JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl 

 

« Choć to może wydawać się nieprawdopodobne, w granicach Indonezji leży ponad 17,5 tys. wysp. Jej terytorium łączy ciepły Ocean Indyjski i rozległy Pacyfik. Ten kraj jest niczym odrębny świat, który potrafi zadziwić każdego odwiedzającego go przybysza. »

 

 

Klimat indonezyjskich wysp determinuje przede wszystkim ich położenie w rejonie równika. Dzięki niemu mogła się na nich rozwinąć bujna i zróżnicowana roślinność. Poza tym Indonezja należy do Pacyficznego Pierścienia Ognia – strefy, w której występują liczne wulkany. Właśnie duża aktywność wulkaniczna wpłynęła na wygląd tych malowniczych wysp. 

 

W folderach biur turystycznych znajdziemy przede wszystkim rajską Bali. Trudno się dziwić jej ogromnej popularności, bo różnorodnością atrakcji zaskakuje nawet osoby, które odwiedziły już mnóstwo naprawdę interesujących miejsc. Indonezja ma jednak wiele obliczy, dlatego tym razem chciałbym opisać jeszcze Sulawesi (Celebes), gdzie poczułem się zupełnie jak na końcu świata.

 

 

 

 Balijki wykonujące tradycyjny taniec legong w bogato zdobionych strojach i nakryciach głowy

© ISTOCK.COM/BICHO_RARO

 

Pocztówkowa świątynia Tanah Lot na skale na Bali

© ISTOCK.COM/VALERYBOCMAN

 

 

Domy tongkonan z dachami przypominającymi łódź w wiosce w Tana Toraja na południu wyspy Sulawesi

 © ISTOCK.COM/FBXX

 

PIERWSZY PRZYSTANEK

Zacznijmy właśnie od Bali, bo na niej większość turystów rozpoczyna swoją indonezyjską przygodę. Południe wyspy to raj wakacyjny – na wczasowiczów czekają tu białe plaże, wysmukłe palmy, ciepły ocean, rafy koralowe, rozmaite hotele, baseny z krystalicznie czystą wodą i pyszne jedzenie. Dużym plusem jest dobre skomunikowanie regionu. Turyści lądują pod kosmopolitycznym, ponad 900-tysięcznym Denpasarem (Ngurah Rai International Airport), który graniczy z większością nadmorskich kurortów. Potem rozjeżdżają się w zależności od swoich preferencji, np. do 5-gwiazdkowych hoteli w mieście Kuta czy atrakcyjnych resortów w miejscowości Jimbaran. W tej ostatniej knajpki wychodzą wprost na plażę. Podaje się w nich świeże owoce morza czy ryby, w tym sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według amerykańskiej platformy CNNgo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw świata. Wokół rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Gdy z cienia nocy wyłania się wykonująca rytualny taniec Balijka, trudno oderwać od niej wzrok. Południe wyspy to też ulubione miejsce surferów. Zaawansowani i początkujący miłośnicy ujarzmiania fal mogą skorzystać z oferty jednej z licznych profesjonalnych szkół surfingowych. Wieczorem w barach, restauracjach i klubach rozkwita życie nocne.

Jeżeli chcemy lepiej poznać Bali, powinniśmy wyruszyć w głąb lądu. Tu atrakcji jest co niemiara. Zachęcam do obserwowania z niewielkiego, wygodnego resortu De Klumpu Bali życia balijskiej wioski. Z łoża z baldachimem, w jakie wyposażone są jego pokoje, rozpościera się widok na górę Agung, najwyższy czynny wulkan wyspy (2997 m n.p.m. lub 3031 m n.p.m.). Możemy z bliska przyjrzeć się uprawie ryżu, a nawet wziąć udział w jego sadzeniu czy w powożeniu zaprzęgiem wołów, brodząc po kolana w błotnistej mazi. Dla chętnych przygotowano kurs gotowania tradycyjnych potraw we wnętrzach balijskiego domu. Na koniec uczestnicy zajęć otrzymują specjalny certyfikat zaświadczający o ich kucharskich umiejętnościach. Warto także wybrać się na okoliczne pola i do tropikalnego lasu w poszukiwaniu malowniczych wodospadów, aby zażyć orzeźwiającej kąpieli. W ofercie resortu znajdują się tradycyjne balijskie masaże. Cały kompleks wkomponowany jest w otaczającą go przyrodę, a jego obiekty zbudowano według projektów wzorowanych na miejscowej architekturze. To pomysł samego właściciela Putu Winastry, który pochodzi z nieodległej wioski i dzięki wieloletniemu doświadczeniu zdobytemu w branży turystycznej potrafił znakomicie połączyć ekologiczne rozwiązania z wymogami współczesnej turystyki.

 

 

WSPÓLNE ŚWIĘTOWANIE

Ogromną zaletę pobytu na Bali stanowi możliwość uczestniczenia w lokalnych świętach. Na wyspie obchodzi się ich bardzo wiele. Ja wybrałem Nyepi, ruchomy dzień Nowego Roku, przypadający w marcu lub na początku kwietnia (w 2020 r. wypada 25 marca). W typowej balijskiej wiosce, gdzie każdy dom ma jedną lub kilka małych świątyń, w których codziennie składa się symboliczną ofiarę – banten (zwykle w postaci kadzideł, kwiatów, ale też ciasteczek, słodyczy, owoców, papierosów lub pieniędzy), brałem udział w dwudniowym świętowaniu. Kulminacyjnym momentem pierwszego dnia jest Ngrupuk, parada olbrzymich rzeźb wykonanych ze sklejonego malowanego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa i demony ogoh-ohog, niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Pochodowi towarzyszą koncerty żywiołowej muzyki gamelan, a kończą go szalone tańce i niszczenie przerażających postaci. Ciemności nocy rozjaśnia wtedy blask ognia trawiącego podpalane figury.

Nazajutrz zaczyna się Dzień Ciszy (Nyepi) – czas na refleksję i robienie postanowień na nowy, jeszcze lepszy rok. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu (od godziny 6.00 do 6.00 następnego dnia). Na całej wyspie panuje spokój, a wieczorem zapada ciemność. Nie zapala się żadnych lamp. Nie działa komunikacja, nawet międzynarodowe lotnisko nie obsługuje pasażerów. 

 

 

MAGIA WYSPY

Na Bali warto zawitać do wioski Jatiluwih położonej u podnóża wulkanu Bratan (2276 m n.p.m.) z trzema kalderami. Na jego zboczach leżą opadające tarasowo efektowne pola ryżowe. W 2012 r. wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako krajobraz kulturowy prowincji Bali). Tutejsze otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne służą również do oznaczania poszczególnych poletek. Są częścią systemu irygacyjnego o nazwie subak,składającego się z kanałów i śluz, którego historia sięga IX w. Odzwierciedla on założenia tradycyjnej balijskiej filozofii Tri Hita Karana łączącej sferę duchową oraz świat ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturowych mieszkańców Bali i Indii na przestrzeni ostatnich 2 tys. lat. Oprócz strawy dla ducha ważna jest jednak strawa dla ciała. Miejscowe restauracje serwują dania bazujące na uprawianym w okolicy ryżu, takie jak nasi goreng. Jego podstawę stanowią smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, mięsa lub owoce morza. 

Zaglądam też do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na formacji skalnej wystającej z oceanu. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych turystów. Kapłan w geście oczyszczenia kciukiem naznacza czoła podchodzących ryżem. Za ucho wkłada im mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje kilka monet lub banknotów. W ten sposób od stuleci sacrum miesza się z profanum.

I tutaj trudno się oprzeć pokusie skosztowania lokalnych dań, tym bardziej, że z restauracji można podziwiać widok na malowniczy klif ze świątynią. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu, odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie. Tak manifestuje się magia wyspy.

 

 

MIASTO SZTUKI

Miejscem, którego nie wolno pominąć podczas zwiedzania Bali, jest Ubud, czyli jej kulturalna stolica. Sztuka wyziera tu zza każdego zaułka. Zapełnia uliczne stragany, niezliczone galerie i galeryjki, ale i uznane muzea. Należy do nich otwarta w 1996 r. ARMA (Agung Rai Museum of Art), jedna z najciekawszych placówek nie tylko w tym blisko 40-tysięcznym mieście, ale także na całej Bali. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez miejscowego wizjonera i wielbiciela sztuki Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej i współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia po wędrówce przez niezmiernie interesujące pawilony przynosi odpoczynek w małej, klimatycznej kafejce „Kafe ARMA” (kawa w cenie biletu wstępu) sąsiadującej z muzealnym sklepikiem z pamiątkami w całkiem rozsądnej cenie (ARMA Boutique). Swoją jakością przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w Ubud.

W centrum miasta warto odwiedzić kilka wspaniałych świątyń i pałaców. Za wstęp do nich zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego z towarzyszeniem muzyki gamelan. To właśnie z nich słynie Ubud i one przyciągają najliczniejsze rzesze turystów. Świątynię wodną Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać z „Cafe Lotus”, popijając kawę, lokalne piwo Bintang lub drinka. Na Bali, będącej enklawą hinduizmu, nie ma problemu z kupnem alkoholu, w przeciwieństwie do wielu innych miejsc w Indonezji. Wieczorami bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i zapełniają się turystami i młodzieżą. 

W mieście znajduje się poza tym obiekt zupełnie nieprzystający do wizerunku kraju muzułmańskiego, jakim jest Indonezja. Chodzi mi o położone za dwoma interesującymi mostami nad głębokimi wąwozami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Mimo iż temu twórcy daleko do katalońskiego artysty, placówka ma niezwykle ciekawy charakter. 

 

 

POD WULKANEM

Wspominałem o magii Bali. Jednym z miejsc, które mnie oczarowały, są okolice aktywnego wulkanu Batur (1717 m n.p.m.). Wznosi się on wewnątrz rozległej kaldery. Znajduje się w niej również ogromne jezioro wulkaniczne o tej samej nazwie (ma powierzchnię 15,9 km²). 

Większość turystów przybywa tu, aby po noclegu w oferującym bajeczny widok Lakeview Hotel & Restaurant i nocnym marszu podziwiać wschód słońca z krawędzi krateru. Możliwość podziwiania potężnej kaldery, jeziora i sąsiednich wulkanów z góry oraz trekking wulkaniczną granią w pełni wynagradzają trud włożony w półtoragodzinną wspinaczkę. Po zejściu warto zanurzyć się w gorących źródłach gustownie zagospodarowanego kompleksu basenów termalnych łączących się z jeziorem Batur (Toya Devasya Natural Hot Spring).

To wspaniałe, ale typowo turystyczne atrakcje. W okolicy czeka na nas zdecydowanie więcej. Przy jednej z najstarszych osad na Bali, leżącej na wprost wulkanu wiosce Trunyan (Terunyan), znajduje się niezwykły cmentarz. Można do niego jedynie dopłynąć łodzią. Ta nekropolia jest jedną z trzech założonych przez mieszkańców rybackiej osady – każda z nich została przeznaczona dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Zwłoki są tu układane pod rosnącym w tej okolicy świętym drzewem taru menyan (zwanym również kadzidłowcem), neutralizującym zapach rozkładających się ciał. Na cmentarzu miejsca wystarcza jedynie dla 11 zmarłych naraz. Czaszki i kości wcześniej pochowanych nieboszczyków kładzie się obok tymczasowych trumien z bambusa. W przylegającej do nekropolii, pochłanianej przez bujną roślinność świątyni królują wszędobylskie małpy. Atmosfera cmentarza przypomina nieco nastrój z filmów grozy.

Inne niesamowite miejsce ukryte w bezkresnym tropikalnym lesie otaczającym Batur stanowi Pura Nunggu. Świątynia ta zaskakuje niezwykłością zmurszałych figur stojących pośród resztek kamiennych budowli, rzeźb nie przypominających w najmniejszym stopniu znanych bogów hinduizmu. Wykonawcy drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami, przywodzą na myśl wierzenia animistyczne, a nie współczesne religie.

 


NA PÓŁNOCY

Odwiedzić należy też z pewnością północną część Bali. Na zachodnim wybrzeżu tego regionu odkryłem rybacką osadę Pemuteran, położoną malowniczo między górami a Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy muzułmanów (stanowiących ok. 87 proc. ludności Indonezji) i hinduistów. Pobliskie świątynie nie przypominają pomników do podziwiania, ale są żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów. Możemy tutaj uczestniczyć w rytuałach religijnych jednoczących wiejską społeczność.

Region ten zyskuje coraz większą popularność. Świadczyć o tym mogą nowo powstające kameralne resorty turystyczne. W balijskich knajpkach serwuje się wyśmienite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W ośrodkach wypoczynkowych wykupimy rejs łodzią z rybakami, którzy zabiorą nas na podziwianie tutejszych raf koralowych. Przy obsłudze obiektów pracują niemal wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tej okolicy był Agung Prana. Opuścił on Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z naturą i w duchu współpracy z lokalną społecznością. Niemałe znaczenie w jego koncepcji miało również respektowanie prywatności gości czy okazywanie szacunku ludziom, także ze względu na ich przekonania religijne. Te idee spotkały się z dużym zainteresowaniem na całym świecie. Leżący nad brzegiem morza i między górami kompleks Taman Sari Bali Resort & Spa jest znakomitym odzwierciedleniem jego wizji. Dużą wagę przywiązuje się tu do odbudowy rafy koralowej (tzw. Coral Restoration Project). Podczas nurkowania w pobliżu plaży z łatwością dostrzeżemy specjalne podwodne konstrukcje wspomagające rozwój ekosystemu. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rośnie wolniej, przybiera jeszcze intensywniejsze barwy. 

 

 

INNA NIŻ WSZYSTKIE

W poszukiwaniu indonezyjskiego końca świata postanowiłem wybrać się na wyspę Sulawesi, inaczej Celebes. Wiedziałem, że koniecznie będę chciał zobaczyć na niej chyba najbardziej niezwykłą na świecie, kilkudniową ceremonię pochówku zmarłego członka rodziny Toradżów (lokalnej grupy etnicznej). Po śmierci dalej mieszka on ze swoimi krewnymi, czekając na pogrzeb. Sam obrzęd, którego jednym z elementów jest rytualny ubój kilkudziesięciu wołów domowych, budzi ogromne kontrowersje i sprzeciw wielu organizacji próbujących doprowadzić do jego zakazania. 

Jednak Sulawesi słynie także ze swoich rajskich krajobrazów, zagubionych wysepek i pięknych raf koralowych, malowniczych, ciągle aktywnych wulkanów i gigantycznych połaci nieprzebytego lasu tropikalnego, wspaniałej kultury i znakomitej kuchni. Ma osobliwy kształt i równie wyjątkowy charakter pod względem etnicznym, religijnym czy politycznym. Dewiza Indonezji brzmi Jedność w różnorodności, a Celebes znakomicie ją oddaje.

 

 

OSTATNIE POŻEGNANIE

Ląduję na południowym zachodzie wyspy w ok. 2-milionowym Makasar i natychmiast gnam setki kilometrów do Tana Toraja (to jedna z jednostek podziału administracyjnego w Indonezji noszących nazwę kabupaten). Pora deszczowa nie jest czasem pogrzebów, a właśnie tego dnia rozpoczyna się ceremonia pogrzebowa w małej wiosce obok miasta Rantepao, w samym sercu regionu! Przybywają setki gości z najbliższej i dalszej rodziny, znajomi i sąsiedzi. Oprócz słów współczucia przynoszą całą masę prezentów: papierosy, cukier, kawę lub inne przydatne podczas wielodniowej celebracji artykuły. Zamożniejsi czy bliżsi członkowie rodziny przyprowadzają ze sobą świnie albo woły. 

Jestem na pogrzebie, biorę udział w ostatnim akcie wielomiesięcznego, a bywa i wieloletniego rytuału, który rozpoczyna się w momencie śmierci kogoś z rodziny. Nieboszczyka przenosi się do środkowej izby tradycyjnego, zbudowanego w charakterystyczny sposób domu tongkonan, gdzie nie traktuje się go jako zmarłego, lecz jako śpiącego czy chorego i dzieli się z nim jedzeniem, piciem, papierosami. Ciało leży zabalsamowane w otwartej trumnie. Dom stoi na palach, a jego ogromny dach przypomina kształtem łódź. Skąd taka forma, skoro Tana Toraja znajduje się w sercu gór, z dala od jakiegokolwiek wybrzeża? Ktoś z gospodarzy tłumaczy mi, że Toradżowie wywodzą się z Chin. Tu na jednej z wysp obecnej Indonezji stworzyli odmienną od reszty jej mieszkańców, wyrazistą społeczność. 

Wielkie przedsięwzięcie obliczone na setki osób trzeba odpowiednio skoordynować, ustalić jego finansowanie. Potem wewnątrz wioski należy wybudować tymczasowe pawilony dla gości i dalszej rodziny czy wspomnianą konstrukcję na trumnę ze zmarłym. Gdy wszystko zostanie już ustalone i gotowe, a data pogrzebu oficjalnie ogłoszona, przybywają zaproszone osoby witane przez paradnie ubranych gospodarzy i dzieci w tradycyjnych, kolorowych strojach. Tym razem na marach spoczywa babcia, której portret zawieszony jest na tongkonan. Przygląda się wszystkiemu, sprawdzając, ile świń i wołów przyprowadzają goście. Od tego zależy, czy godnie wkroczy w zaświaty. 

Po dwóch niezwykłych dniach tańców, śpiewów, procesji, powitań, walk kogutów, jedzenia i picia następuje rytuał poświęcenia wołów. Na plac pomiędzy pawilonami, którego centralny punkt stanowi tzw. wieża mięsna, zostaje wprowadzony ogromny osobnik. Przywiązują go do masywnego pala wbitego w ziemię. Jest to wół albinos o jasnej, różowawej skórze ozdobionej szarymi plamami, wart tyle co dobry samochód. Rodzina, dorośli i dzieci, robią sobie ostatnie, pamiątkowe zdjęcie z pięknym zwierzęciem o błękitnych oczach. Mistrz ceremonii wyciąga zza pasa maczetę i wprawnym ruchem podcina wołowi gardło. Jest dobry w swoim fachu. Po chwili wół pada martwy na plac. Potem przychodzi kolej na następne. Na to, co się dzieje, mogę patrzeć tylko przez wizjer kamery czy aparatu fotograficznego. Nie potrafię podnieść oczu i przyglądać się walce o utrzymanie się na nogach kolejnego niezwykle silnego zwierzęcia. Nie rozumiem aplauzu i śmiechu widzów, gdy ofiara wyrywa wielkie pale, przewraca wątłe drzewa otaczające plac, pada na kolana i z trudem znów się podnosi, rozglądając się rozpaczliwie dookoła. Nie pojmuję zachwytu uśmiechniętych dzieci. Kiedy patrzę wokół, zauważam, że nie wszyscy dobrze się bawią. Jedna z młodych dziewczyn chowa twarz w dłoniach. 

Kolejnego dnia spotykam się z rodziną, aby ostatecznie pożegnać babcię. Jest spokojnie i uroczyście. Jedzenia i picia nadal nie brakuje. Rodzina robi sobie zdjęcia przy ustawionej na bambusowym postumencie ozdobnej trumnie. Inni wyrażają swój żal, płacząc i przytulając się do trumny. Gdy plac i pawilony są już pełne gości, grupa mężczyzn podkłada długie bambusowe drągi pod skrzynię z ciałem i unosi ją. Zmarłą czeka ostatnia droga do grobowca usytuowanego na wzgórzu powyżej wioski. Za trumną ze zdjęciem babci ustawia się długi kondukt żałobny. Ruszamy, ale nie spokojnie i dostojnie, jak się spodziewałem. Mężczyźni podrzucają nieboszczkę, kręcą się z nią dookoła własnej osi i, śmiejąc się, maszerują lub nawet biegną w górę. Żałobnicy przyłączają się do zabawy, pokrzykując i dopingując tragarzy do większego wysiłku i kolejnych wygibasów z ciężką trumną. Gdy docieramy pod grobowiec, tłum się uspokaja, ale i zagęszcza. Trudno przebić się z ciałem do otworu drzwiowego. Wszyscy chcą wejść do niewielkiego budynku w kształcie kaplicy, aby pożegnać zmarłą, zrobić zdjęcie. Nad wejściem wisi święty obraz podobny do tych z polskich kościołów. Nie ma w tym nic dziwnego, Toradżowie w większości są chrześcijanami (protestantami). Kiedy dużą trumnę udaje się umieścić w ciasnym pomieszczeniu, rozlega się zawodzenie płaczek, którym wtórują kobiety z rodziny. Po jakimś czasie wszyscy rozchodzą się do domów. 

 

 

KRÓLESTWO RAFY

Z Tana Toraja wyruszam na północny wschód Sulawesi, żeby spędzić trochę czasu na Bunaken. Ta niewielka wyspa (o powierzchni ok. 8,1 km2) uchodzi za jedno z ważniejszych centrów nurkowych w Indonezji. Leży niedaleko ponad 430-tysięcznego miasta Manado i stanowi część Parku Narodowego Bunaken (Taman Nasional Bunaken), który zajmuje 890 km2 (z czego tylko 3 proc. to ląd). Wody w tej okolicy mają temperaturę mniej więcej 27–29°C przy powierzchni. Występuje tu olbrzymia różnorodność koralowców, ryb i gąbek.

Rejsy na rafy koralowe organizują liczne biura turystyczne usytuowane w Manado. Ja postanowiłem po prostu złapać łódź w tutejszym porcie. Nie było to trudne. O umówionej porze wsiadam do lokalnej motorówki. Podpływamy do najbliższej rafy koralowej przy Bunaken. Nie jesteśmy tu sami. Wokół krążą dziesiątki większych i mniejszych łodzi z turystami. Pod wodą też panuje niemały ruch, co jednak nie przeszkadza w kontemplowaniu nadzwyczaj pięknej fauny i flory. Ryby same podpływają pod maskę, czasem zaczepiają mnie dosyć natarczywie. Początkowo wydaje mi się, że są ciekawskie. Jednak po chwili dostrzegam Indonezyjczyka z sąsiedniej motorówki wabiącego je pokarmem. Nie wiem, czy to legalne. Gdy koło nas zatrzymuje się duża jednostka pełna głośnych chińskich turystów rozochoconych alkoholem, właściciel mojej łodzi szybko zgadza się zmienić miejsce. Pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę. Całkiem blisko znajdujemy przepiękną, spokojną okolicę, gdzie wokół bajecznej rafy koralowej krążą nieprzebrane ilości kolorowych ryb i rybek, i to bez dokarmiania. 

Stałym punktem nurkowo-snorkelingowej wyprawy jest lunch na wyspie. Choć stanowi atrakcję przeznaczoną dla masowego turysty, ma swój urok. Poza tym podawane potrawy smakują wręcz genialnie. Nie przez przypadek w menu dominują pyszne świeże ryby i owoce morza. Można nawet dostać piwo.


 
Rejs po morzu Celebes w pobliżu północno-wschodniego wybrzeża Sulawesi, widok na wysepkę Manado Tua


© ISTOCK.COM/SOFT_LIGHT

 

W ŚRODKU ZATOKI

Podczas swojej wyprawy na koniec świata trafiam także na maleńką wysepkę Kadidiri. Wchodzi w skład Wysp Togian (Togean), malowniczego archipelagu usytuowanego na równiku, na Morzu Moluckim, pośrodku zatoki Tomini. Docieram w to rajskie miejsce szybką, dwusilnikową łodzią dla kilkunastu pasażerów. Potem przesiadam się na mały, blaszany statek transportowy, który dostarcza wodę i zaopatrzenie do mojego resortu. Z jego pokładu podziwiam pocztówkowy widok na dziesiątki wysepek. Spora część z nich nie jest zamieszkała. Porasta je bujna tropikalna roślinność. Gęste wilgotne lasy równikowe ozdobione są kępkami palm. Niezwykłe wrażenie robią maleńkie, piaszczyste zatoczki i bezludne plaże. Pojawiają się i większe zatoki. Na ich brzegach często dostrzegam kompleksy hotelowe. Na Kadidiri jest ich zaledwie pięć. Poza tym znajduje się tutaj niewielka wioska rybacka i to wszystko.

Gdy zauważam charakterystyczne długie molo wbijające się głęboko w płytką, krystalicznie przejrzystą zatokę, wiem, że trafiłem do celu. Kadidiri Paradise Resort & Dive Centre to niewielki resort składający się z przestronnego, pełnego światła drewniano-bambusowego pawilonu restauracji, baru i recepcji w jednym oraz 30 bungalowów usytuowanych pośród soczystej zieleni lub na palach bezpośrednio nad wodą. Rzucam bagaże i swoje rozleniwione ciało na wielkie, drewniane łoże z baldachimem, które zajmuje niemal cały pokój. Nad moją głową leniwie szumi ogromny wentylator. Resztę wyposażenia stanowią małe biurko i szafka. Po chwili przenoszę się na taras ze stolikiem i hamakiem, aby do końca wysączyć mojego powitalnego drinka. 

Zanim pójdę uzgodnić z nadzwyczaj sympatyczną obsługą resortu plan na kilka najbliższych dni, zanurzam się w ciepłej, ale orzeźwiającej wodzie. Przyjemność pływania jest niezwykła. Z łatwością mogę obserwować niezliczone kolorowe rybki i podwodną roślinność, a gdy podnoszę głowę widzę pobliskie wysepki oraz malownicze wybrzeże i dziewiczą plażę. 

Przy okazji muszę opowiedzieć historię, która wydarzyła się dzień czy dwa później. Gdy siedziałem rano na swoim tarasie, zauważyłem nagłe poruszenie w wodzie tuż przy plaży w miejscu, gdzie zaczyna się mała rafa koralowa. Ku mojemu osłupieniu i przerażeniu z morza wyłoniła się charakterystyczna płetwa grzbietowa rekina, a potem druga i trzecia. Drapieżniki najwyraźniej dopadły swoją ofiarę. Malujący się na mojej twarzy strach dostrzegła młoda dziewczyna z obsługi i wybuchła gromkim, radosnym śmiechem. Nie bój się, to są małe, zupełnie niegroźne rekiny rafowe, które tu często rano baraszkują. Idź popływać z nimi! – powiedziała, ocierając łzy. 

 

 

MOJA PLAŻA

Głównym zajęciem na wysepce Kadidiri jest nurkowanie lub snorkeling. Wypływamy szybką łodzią motorową w Morze Moluckie. Kotwiczymy opodal podwodnego raju – przepięknej rafy koralowej. Wskakuję do wody z maską i rurką, zaawansowani nurkowie – z butlami. Nie mogę porównać naszych doznań, ale ja zdecydowanie nie zawiodłem się w swoich oczekiwaniach. Lokalni przewodnicy specjalizują się w poszukiwaniu olbrzymich ryb, np. barakud, czy wypatrywaniu trudno zauważalnych, małych morskich stworzeń.

Inny pomysł na spędzenie czasu stanowi wycieczka drewnianym katamaranem do malowniczej zatoczki jednej z sąsiednich wysepek, na której po pokonaniu stromego wybrzeża można wskoczyć do turkusowego jeziorka pełnego... meduz (tzw. Jellyfish Lake). To jedno z niewielu takich miejsc na świecie, gdzie popływamy bezpiecznie z tymi zwiewnymi zwierzętami. Są ich tu setki, a nawet tysiące i... nie parzą. 

Można także powędrować w głąb wilgotnego lasu równikowego, który zaczyna się tuż za bungalowem. Miejscowi wydeptali ścieżki łączące ze sobą wioskę i resorty. Na skrzyżowaniach wąskich traktów spotkamy niekiedy sprzedawców lokalnych napojów orzeźwiająco-alkoholowych. Niektóre ścieżki prowadzą na cudowne, bezludne plaże położone w zatoczkach pełnych palm. 

Do jednego z takich zakątków wybrałem się, aby w zupełnej samotności kontemplować piękno natury. Moim nieoczekiwanym towarzyszem został wioskowy czy resortowy pies, któremu najwyraźniej wędrówka przez tropikalną gęstwinę sprawiała mnóstwo radości. Biegał tam i z powrotem, przeskakiwał przez powalone drzewa i gałęzie, wypatrywał małp i ptaków. Aż nagle mu się znudziło, zawrócił i pędem pognał z powrotem. Zostałem sam. Małp, drzew, lian i palm zrobiło się jakby więcej. Na szczęście po chwili dojrzałem prześwitującą między drzewami wodę. Piękna, bielutka plaża była moja, tylko moja. Bez wątpienia znalazłem tutaj swój wymarzony koniec świata.

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Kuba – najlepsza podróż w moim życiu

O swojej wizycie na Kubie w maju 2018 r. opowiada Victor Borsuk, siedmiokrotny mistrz Polski i czterokrotny wicemistrz Polski w kitesurfingu, wielokrotnie stający na podium w Pucharze Polski, Świata i Europy, doświadczony trener szkolący amatorów i profesjonalistów, z zamiłowania podróżnik, współpracujący ściśle z magazynem All Inclusive, z którym był ostatnio na 38. Międzynarodowych Targach Turystyki – FITCuba 2018 odbywających się na Los Cayos de Villa Clara.

Więcej…

Toskania – serce Włoch

APOLONIA FILONIK

<< Toskania jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów regionów Włoch. Nie należy się temu dziwić – wszak znajdziemy w niej wspaniałe zbiory sztuki renesansowej, urokliwe, średniowieczne miasteczka, zachwycające krajobrazy i wyborne wino. Każdy powinien więc być zadowolony z wizyty tutaj. Toskania to także serce kultury Italii – stąd pochodzili Dante Alighieri, Francesco Petrarca i Giovanni Boccaccio, ojcowie języka włoskiego, który wywodzi się z dialektu właśnie tego regionu. >>

Podczas planowania wycieczki po tej przepięknej części Włoch nierzadko musimy wybierać między największymi turystycznymi atrakcjami a mniej oczywistymi miejscami. Podjęcie odpowiedniej decyzji bywa w takiej sytuacji trudne. W tym krótkim artykule postaram się to jednak ułatwić, bo każda podróż do Toskanii powinna być niezapomnianym przeżyciem.

 

Florencka Katedra Matki Boskiej Kwietnej z największą ceglaną kopułą na świecie

© KavalenkavaVol ha/iSto ck/Getty Imag es

 

Na początek przyjrzymy się kontynentalnej części regionu, najbardziej wyczerpująco opisywanej w przewodnikach turystycznych. Tu z pewnością choć raz trzeba odwiedzić toskańską stolicę, Florencję. Warto też poznać inne, większe i mniejsze miasta, w których na każdym kroku można się przekonać, że Włochy to kolebka sztuki europejskiej. Toskania ma również swoje wyspiarskie oblicze. Należy do niej zachwycający archipelag Wysp Toskańskich.

 

Kolacja na sielskiej toskańskiej prowincji

©SolStock/E+/Getty Imag es

 

PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO

Florencja to raj dla turystów zafascynowanych włoską sztuką. Miasto oblegają przyjezdni z całego świata, więc nie ma w nim co liczyć na chwilę spokoju i samotności. Należy być gotowym na stanie w kolejkach, zrobić wcześniej rezerwację biletów i niestety poddać się nurtowi zwiedzających w muzeach i galeriach. Jednak to, co można zobaczyć i przeżyć w stolicy Toskanii, jest warte tych poświęceń. Florencja stanowi prawdziwe dzieło sztuki – na każdym kroku napotkamy w niej arcydzieła architektury, rzeźby lub malarstwa autorstwa najwybitniejszych mistrzów w historii.

Za najbardziej ikoniczną florencką budowlę uchodzi – oczywiście – Katedra Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore), której zjawiskowa kopuła góruje nad dachami miasta. Świątynia jest szczególnie atrakcyjna z zewnątrz (rzeźby z niej można zobaczyć w Museo dell’Opera del Duomo) i żeby podziwiać jej majestatyczne piękno, warto wspiąć się po 414 schodach na blisko 85-metrową Dzwonnicę Giotta (Campanile di Giotto). Do kompleksu sakralnego należy również baptysterium (Battistero di San Giovanni), do którego prowadzą słynne drzwi z początku XV w., projektu Lorenza Ghibertiego.

Podczas jednej podróży do Florencji nie sposób zwiedzić wszystkiego, ale dobrze orientować się, co nas czeka w poszczególnych galeriach i muzeach. Na pierwszym miejscu wśród tych placówek znajduje się Galeria Uffizi (Galleria degli Uffizi) – świątynia renesansowego malarstwa włoskiego. Najczęściej kojarzony z nią obraz Narodziny Wenus Sandra Botticellego to tylko jedno płótno z ogromnej kolekcji dzieł artystów takich jak Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafael Santi, Giotto di Bondone czy Piero della Francesca. Symbolem Florencji, prócz katedry, jest słynny Dawid Michała Anioła. Pierwotnie był umieszczony na zewnątrz, dziś wraz z innymi pracami mistrza wystawia go Galeria Akademii (Galleria dell’Accademia). W poszukiwaniu arcydzieł Michała Anioła powinniśmy udać się też do Museo Nazionale del Bargello w Pałacu Bargello, gdzie możemy także podziwiać rzeźby innych artystów, np. Donatella, oraz do Casa Buonarroti – w domu tym wprawdzie nie mieszkał, ale dziś mieści się w nim jego muzeum. Obok Galerii Uffizi, przy Piazza della Signoria znajduje się Stary Pałac (Palazzo Vecchio), dawna siedziba rady miejskiej. Stąd słynnym mostem złotników (Ponte Vecchio) dotrzemy na drugą stronę rzeki Arno, prosto do Palazzo Pitti z aż czterema muzeami.

Osoby wolące kontemplować dzieła sztuki w zaciszu sakralnych wnętrz mogą być pewne, że nie zabraknie ich we florenckich świątyniach. Oprócz katedry na liście zwiedzania powinny znaleźć się kościół Medyceuszy – Basilica di San Lorenzo z Nową Zakrystią (Sagrestia Nuova) zaprojektowaną przez Michała Anioła; Orsanmichele – pierwotnie spichlerz i hala gildii miejskich, który zdobią rzeźby m.in. Donatella i Lorenza Ghibertiego; Basilica di Santa Croce z kaplicami Peruzzich i Bardich dekorowanymi freskami Giotta; Chiesa di Santa Maria del Carmine z kaplicą Brancaccich z freskami Masaccia, Masolina da Panicale i Filippina Lippiego oraz Basilica di Santa Maria Novella słynąca z innego dzieła Masaccia – Trójcy Świętej.

 

Charakterystyczny element krajobrazów Toskanii stanowią łagodne, zielone wzgórza

© Shaiith/iSto ck/Getty Imag es

 

SIENA, PIZA I CAŁA RESZTA

Średniowieczna Siena to drugie po Florencji miasto stanowiące najczęstszy cel turystów zwiedzających Toskanię. Tu również znajduje się wspaniała katedra (Cattedrale Metropolitana di Santa Maria Assunta). Ma ona pięknie zdobioną fasadę i kryje w swoim wnętrzu wyjątkowe prace gotyckich i renesansowych mistrzów takich jak Nicola Pisano, jego syn Giovanni, Michał Anioł czy Donatello. Podobnie jak we Florencji wiele dzieł sztuki pochodzących z katedry przechowywanych jest w pobliskim muzeum (Museo dell’Opera del Duomo, Siena Opera della Metropolitana). Aby obejrzeć wybitne przykłady malarstwa, należy udać się do galerii Pinacoteca Nazionale. Jednak najważniejszy punkt Sieny stanowi Piazza del Campo – spadzisty plac w kształcie półkola, przy którym mieści się Palazzo Pubblico (Palazzo Comunale) z Muzeum Miejskim (Museo Civico). To właśnie na nim odbywa się dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) słynny wyścig konny Palio di Siena (Il Palio). Biorący w nim udział zawodnicy reprezentują 17 dzielnic (contrade). W samej gonitwie uczestniczy 10 dżokejów (fantini). Widowisko przyciąga niemal wszystkich mieszkańców Sieny i mnóstwo gości z całego świata. Zwycięzca wyścigu zostaje na koniec porwany przez rozentuzjazmowany tłum.

Trzecim najbardziej znanym miastem Toskanii obok Florencji i Sieny jest Piza. Wszyscy kojarzą ją głównie z Krzywą Wieżą (Torre Pendente), z którą turyści fotografują się w różnych pozach. Naszej uwadze nie powinny umknąć jednak inne wspaniałe budowle wzniesione na Placu Cudów (Piazza dei Miracoli) – przede wszystkim majestatyczna Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Cattedrale Metropolitana Primaziale di Santa Maria Assunta), będąca nietypowym przykładem włoskiej architektury średniowiecznej (arcydziełem tzw. romanico pisano), oraz Baptysterium św. Jana Chrzciciela (Battistero di San Giovanni Battista).

W Toskanii, jeśli tylko będziemy mieli taką możliwość, musimy odwiedzić jak najwięcej zabytkowych miast i miasteczek. Są one nieco spokojniejsze niż te trzy duże, najmodniejsze i najbardziej oblegane toskańskie ośrodki, ale z pewnością nie brakuje im wielkiego uroku. Wśród nich warto wymienić choćby Cortonę, Carrarę, Arezzo, Lukkę, Montalcino, Montepulciano, Pienzę, Pistoię, Grosseto, San Gimignano czy Monteriggioni. Na zainteresowanie zasługują także regiony Chianti, Casentino, Garfagnana, Lunigiana i Maremma. Arezzo słynie m.in. z fresków Piera della Francesco zdobiących Bazylikę św. Franciszka (Basilica di San Francesco). Cortona z kolei szczyci się piękną średniowieczną zabudową, podobnie zresztą jak choćby Lukka, Monteriggioni czy Pistoia. W tej ostatniej nie sposób ominąć Katedry św. Zenona (Cattedrale di San Zeno) z najwspanialszym włoskim ołtarzem, wykonanym ze srebra (Altare argenteo di San Jacopo). San Gimignano rozpoznamy z daleka po 14 wieżach, które nadają mu charakter średniowiecznej metropolii. Pienza to miasteczko zaprojektowane i założone w epoce renesansu przez papieża Piusa II. Carrara słynie z okolicznych kamieniołomów. W marmurze karraryjskim tworzyli swoje dzieła m.in. Michał Anioł czy Giovanni Lorenzo Bernini. Romantyczny górski krajobraz, który niegdyś zachwycił angielskiego poetę George’a Gordona Byrona, będziemy mogli podziwiać w Garfagnanie. Rejon Maremmy z kolei zaskakuje dzikimi pejzażami w swoim centrum. Podążając nieco dalej na zachód od niego, natrafimy na najbardziej popularne plaże w Marina di Alberese, Porto Ercole, Porto Santo Stefano, Monte Argentario, Orbetello, Castiglione della Pescaia i Scarlino. Szlakiem winnym powinniśmy udać się do regionu Chianti oraz Montalcino (ojczyzny wyśmienitego czerwonego Brunello di Montalcino) i Montepulciano, gdzie produkuje się wyborne Vino Nobile di Montepulciano.

 

MALOWNICZY ARCHIPELAG

Wyspy Toskańskie (Arcipelago Toscano) rozciągają się między morzami Liguryjskim i Tyrreńskim, u wybrzeży Toskanii. Największa z nich, Elba (ok. 224 km² powierzchni i 32 tys. mieszkańców), kojarzy się przede wszystkim z zesłanym na nią Napoleonem Bonapartem (przebywającym na niej od maja 1814 r. do lutego 1815 r.), ale jest też miejscem krzyżowania się wielu kultur. To tutaj według mitologii greckiej podczas wyprawy po złote runo zatrzymał się Jazon (Argonauci nazywali ten piękny ląd Aethalią). Wyspa została wspomniana w Eneidzie rzymskiego poety Wergiliusza. Zawitali na nią m.in. Grecy, Etruskowie, Rzymianie, Saraceni, Medyceusze, Hiszpanie, a w końcu sam cesarz Francuzów. Dziś zniewalającą Elbę odwiedzają rzesze turystów, co wcale nie dziwi. Oprócz malowniczych krajobrazów i piaszczystych plaż znajduje się tu wiele innych atrakcji.

W stolicy wyspy, Portoferraio, zwiedzimy przede wszystkim XVI-wieczne medycejskie fortyfikacje. Do ich najważniejszych obiektów należą Torre della Linguella (Torre del Martello), Forte Stella na planie gwiazdy i Forte Falcone. Widoki w tym największym mieście Elby, w którym mieszka na stałe 12 tys. osób, uatrakcyjniają dodatkowo liczne przejścia, tunele, schody i armaty. Pielgrzymów i miłośników sztuki sakralnej zainteresuje główny tutejszy kościół – Chiesa della Natività di Maria (Propositura della Natività di Maria), stojący przy placu Republiki (Piazza della Repubblica).

W każdej miejscowości na wyspie znajdziemy coś interesującego. W Palazzo del Pretorio w miasteczku Marciana mieści się Miejskie Muzeum Archeologiczne (Museo Civico Archeologico di Marciana) z licznymi zbiorami interesujących przedmiotów pochodzących z tej okolicy. Placówka podzielona jest na kilka sekcji: prehistoryczną, etruską, średniowieczną, omawiającą m.in. miejscowe zastosowanie granodiorytu (wydobywanego niegdyś w Cavoli), oraz dotyczącą cennych reliktów odkrytych pod wodą w okolicach Sant’Andrea, Procchio i Chiessi (tzw. relitti di Sant’Andrea, relitto di Procchio i relitto di Chiessi). Z Porto Azzurro można wybrać się do barokowego Sanktuarium Matki Boskiej z Montserrat (Santuario della Madonna di Monserrato), wybudowanego na początku XVII w. przez ówczesne władze hiszpańskie. Poświęcono je Madonnie z Montserrat w Katalonii. Jeśli odwiedzimy Porto Azzurro 8 września, trafimy na obchody święta ku jej czci. Z kolei 25 lipca będziemy mieli w nim okazję obejrzeć spektakularny pokaz fajerwerków nad zatoką organizowany z okazji dnia św. Jakuba (San Giacomo).

Jednak Elba to również, a może przede wszystkim, miejsce atrakcyjne ze względów przyrodniczych, doskonałe dla miłośników wycieczek na łono natury. Częścią rozległego Parku Narodowego Wysp Toskańskich (Parco Nazionale Arcipelago Toscano) jest choćby mieszczące się w pobliżu Monte Perone (630 m n.p.m.) Sanktuarium Motyli „Ornella Casnati” (Il Santuario delle Farfalle „Ornella Casnati”), w którym w naturalnym środowisku lasów sosnowych i pól obejrzymy unikatowe gatunki motyli występujących w tym rejonie.

Elba słynie też z ogromnej różnorodności minerałów. Warto tu wymienić dwie główne atrakcje. Pierwsza z nich to Park Górniczy Wyspy Elba (Parco Minerario Isola d’Elba) w Rio Marinie, w której okolicy od blisko 3 tys. lat (od czasów Etrusków) wydobywano żelazo. Wycieczkę należy rozpocząć w XVIII-wiecznym Palazzo del Burò, najważniejszym budynku historycznego centrum miasta. Obecnie działa w nim muzeum (Museo dei Minerali dell’Elba e dell’Arte Mineraria), w którym zebrano wspaniałą kolekcję tysiąca minerałów, a także zrekonstruowano wnętrza kopalni. Następnie koniecznie trzeba zwiedzić właśnie kopalnie – otaczający je niezwykły, czerwony pejzaż przywodzi na myśl krajobraz księżycowy. Specjalny pociąg (tzw. trenino) w nieco ponad godzinę obwiezie nas po głównych punktach kopalni. Atrakcja ta spodoba się szczególnie młodszym zwiedzającym. Drugim miejscem, które prezentuje minerały wyspy, jest Museo Minerali Elbani „Alfeo Ricci” w Capoliveri. Szczyci się ono kolekcją rzadkich okazów Alfea Ricciego. Muzeum działa codziennie, a wstęp kosztuje zaledwie 2 euro.

Jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na Elbie stanowi Punta Calamita, wysunięty w morze górzysty półwysep, wprost idealny jako cel wypraw rowerowych. Już od czasów Etrusków mieściły się w tym rejonie kopalnie magnetytu – obok pirotynu jedynego minerału, który naturalnie wykazuje właściwości magnetyczne. Podobno w pobliżu półwyspu kompasy na statkach traciły orientację i przestawały wskazywać północ. Na jego zwiedzanie można wyruszyć pieszo lub rowerem z Capoliveri drogą, która prowadzi przez malowniczą Plażę Kochanki (Spiaggia dell’Innamorata) do sosnowego lasu na Monte Calamita, wzgórzu o wysokości 413 m n.p.m.

Wspomniana Spiaggia dell’Innamorata ma długość ok. 280 m, pokryta jest piaskiem i osłonięta od wiatru z jednej strony przez Punta di Pareti, a z drugiej przez Punta delle Ciarpe. Swoją romantyczną nazwę zawdzięcza tragicznej historii miłości Lorenza i Marii. Legenda pochodząca z 1534 r. głosi, że plaża była schronieniem dla dwojga kochanków, którzy z powodu sprzeciwu rodziny dziewczyny nie mogli być razem. Kiedy Lorenzo został zabity przez piratów, Maria z rozpaczy rzuciła się w morskie odmęty. Podobno zdarzyło się to 14 lipca i do dziś w Capoliveri w tym dniu obchodzi się Święto Zakochanych, któremu towarzyszy uroczysta parada i procesja ze światłami nad brzeg morza.

W skład archipelagu wchodzi jeszcze sześć innych większych wysp. Druga co do wielkości po Elbie jest Giglio (ok. 24 km² powierzchni i blisko 1,5 tys. mieszkańców). Jej okolica stanowi wymarzone miejsce dla amatorów nurkowania. Przejrzyste wody pozwalają na obserwowanie bujnego życia morskiego. Kto skusi się na podwodną wyprawę, będzie mógł podziwiać skały pokryte niebieskimi gąbkami i czerwonymi gorgoniami oraz spotkać piotrosze (paszczaki, ryby św. Piotra), samogłowy, kielce właściwe (kielczaki śródziemnomorskie), tuńczyki czy pławikoniki. Trzecia pod względem powierzchni jest Capraia (ponad 19 km²). To jedyna wyspa archipelagu, która ma pochodzenie wulkaniczne. Uchodzi za raj dla miłośników zarówno flory, jak i fauny. Z kolei na Pianosie (ok. 10 km²) do 1998 r. mieściło się pilnie strzeżone więzienie. Z tego powodu ta dziewicza wyspa nie jest częstym celem wypraw turystów, poza tym w celu zachowania jej naturalnego piękna podjęto decyzję o wprowadzeniu limitu liczby gości, która nie może przekraczać 250 osób dziennie. Warto ją jednak odwiedzić podczas wycieczki z przewodnikiem i wziąć udział w wędrówkach pieszych lub rowerowych, zwiedzić spektakularny kompleks chrześcijańskich katakumb z III–IV w. albo uprawiać snorkeling u jej brzegów. Giannutri (2,6 km² powierzchni) kształtem przypomina półksiężyc. W okolicznych krystalicznie czystych wodach można się natknąć dość często na delfiny i walenie, a czasami nawet na żółwie karetta. Na wyspie zwiedzimy rzymską willę z I–II w. n.e. wybudowaną dla potężnej rodziny Domizi Enobarbi, z której pochodził cesarz Neron (tzw. Villa Domizia, Villa Domitia). Na Gorgonie (2,23 km² powierzchni) funkcjonuje od 1869 r. kolonia karna, dlatego obowiązuje na niej limit odwiedzających – turyści mogą przypływać tu cztery dni w tygodniu (wpuszcza się do 75 osób dziennie). Niełatwo dostać się również na Montecristo (ok. 10,4 km²). Rozgłos przyniosła jej powieść francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa Hrabia Monte Christo (1844–1846). Wokół niej rozwinęło się szczególnie bogate życie morskie. W okolicy pojawiają się różne gatunki waleni, w tym wyjątkowo rzadkie, m.in. dlatego na wyspę, na której utworzono zresztą objęty ścisłą ochroną rezerwat biogenetyczny „Isola di Montecristo” (Riserva Naturale Biogenetica „Isola di Montecristo”), wpuszcza się rocznie, jedynie w okresie od 1 kwietnia do 15 lipca i od 31 sierpnia do 31 października, zaledwie tysiąc szczęśliwców (600 uczniów, studentów i 400 dorosłych – członków ekspedycji naukowych, dziennikarzy czy pisarzy). Nie zniechęca to jednak wielu zafascynowanych tajemniczą, dziewiczą i niedostępną Montecristo osób, które są gotowe długo czekać na akceptację ich zgłoszenia (średnio dwa, trzy lata).

 

PRZYRODA I SPA

Toskania z jednej strony kojarzona jest z miastami, które same w sobie stanowią dzieła sztuki, a z drugiej – z zachwycającymi krajobrazami. Miłośnicy spędzania urlopu na łonie natury nie mogą narzekać na brak atrakcji. Na wielbicieli górskich wycieczek czeka Park Narodowy Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego (Parco Nazionale Appennino Tosco-Emiliano), który rozciąga się na granicy Toskanii i Emilii-Romanii. Bogata fauna i flora oraz najwyższy szczyt całego regionu, Prado (Prato, 2054 m n.p.m.), są chyba wystarczającą zachętą, żeby się tu udać. Bliżej wybrzeża można wybrać się na wyprawę w dzikie Alpy Apuańskie, gdzie wśród malowniczych gór znajduje się niemal tysiąc jaskiń, w tym najgłębsza we Włoszech (aż ok. 1210 m!) – Antro del Corchia (nazywana również Grottą di Eolo).

Ci, którzy najchętniej spędzają czas nad brzegiem morza, powinni z pewnością zaplanować wycieczkę na zachwycające Wyspy Toskańskie. Jeśli wolą jednak pozostać w kontynentalnej części regionu, mogą zatrzymać się w jednej z tutejszych nadmorskich miejscowości. Viareggio na wybrzeżu Versilia to kurort nad Morzem Liguryjskim, w którym dominuje architektura w stylu secesji i art déco. Latem wypoczniemy tu na pięknych plażach, a zimą – będziemy się bawić podczas słynnego karnawału (Carnevale di Viareggio). Na południe od Viareggio znajduje się klimatyczne Livorno – najważniejsze miasto portowe w Toskanii, które tętni życiem. Warto je odwiedzić także poza sezonem. Za jego największe atrakcje uchodzą liczne targi, akwarium (Acquario di Livorno) i piękna promenada ciągnąca się wzdłuż wybrzeża (tzw. Lungomare di Livorno). W rejonie niziny Maremma możemy zatrzymać się w Castiglione della Pescaia, dawnej rybackiej wiosce z dwoma portami, latarniami morskimi i molo. W okolicy są zarówno skaliste, jak i piaszczyste plaże. Dalej na południe leży laguna Orbetello i urokliwe miasteczko o tej samej nazwie. Gości tego ostatniego zaskoczy nieco egzotyczna atmosfera. Laguna słynie z bogactwa roślin i zwierząt, w tym różowych flamingów. W miasteczku znajduje się dość sporo perełek architektury, zarówno z początków renesansu, jak i z czasów panowania Hiszpanów (Stato dei Presidi, 1557–1801).

Jeśli ktoś pragnie wybrać się nad morze, ale woli spędzać czas aktywniej, niż tylko leżąc na plaży w towarzystwie innych turystów, powinien odwiedzić Parco Regionale Migliarino San Rossore Massaciuccoli – park o niespotykanie zróżnicowanym krajobrazie. Są tutaj piaszczyste wydmy, malownicze morskie wybrzeże, jezioro Massaciuccoli, ujścia rzek Arno i Serchio oraz sosnowe lasy. Park można zwiedzać samodzielnie lub podczas wycieczki z przewodnikiem. Do wyboru mamy wędrówkę szlakami pieszymi, przejażdżkę trasami rowerowymi, skorzystanie z małego, ekologicznego pociągu czy nawet łodzi.

Wielbiciele wczasów zdrowotnych powinni wybrać się do Montecatini Terme, Castiglione d’Orcia czy Bagni di Lucca. Pierwsza miejscowość to eleganckie uzdrowisko w prowincji Pistoia słynące z dobroczynnych wód, w którym poczujemy się jak kuracjusze z minionych wieków. Pobyt w nim będzie nie tylko relaksem dla ciała i duszy, ale i prawdziwym przeżyciem estetycznym, a to za sprawą zabytkowej architektury kompleksu łaźni (Terme Tettuccio). Do Castiglione d’Orcia warto udać się zwłaszcza, gdy temperatura nieco spadnie, bo w jego okolicy znajdują się gorące źródła w Bagni San Filippo. Klimatyczne uzdrowisko Bagni di Lucca, nie bez powodu zwane Szwajcarią Toskanii, znane było już w czasach starożytnego Rzymu.

 

CHLEB I WINO

W trakcie podróży po malowniczej toskańskiej ziemi nie należy zapominać o przyjemnościach cielesnych i degustacji miejscowych specjałów. Kuchnia tego regionu charakteryzuje się bardzo długą tradycją, związaną głównie ze środowiskiem wiejskim. Choć bazuje na nieskomplikowanych składnikach, nie można odmówić jej wyrafinowania.

Przewodnik po kuchni Toskanii bezsprzecznie trzeba zacząć od steku po florencku, czyli bistecca alla fiorentina – sztandarowego tutejszego dania. W restauracjach Florencji specjalizujących się w tej potrawie kelner najpierw prezentuje gościowi plaster surowej wołowiny. Jeśli ten go zaakceptuje, kucharz przystąpi do odpowiedniego przyrządzania mięsa. Stek ma wagę ok. 1–1,5 kg, grubość mniej więcej 5–6 cm i krwiste wnętrze.

Kuchnia toskańska jest w dużej mierze mięsna i tłusta, dlatego obok wołowiny kluczowe miejsce zajmują w niej flaki. Typowe danie to trippa alla fiorentina. Pod tą nazwą kryją się flaki gotowane z oliwą, cebulą, włoszczyzną i pomidorami, a przed podaniem oprószone tartym parmezanem. W wersji street food potrawa ta występuje w postaci lampredotto, czyli rodzaju burgera z flakami. Można go kupić w specjalnych budkach – lampredottari. Podawany jest najczęściej z sosem z czosnku i natki pietruszki.

Ale kuchnia Toskanii to nie tylko dania mięsne, lecz także wyśmienite zupy. Za typową dla tego regionu uchodzi pappa al pomodoro. Swoją gęstą konsystencję ta włoska pomidorówka zawdzięcza dodatkowi toskańskiego chleba, który według receptury sięgającej średniowiecza zagniata się bez soli. Inną popularną zupą jest fasolowa ribollita. Jej główne składniki, oprócz fasoli, stanowią toskańska czarna kapusta (cavolo nero, nazywana też często czarnym jarmużem lub dinozaurem) i czerstwy chleb. Pierwotnie ribollita była przygotowywana w chłopskich domach i od razu w dużych ilościach po to, żeby odgrzewać ją przez kilka dni, na co wskazuje sama jej nazwa („ponownie gotowana”).

Do charakterystycznych deserów w Toskanii (jak i na całym obszarze Apeninów) należą ciasto z kasztanów, czyli castagnaccio, i ciasteczka cantucci (cantuccini lub biscotti di Prato, czyli „biszkopty z Prato”). To pierwsze jest niepozornym, płaskim plackiem z mąki z kasztanów, z dodatkiem rodzynek i orzeszków piniowych, udekorowanym często gałązką rozmarynu albo skórką pomarańczową. Cantucci są w Polsce lepiej znane. Te twarde ciasteczka migdałowe o cytrynowym lub pomarańczowym aromacie przypominają nieco sucharki. Podaje się je najczęściej z rodzajem toskańskiego wina deserowego (tzw. vin santo – po polsku „święte wino”), w którym macza się cantucci, aby zmiękły. Można je również zanurzyć w pysznej włoskiej kawie.

Skoro już wspomnieliśmy przed chwilą o szlachetnych trunkach, na koniec należy nadmienić o chyba najważniejszym bohaterze opowieści o tradycji kulinarnej Toskanii – winie z regionu Chianti. Wyróżnić tu trzeba Chianti Rufina DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita) wytwarzane w miasteczku Rufina i jego okolicach, a przede wszystkim słynne Chianti Classico DOCG, którego spróbować można niemal w każdym punkcie gastronomicznym we Florencji i całym regionie: od ulicznej budki po elegancką restaurację. Inne produkty warte uwagi to przede wszystkim wyborna oliwa, białe trufle z San Miniato, ser pecorino toscano, a z wyrobów mięsnych: finocchiona (toskańskie salami z koprem włoskim) i prosciutto toscano.

INNY RODZAJ TURYSTYKI

Zmęczeni nierzadko wielogodzinnym staniem w kolejkach po bilety i pospiesznym przesuwaniem się z tłumem po korytarzach galerii i muzeów turyści marzą o chwili wytchnienia, alternatywnych formach spędzania czasu, bez pośpiechu, w spokoju, w bliskim kontakcie z naturą. To właśnie oferuje im od 2015 r. Slow Travel Fest – cykliczne wydarzenie, które narodziło się w Toskanii i promuje wypoczynek z dala od typowych turystycznych atrakcji. Jak opisują sami organizatorzy, slow travel oznacza całkowite zanurzenie się w doświadczeniu podróży. Wydarzenie obejmuje różnego rodzaju spotkania związane ze sztuką, muzyką i naturą, a także wycieczki w okolicach historycznej Via Francigena (Drogi Franków). Slow Travel Fest obecnie składa się już z cyklu imprez na świeżym powietrzu. W tym roku w połowie czerwca w jego ramach odbył się festiwal dla rodzin (i nie tylko) Lunigiana Folks & Family. W programie znalazły się wycieczki piesze, rowerowe i konne po zapierającym dech w piersiach nawet najbardziej wybrednym globtroterom obszarze Lunigiana oraz liczne interesujące przedstawienia, koncerty i warsztaty. Połowa września z kolei należała do miłośników wspinaczki górskiej. W ramach Camaiore Climbing & Trekking można było odkrywać Alpy Apuańskie i okolice Camaiore w prowincji Lukka, atrakcyjne właśnie dla wielbicieli tej aktywności na świeżym powietrzu. W weekend od 21 do 23 września odbył się klimatyczny festiwal Monteriggioni Walks & Talks, podczas którego urocze średniowieczne Monteriggioni i pobliska Abbadia a Isola stały się toskańskim centrum slow travel. Oprócz wszelkiego rodzaju wydarzeń o charakterze artystycznym tradycyjnie oferowano wycieczki piesze, rowerowe, konne, a nawet zwiedzanie pobliskich grot czy spokojny rafting z dreszczykiem pozytywnych emocji w przepięknej scenerii doliny rzeki Elsa (Val d’Elsa). Więcej informacji o Slow Travel Fest zdobędziemy pod adresem www.slowtravelfest.it.

 

NATURALNE TARGI

Dla wielbicieli idei slow food w Toskanii przygotowano specjalną ofertę targów zwanych Mercati della Terra. To miejsca, gdzie można kupić i spróbować regionalnych, sezonowych, ekologicznych produktów sprzedawanych przez samych wytwórców, a przy okazji poznać nieco życie lokalnej społeczności. Inicjatywa narodziła się w 2005 r. w toskańskim mieście Montevarchi w prowincji Arezzo, a w kolejnych latach rozprzestrzeniła się na całe Włochy. Obecnie w samej Toskanii działa pięć Mercati della Terra (z 66 na całym świecie i 37 w Italii).

Poza Montevarchi, gdzie tego rodzaju targ (Mercatale di Montevarchi) odbywa się codziennie od 9.00 do 13.00 i od 16.00 do 20.30 na Piazza dell’Antica Gora, warto odwiedzić choćby sielskie Procchio na Elbie. Tutaj już od ponad siedmiu lat (od sierpnia 2011 r.) w każdą sobotę od początku kwietnia do końca września od 8.00 do 13.00 sprzedawcy rozkładają swoje stoiska w Giardini di Procchio (naprzeciwko luksusowego, 4-gwiazdkowego Hotelu del Golfo). Targ w Procchio (Mercato della Terra e del Mare di Procchio – Isola d’Elba) skupia ok. 15 różnych wytwórców z Elby i innych wysp archipelagu. Ma ogromne znaczenie dla rozwoju miejscowego rolnictwa i rybołówstwa. Można na nim kupić m.in. owoce i warzywa, świeże ryby i owoce morza, a także jajka, miody, wyroby cukiernicze, chleby, oliwy, miejscowe wina, sery, naturalne olejki eteryczne i domowe przetwory. Poza tym Mercati della Terra odbywają się w Montecatini Terme (via Mazzini, w sobotę rano, a popołudniu – Margine Coperta przy Piazza Don Andrea Gallo), San Miniato (Piazzale Dante Alighieri, w trzecią niedzielę miesiąca, w każdy piątek również na terenie osiedla La Scala) oraz Lukce (Mercato Bio di Lucca, Piazza San Francesco, w środy latem od 16.30, a zimą od 14.30). Więcej informacji znajdziemy na stronie www.fondazioneslowfood.com.

 

NA ZAKOŃCZENIE

Toskania kryje jeszcze wiele innych skarbów, które opisać trzeba by było w co najmniej kilkutomowym zbiorze. Mam nadzieję, że tym artykułem przekonałam Was, drodzy Czytelnicy, że warto samemu próbować ją odkrywać: zbaczać z utartych szlaków, zaglądać do zaułków, wybrać się na zachwycające Wyspy Toskańskie z gościnną Elbą na czele, rozmawiać z mieszkańcami i być na bieżąco z lokalnymi wydarzeniami, barwnymi festiwalami. Taki sposób zwiedzania dostarcza bezcennej satysfakcji i gwarantuje niepowtarzalne wspomnienia z podróży po malowniczej toskańskiej ziemi.

 

Wydanie jesień-zima 2018