ANNA GRZEŚKOWIAK

 

<< Współczesny Meksyk zachwyca niczym mural malowany ręką mistrza Diego Rivery. Jest wyrazisty i pełen kontrastów, sensualny i konserwatywny jednocześnie. To tu jeździ najwięcej taksówek na świecie i tutaj spożywa się największe ilości coca-coli i napojów do niej podobnych. Meksykańskie wieczory pachną kolendrą i słodyczą owoców. Kraj ten bywa chaotyczny i czasem przyprawia o zawrót głowy. Nie bez powodu w języku polskim utarło się powiedzenie „Ale Meksyk!”, określające nieład i chaos. Nikt, kto przekroczy jego granice, nie pozostanie jednak na niego obojętnym. >>

Meksykańskie Stany Zjednoczone graniczą od północy ze Stanami Zjednoczonymi, a od południa z Gwatemalą i Belize. Z jednej strony oblewają je wody Pacyfiku, a z drugiej – Zatoki Meksykańskiej i Morza Karaibskiego. Ich teren na długo przed przybyciem Hiszpanów zamieszkiwały ludy budujące mniej lub bardziej rozwinięte cywilizacje.

O Meksyku można by pisać w nieskończoność. Tym razem jednak skupimy się tylko na dwóch jego regionach: stanie Guerrero i półwyspie Jukatan. Co je łączy? To właśnie tu znajdują się najpiękniejsze meksykańskie plaże i przyjeżdża najwięcej turystów do luksusowych kurortów cieszących się wielką sławą na całym świecie.

 

Kraina słońca

Stan Guerrero położony w południowo-zachodniej części kraju należy do najbardziej górzystych rejonów Meksyku. Jego nazwa upamiętnia drugiego prezydenta państwa Vicente Guerrero (1782–1831). W czasach prekolumbijskich tereny te nosiły nazwę Zihuatlán, co w języku nahuatl oznaczało „miejsce z kobietami”. Tutejsze piękne przedstawicielki indiańskich plemion nie boją się intensywnych kolorów, ubierają się w tradycyjne ręcznie szyte sukienki huipil, czyli rodzaj tuniki bez rękawów, oraz wzorzyste chusty rebozo. Tkają też kapelusze z liści palmowych, a co czwartek gotują pozole, czyli gęstą zupę o słodkawym smaku kukurydzy z dodatkiem mięsa. W Guerrero znajduje się jednak przede wszystkim popularny region turystyczny, zwany Triángulo del Sol (Słonecznym Trójkątem), w którego skład wchodzą miejscowości Taxco (Taxco de Alarcón), Acapulco (Acapulco de Juárez) i Zihuatanejo (Ixtapa-Zihuatanejo).

 

Życie jak w… Acapulco

Acapulco to największe i najludniejsze miasto stanu Guerrero (niemal 700-tysięczne), a także najstarszy i niegdyś najsławniejszy kurort w Meksyku. Leży nad jedną z najpiękniejszych zatok wybrzeża Pacyfiku, otoczoną górami Sierra Madre Południowa (Sierra Madre del Sur). Jego złota era przypadła na lata 50. i 60. ubiegłego wieku, kiedy wakacje spędzali tu możni tego świata oraz gwiazdy Hollywood, m.in. John Wayne, Elizabeth Taylor czy Elvis Presley. Do złudzenia przypominało europejskie wybrzeża, dlatego nadano mu nazwę „zachodniej Riwiery”. Dziś, mimo iż lata świetności ma już za sobą, a jego miejsce zajęły nowe ośrodki – Cancún i Cabo San Lucas, nadal przyciąga rzesze turystów oraz meksykańskie elity. Tutejsze bogate życie nocne sprawia, że Acapulco ma renomę miasta, które nigdy nie zasypia. Bez problemu zjemy w nim kolację o północy (np. lokalny przysmak pulpo enamorado, czyli „zakochaną ośmiornicę” z pomidorami, cebulą, majonezem i chili), aby potem tańczyć do rana w modnych klubach, a w ciągu dnia odpoczywać na plaży pośród opalonych ciał w bikini.

FOT. SECTUR GUERRERO
zatoka Acapulco w stanie Guerrero wychodząca na wody Pacyfiku

 

 Jednak jedną z największych atrakcji kurortu stanowią clavadistas – śmiałkowie skaczący z klifu La Quebrada (z wysokości ok. 40 m!) w otchłań oceanu przez wąską szczelinę między blokami skalnymi. Ten nieco osobliwy spektakl odbywa się kilka razy dziennie na oczach setek ludzi. Skoczkowie najpierw wspinają się na strome urwisko, następnie modlą się do Matki Bożej z Guadalupe w jednej z małych kapliczek na jego szczycie i wreszcie lecą w dół, niejednokrotnie wykonując różne akrobacje, czym wywołują u obserwujących przyspieszone bicie serca. Zdecydowanie największe wrażenie robią pokazy nocne, kiedy to clavadistas skaczą z płonącymi pochodniami.

Jeżeli kogoś zmęczy ekskluzywny charakter Acapulco, może ponurkować w okolicach wysepki La Roqueta, posurfować lub udać się na oddaloną o ok. 10 km plażę w Pie de la Cuesta, uważaną przez niektórych za jedną z najpiękniejszych na świecie, i podziwiać wspaniały zachód słońca.

 

Szczęśliwe tropiki

Kierując się na północ od Acapulco, dotrzemy do tzw. bliźniaczych miejscowości wypoczynkowych Ixtapa i Zihuatanejo. Ta pierwsza, podobnie jak Cancún, została założona przez FONATUR (Fondo Nacional de Fomento al Turismo – Narodowy Fundusz Wsparcia Turystyki) w latach 70. XX w. jako światowej klasy kurort. I tak na miejscu lasów namorzynowych i plantacji palm kokosowych powstały luksusowe hotele, nowoczesne rezydencje, marina, pola golfowe i liczne centra handlowe, które przyciągają tłumnie przybywających turystów głównie z Meksyku oraz Stanów Zjednoczonych i Kanady. W Ixtapie można uprawiać sporty wodne, odbyć romantyczną przejażdżkę na koniu, zagrać partyjkę golfa lub popłynąć na pobliską wysepkę Ixtapa i skusić się na sjestę w hamaku. Osoby lubiące nurkować powinny zajrzeć na dno zatoki Zihuatanejo, tuż przy plaży Las Gatas, gdzie na własne oczy zobaczą lokalną ciekawostkę, czyli 4-metrowy posąg Chrystusa, zwany Rey de Reyes (Król Królów). W kraju, w którym ponoć nawet ateiści są wierzący, symbole religijne spotyka się na każdym kroku, nawet pod wodą. Dla wytrawnych surferów natomiast najlepszym miejscem będzie Playa Escolleras, gdzie wysokie fale i silne prądy tworzą znakomite warunki do akrobacji na desce.

 Ponoć w Ixtapie łatwo się zakochać, lecz jeżeli jej blichtr nie do końca nas przekonuje, udajmy się do siostrzanego Zihuatanejo, które zachowało klimat rybackiego miasteczka. Zabudowa jest tu niewysoka i mniej przytłaczająca. Królują małe ośrodki, a kilka z nich znajduje się na liście 100 najlepszych butikowych hoteli świata. Ceny są niższe, a ludzie – bardzo gościnni i życzliwi. Od niepamiętnych czasów mieszkańców Zihuatanejo nazywa się Sanca, co oznacza amigo, czyli „przyjaciel”. Dlatego nie zdziwmy się, jeżeli ktoś z miejscowych zwróci się do nas: Oye, Sanca! („Hej, przyjacielu!”). W miejscowości kręci się również wiele programów telewizyjnych oraz międzynarodowych produkcji filmowych, dlatego spotkamy w niej dość często znane i lubiane twarze. Jeden z luksusowych hoteli w malowniczej zatoce Zihuatanejo zobaczymy w słynnym filmie Luisa Mandoki Kiedy mężczyzna kocha kobietę z Meg Ryan i Andym Garcią. W innym znanym obrazie pt. Skazani na Shawshank z ust Morgana Freemana pada ta oto kwestia: Zihuatanejo. To w Meksyku. Mała mieścina nad Pacyfikiem. Wiesz, co mówią Meksykanie o Pacyfiku? Ocean Zapomnienia. Po jego premierze w 1994 r. liczba przyjeżdżających w te strony turystów znacząco wzrosła.

Jednak wszechobecna modernizacja wkracza i tutaj. Dlatego coraz trudniej będzie zachować urok i czar tego meksykańskiego miasteczka. Na osoby stroniące od turystycznych uciech ok. 30 km na północny zachód od Zihuatanejo czeka mała nadmorska wioska Troncones. Nie kwitnie w niej bujne nocne życie i nie ma strzelistych hoteli. Znajdziemy tu za to święty spokój, hamaki na co drugiej palmie i kury przebiegające przez ulicę. Niezobowiązująca atmosfera tego miejsca oraz 300 słonecznych dni w roku sprawiły, że upodobali je sobie szczególnie surferzy przybywający z różnych stron świata. Największą popularnością cieszy się wśród nich tzw. Troncones Point. Właśnie tutaj przy talerzu tamales (rodzaj zawijanych w liście kukurydzy naleśników z mąki kukurydzianej z nadzieniem) popijanych zimnym piwem podczas zachodu słońca odkryjemy istotę Meksyku, a okrzyk Viva Mexico! sam będzie nam się cisnął na usta.

 

Srebrne miasto

Prosto z plaży ruszamy w głąb stanu Guerrero do Taxco (Taxco de Alarcón). Malowniczo położone wśród stromych zboczy miasto zostało uznane za zabytek narodowy i od lat niezmiennie kojarzy się ze srebrem. Jako ośrodek jubilerski znane jest od 1931 r., kiedy to Amerykanin William Spratling (1900–1967) przyjechał do Taxco z zamiarem napisania książki, a ostatecznie otworzył w nim pierwszy warsztat srebrniczy. Obecnie działa tu ponad 300 sklepików z biżuterią oferujących wszelkie, nawet najbardziej wymyślne ozdoby z tego cennego kruszcu. Warto udać się do jednego z takich zakładów i za niewielką opłatą zlecić wykonanie srebrnego medalika lub pierścionka według własnego projektu.

Gdy wspinamy się po stromych, wąskich i brukowanych uliczkach charakterystyczną zielono-białą taksówką Volkswagen Garbus, zwaną zabawnie burrito (ze względu na jej kształt przypominający tę słynną potrawę), mijamy białe domy z malinowymi dachami, urocze kafejki i pełne gości restauracje. Jak niemal w każdym meksykańskim mieście wszystkie drogi prowadzą do Zócalo – głównego placu. Wznosi się przy nim wspaniały kolonialny Kościół św. Pryski (Templo de Santa Prisca). Jego wybudowanie zlecił Katalończyk José de la Borda, po tym jak odkrył złoża srebra, które uczyniły go jednym z najbogatszych ludzi w XVIII-wiecznym Meksyku. Rzekł wtedy ponoć, że Bóg daje Bordzie, Borda daje Bogu.

Wokół placu leniwie toczy się życie. Można tutaj zakupić lokalne przysmaki, jak np. jumiles – żywe chrząszcze, w smaku nieco przypominające cynamon, zawinięte w placki tortilli, czy równie egzotyczne tamales z nadzieniem z iguany. A jeżeli popijemy to popularnym napojem o nazwie Bertha, czyli przyjemną mieszanką tequili z miodem i cytryną, to poczujemy, że moglibyśmy tak żyć choćby do końca świata…

 

Niepowtarzalny Jukatan

Z Meksykiem nieodłącznie kojarzą się także Majowie, a z nimi – półwysep Jukatan. Nazwa tego regionu wywodzi się według niektórych źródeł od pewnego nieporozumienia. Ponoć przybyli tu konkwistadorzy zapytali napotkanych mieszkańców: Jak nazywa się to miejsce? W odpowiedzi usłyszeli: Ci u t'ann, co oznaczało w ich języku „Nie rozumiem”.

Półwysep zajmuje szczególne miejsce w historii regionu. Niedaleko miasteczka Chicxulub (Chicxulub Puerto) znajduje się wielki krater uderzeniowy (ponad 180 km średnicy!) – pozostałość po meteorycie, który spadł na Ziemię ok. 65 mln lat temu. Według części naukowców spowodował on wyginięcie dinozaurów, a tym samym zapoczątkował nową erę na naszej planecie. Z kolei Majowie stworzyli tutaj świat, w którym każdy element współgra z innym w harmonii. Świadczą o tym ukryte w dżungli tysiącletnie metropolie oraz ślady kultury i wierzeń. W ich cywilizacji naturę, bogów i ludzi łączyła nierozerwalna więź i tylko ona pozwalała zrozumieć rzeczywistość. 

 

Meksykański Paryż

Zwiedzanie Jukatanu należy rozpocząć w Méridzie, stolicy stanu Jukatan. Pełna ruchliwych bulwarów i kolonialnego uroku, nazywana była Paryżem Nowego Świata, a jej główną ulicę Paseo de Montejo zaprojektowano na wzór paryskich Pól Elizejskich. Miasto powstało na gruzach ośrodka Majów T’Hó (Ichkansihó), a majestatyczna renesansowa Katedra św. Ildefonsa (Catedral de San Ildefonso) została wzniesiona z pozostałości po domach i świątyniach z czasów prekolumbijskich. Turystów przyciąga do niej ocalały z dwóch pożarów drewniany krucyfiks Chrystusa z Pęcherzami (Cristo de las Ampollas).

W weekendy naprzeciwko ratusza – Pałacu Municypalnego (Palacio Municipal) – pary tancerzy wirują w rytm salsy, rumby oraz innych gatunków typowych dla rodzimego folkloru (np. jarany). Mérida jest roztańczonym miastem, zresztą jak i cały Meksyk. Ponoć Meksykanie potrafią tańcem opowiadać barwne historie i rzeczywiście to stwierdzenie ma w sobie dużo prawdy. Na pewno warto przyjechać tu podczas karnawału, który trwa osiem dni i choć mniejszy, czasem przypomina spektakularną zabawę z Rio de Janeiro. A gdy już zawitamy do stolicy Jukatanu, koniecznie musimy spróbować dania marquesita yucateca, dość osobliwej przekąski w formie zwiniętego naleśnika z żółtym serem i… nutellą, czy nabyć męską koszulę podobną do kubańskiej guayabery oraz hamak z sizalu, ponoć dużo bardziej wytrzymały od tych z bawełny.

FOT. SECRETARIA DE FOMENTO TURISTICO DE GOBIERNO DEL ESTADO DE YUCATAN

Casa de Montejo w Méridzie – dom rodziny Montejo w stylu plateresco

 

W Méridzie zaczyna się słynna Ruta Puuc, czyli szlak obejmujący pomniejsze ruiny miast starożytnych Majów. W jego skład wchodzą Uxmal, Kabáh, Nohpat,Sayil, Xlapak, Labná, Oxkintokoraz jaskinie Calcehtok i Loltún. Najsłynniejszym ośrodkiem jest bez wątpienia ten pierwszy – ostatni na Ruta Puuc (położony ok. 60 km na południe od stolicy stanu Jukatan), który został wpisany w 1996 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najbardziej imponującą budowlę kompleksu stanowi 35-metrowa Piramida Wróżbity (Pirámide del Adivino). Legenda głosi, że wzniósł ją w ciągu jednej nocy człowiek-karzeł, syn czarodziejki, który dzięki temu został królem Uxmal. Na uwagę zasługuje tutaj również Pałac Gubernatora (Palacio del Gobernador) z fasadą o długości ok. 100 m.

W drodze na południe półwyspu warto zatrzymać się w Campeche (stolicy stanu o tej samej nazwie), niegdyś twierdzy mającej bronić mieszkańców przed atakami piratów, dziś pięknym kolonialnym mieście z uroczym centrum historycznym i klimatycznym Zócalo. Ten zabytkowy główny plac co wieczór ożywa, kiedy mieszkańcy wychodzą na spacer lub na potańcówkę. Wspaniałe wrażenie robią tu kolorowe fasady kamienic oraz liczne hacjendy z czasów, gdy Campeche było najbogatszym centrum Jukatanu. Obecnie w części z nich funkcjonują luksusowe hotele.

 

Ruiny w sercu dżungli

Na Jukatanie nieco z boku od utartych szlaków, w samym sercu dżungli, leży Calakmul – największe ze znanych miast Mezoameryki, które mieści się na terenie rezerwatu biosfery o tej samej nazwie (Reserva de la Biosfera de Calakmul). W jego okolicy rosną piękne storczyki, a po stopniach piramid biegają niesforne małpy. Jest coś niezwykłego w atmosferze tego miejsca, a zatopione w tropikalnym lesie pozostałości zabudowań skłaniają do refleksji i zadumy.

FOT. SECTUR CAMPECHE

Dawne miasto Majów Calakmul objęto w 2002 r. ochroną UNESCO

 

Pisząc o wspaniałych ruinach rozsypanych po całym półwyspie, nie sposób pominąć Chichén Itzá, najczęściej odwiedzanego obiektu związanego z kulturą Majów. Najwięcej emocji budzi w nim Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem). Ta 30-metrowa budowla kryje w sobie wyjątkową tajemnicę. Jej przemyślana konstrukcja stanowiła swoisty kalendarz Majów, który służył im do odmierzania czasu. Na szczyt piramidy prowadzą 4 ciągi schodów, po 91 stopni każdy, co wraz z tym na samym wierzchołku daje liczbę 365. Na dole znajduje się wyryta w kamieniu ogromna głowa węża, która „ożywa” dwa razy do roku w trakcie niezwykłego spektaklu. Podczas wiosennego lub jesiennego zrównania dnia z nocą na północne schody i rzeźbę promienie słoneczne padają w taki sposób, że wywołują złudny obraz spełzającego świetlistego gada, który po chwili znika w ziemi. Ta niesamowita gra światła i cienia była uważana za symboliczne zejście boga Kukulkána i wiązała się z rytuałami zasiewów i zbioru plonów. To niecodzienne przedstawienie przyczyniło się z pewnością do tego, że kompleks Chichén Itzá został wybrany 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Na terenie miasta obejrzymy również Świątynię Wojowników (Templo de los Guerreros), odrestaurowane boisko do gry w pelotę, zespół pięknie zdobionych kolumn oraz Cenote Sagrado – miejsce rytualnych ceremonii. Cenoty to naturalne studnie powstałe w wyniku zawalenia się fragmentu stropu jednej lub wielu jaskiń. Podwodny system połączonych ze sobą rzek i grot zapewniał Majom przetrwanie. Był dla nich podstawowym źródłem słodkiej wody. Nurkowanie w krystalicznie czystych podziemnych jeziorach, gdzie widoczność sięga nawet 150 m, stanowi naprawdę unikalne przeżycie.

 

Pocztówka z piramidą w tle

Na południowy wschód od Chichén Itzá znajduje się Tulum, niegdyś brama do krainy Majów. Tutejsze ruiny może nie są najokazalsze, ale na pewno najpiękniej położone. To jedyne miasto, które Majowie wznieśli nad Morzem Karaibskim. Piramidy na klifie, pochylone lekko palmy, turkusowe woda, biały piasek i wygrzewające się w słońcu iguany tworzą kadr niczym z klasycznej meksykańskiej pocztówki. Niedaleko stąd leży miasteczko o tej samej nazwie. Odkryjemy w nim jedne z najpiękniejszych plaż świata, przytulne restauracyjki, cabañas (chatki dla turystów) oraz małe, klimatyczne hoteliki. Można tutaj uciec od zgiełku pobliskich Playa del Carmen i Cancún. Tulum uchodzi też za wymarzone miejsce dla miłośników nurkowania, bowiem pobliskie rafy koralowe znajdują się w doskonałym stanie.

Powstałe całkowicie od zera w latach 70. XX w. Cancún miało stanowić konkurencję dla Acapulco. Obecnie jest najbardziej znanym i obleganym kurortem Meksyku. Co roku miasto odwiedzają 2–3 mln turystów z całego świata, ze znaczną przewagą Amerykanów. Długi i wąski pas lądu wypełnia betonowa dżungla hoteli o różnym standardzie. Roztańczone kluby nocne, szerokie możliwości uprawiania sportów wodnych, centra handlowe przy najpopularniejszej ulicy kurortuBoulevard Kukulcan, gwarne restauracje i bary oraz luksus na wyciągniecie ręki sprawiają, że miejscowość ta tętni życiem niemal przez całą dobę.

Usytuowana na południe od Cancún Playa del Carmen była niegdyś cichą rybacką wioską. Szybko stała się jednak sercem tzw. Riviera Maya, czyli Riwiery Majów, chociaż nie czuje się tu przytłaczającej atmosfery typowych miejscowości wypoczynkowych. Region Playa del Carmen stanowi świetną bazę wypadową na wyprawy do pobliskich ruin Majów (wspomniane już wcześniej Tulum czy zapierająca dech w piersiach Cobá) lub do jednego z rozległych parków przyrodniczo-archeologicznych (Xcaret lub Xel-Há). Można stąd także popłynąć na pobliską wyspę Cozumel – mekkę wielbicieli nurkowania z całego świata ze względu na otaczające ją doskonałe rafy. Główna ulica Playa del Carmen, Quinta Avenida, czyli lokalny odpowiednik nowojorskiej Fifth Avenue, to niekończący się ciąg knajpek, butików i sklepików oraz restauracji, w których zdarza się, że przystojny kelner porywa znienacka gości do tańca. W tutejszych barach trzeba koniecznie napić się tequili, bądź to na sposób amerykański z solą i cytryną, bądź po meksykańsku prosto z caballitos, małych kieliszków o grubym dnie. Żadnego innego alkoholu nie otacza taka liczba legend i mitów jak tego. Wznosimy zatem toast za jego pasjonującą ojczyznę: Salud! (Na zdrowie!). Bo jak powiedział Joaquín Sabina, słynny hiszpański bard, México es como el primer amor, no se olvida nunca (Meksyk jest jak pierwsza miłość, nigdy się go nie zapomina).


 

Artykuły wybrane losowo

Filmowe oblicza Sycylii

HELENA KUCZYŃSKA-GRASSO


<< „Wydawało mi się naturalnym umiejscowienie akcji filmu w miejscu, gdzie historia jest nadal żywa i wibrująca. Jest to Sycylia, której nie należy identyfikować z mafią. Ta wyspa ma wiele innych twarzy, które ogromnie mnie fascynują” – powiedział kiedyś Krzysztof Zanussi o swoim filmie „Czarne słońce”. Zdecydowanie zgadzam się z jego słowami. Podróż po tej pasjonującej części Włoch dostarcza mnóstwa różnorodnych wrażeń i pozwala porównać rzeczywistość z powszechnymi wyobrażeniami. >>

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018

 

Pasjonująca Dominikana

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

Więcej…