za życia samego Oświeconego. Ma prawie 4 m wysokości i pokrywają go narastające warstwy złotych listków przyklejanych od wieków przez miliony pielgrzymów. Codziennie o godz. 4.00 zaczyna się poranna toaleta statuy. Starszy mnich z klasztoru Mahamuni myje olbrzymiej figurze twarz, a nawet… czyści jej zęby. Przy wejściu do budowli wisi natomiast 5-tonowy gong, w który wierni biją przy przekraczaniu świątynnych progów.

 

ZAPOMNIANE KRÓLESTWO
Mandalaj i Rangun to dwa najlepiej skomunikowane miasta Birmy. Niedawno połączyła je nowa, pierwsza w kraju autostrada, co skróciło 700-kilometrową podróż między nimi z 12 do 8 godzin. Z tej pierwszej miejscowości najlepiej wyruszyć na wycieczkę statkiem po spokojnych wodach potężnej rzeki Irawadi ku Paganowi – najwspanialszemu zabytkowi kraju, często porównywanemu ze słynnym Angkor Wat w Kambodży.  
Powolny rejs trwa cały dzień. Po drodze tuż koło Amayabuyi (Amarapury) jedna z odnóg Irawadi rozlewa się w jezioro Taungthaman, które przecina najdłuższy na świecie (aż 1200-metrowy) most z drewna tekowego – U Bein. Warto wybrać się tutaj na osobną wyprawę.

Rozległy kompleks świątynny Pagan przypomina inny świat

 

Lata świetności stolicy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego) przypadły na XI–XIII w. Pamiątką po tym złotym okresie jest ponad 2200 rozrzuconych po płaskowyżu świątyń buddyjskich. Połowa z nich wciąż strzelistymi wieżami wskazuje niebo. Pozostałe są w ruinie, zniszczone przez upływający czas i wojny. Pomiędzy kamiennymi pagodami mieściły się kiedyś tysiące drewnianych klasztorów i zabudowania gwarnego, pełnego pielgrzymów ośrodka, który nie przetrwał do dziś. Do zwiedzania najlepiej wynająć dwukołowy zaprzęg konny zwany tu hoska (od angielskiego horse cart). Jego woźnica oprowadzi nas po tej niesamowitej krainie. W przeciwieństwie do wspomnianego kompleksu świątynnego Angkor Wat, który stał się już niemal muzeum, to miasto wciąż pełni swoją funkcję sakralną. Wierni pielgrzymują do niego, aby składać dary posągom Buddy, palić im kadzidła, obdarowywać kwiatami. Odbywają się tutaj także barwne święta i festiwale.
Szczególnie fascynująco dawne budowle wyglądają o wschodzie lub zachodzie słońca. Złote promienie oświetlają iglice pagód, a pył unoszący się z suchej jak wiór ziemi spowija je tajemniczą mgłą. Krajobraz wydaje się wręcz nierealny, przywodzi na myśl marzenie senne albo baśń. Warto wspiąć się na jakąś odległą i mało popularną (nie wskazywaną przez przewodniki) świątynię, aby móc przeżyć tę wyjątkową chwilę w zupełnej ciszy i spokoju.

 

WODNA KRAINA
Podczas wizyty w Birmie trzeba koniecznie zobaczyć jeszcze jeden niezwykły region. Wokół otoczonego górami słodkowodnego jeziora Inle (880 m n.p.m.) mieszka 70 tys. ludzi, których nazywa się Intha. Domy buduje się tu na palach albo na unoszących się na wodzie platformach. Płytki akwen ma 22 km długości i 12 km szerokości. Okolica ta słynie z wyrobów rzemieślniczych. Wynajętą łodzią można dostać się do zakładów tkackich, krawieckich czy kowalskich. Lokalną specjalność stanowią tkaniny z włókien wytwarzanych z łodyg lotosu – bardzo wytrzymałe i drogie (kosztują więcej niż jedwab). Swoją strukturą przypominają trochę surowy len.

FOT. MYANMAR TOURISM PROMOTION BOARD

Wyścig na tradycyjnych łodziach na jeziorze Inle (116 km²)

 

Obok manufaktury birmańskich cygaretek, gdzie roześmiane, plotkujące dziewczyny sprawnie skręcają po 500 papierosów dziennie, kowal uwija się wokół gorącego pieca ustawionego tuż nad taflą wody. Natkniemy się tutaj też na warsztat przetapiania srebra czy malowania laki oraz przeróżne sklepy z pamiątkami, do których odwiedzenia zachęcają kobiety żyrafy z plemienia Padaung (Kayan) o szyjach wydłużonych przez metalowe obręcze. Pochodzą z jednej z otaczających jezioro wiosek. Ich zadaniem jest przyciąganie turystów i trzeba przyznać, że skutecznie wykonują swoją pracę – zawsze ustawia się do nich kolejka chętnych do zrobienia sobie zdjęcia.
W drodze do tutejszego Klasztoru Nga Phe Chaung, czyli Klasztoru Skaczących Kotów, którego mnisi tresują te zwierzęta w skokach przez obręcze, warto zatrzymać się przy pływających polach. Grządki usypano na wyspach utkanych z gałęzi. Na większości z nich w równych rzędach rosną krzaki pomidorów z małymi, intensywnie czerwonymi owocami rozmiarów śliwki. Doglądają ich miejscowi rolnicy. Do swoich upraw dostają się chybotliwymi i wywrotnymi drewnianymi czółnami, wiosłując… jedną nogą.
Podróż polecam zakończyć na plaży Ngapali koło miasta Thandwe nad Zatoką Bengalską. Wylegiwanie się na ustawionym na złotym piasku leżaku pod palmami i wśród delikatnego szumu fal Oceanu Indyjskiego ukoi wszystkie nasze zmysły. Amatorzy egzotycznych smaków mogą zamówić piña coladę podawaną w łupinie orzecha kokosowego, a miłośnicy piękna przyrody – ponurkować na rafie. Wokół gości krążą sprzedające owoce kobiety z koszami na głowach. Niewielką maczetą obierają ananasa, papaję czy mango i podają świeże, ociekające sokiem kawałki turystom.
Policzki sprzedawczyń, podobnie jak i wielu Birmanek, oprószone są grubym, żółtym pudrem thanaka ze startej kory, pnia bądź korzeni specjalnych drzew. Służy on nie tylko jako ozdoba, odżywia też skórę i chroni przed słońcem i komarami. Niewiele z pań wychodzi bez takiego makijażu na ulicę. Niektóre malują sobie na twarzy okrągłe rumieńce, inne – wytworne liście lub kwiaty. Gdy się uśmiechają, wyglądają wyjątkowo pięknie. Dzięki nim Birma ma szansę odebrać Tajlandii tytuł Krainy Uśmiechu.

Artykuły wybrane losowo

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…

Osiem rzeczy do zrobienia w Kostaryce

ARKADIUSZ WINIATORSKI

www.stonesontravel.com

 

 

« Usiądź wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie turkusową wodę skrywającą rafę koralową i soczyście zielony las deszczowy. Pomiędzy palcami przesypujesz biały piasek z niekończącej się plaży, a w powietrzu unosi się zapach kawy pochodzącej z najlepszych plantacji na świecie. Gdzieś dalej słychać nawołujące się zwierzęta, na horyzoncie majaczą cicho pomrukujące aktywne wulkany. To Kostaryka – kraj, którego przyroda zachwyca i onieśmiela. »

Więcej…

Finlandia, czyli zimowa ucieczka przed pluchą

Adam Stępień

 

                                                                                                             FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

<< Prawdziwa zima już za pasem. Niektórzy zastanawiają się, jak się przed nią schować, ale tym, którym śnieg i mróz niestraszne, proponuję ucieczkę przed pluchą i szarością środkowoeuropejskiej aury, czyli wyprawę do Finlandii, a przede wszystkim fińskiej Laponii. Jeziora i rzeki skute lodem, zaśnieżone wzgórza i sauny opalane drewnem powinny skusić niejednego podróżnika, szczególnie że przy okazji można odwiedzić Świętego Mikołaja, pojeździć na biegówkach, zjeść stek z renifera, zapoznać się z najnowszymi trendami wzornictwa przemysłowego czy poczytać opowieści o Muminkach… >>

Republika Finlandii to państwo stosunkowo nowe na mapie Europy (istnieje od grudnia 1917 r.), choć sami Finowie żyli na tych terenach przez wieki, najpierw pod panowaniem szwedzkim, a później – rosyjskim. Mimo dość dużej powierzchni – 338 tys. km², kraj ten zalicza się do najsłabiej zaludnionych na kontynencie (ok. 18 osób na 1 km²). Każdego roku staje się jednak coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży, w tym także Polaków.

Więcej…