KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

 

Nowa Gwinea, położona na północ od Australii, to druga co do wielkości wyspa na świecie zaraz po Grenlandii (ma aż 786 tys. km²). Jej obszar należy do dwu krajów: zachodnia część znajduje się w granicach Indonezji, a wschodnia stanowi terytorium Papui-Nowej Gwinei. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w tym ok. 7-milionowym państwie mówi się w ponad 820 językach (to ok. 12 proc. języków świata) i nie są to bynajmniej dialekty. Można więc śmiało uznać je za najbardziej zróżnicowane pod względem lingwistycznym na ziemi. Niestety, co jakiś czas kilka z nich wymiera, a w wielu wioskach pierwotną mowę znają tylko najstarsi.

Tutejszy oficjalny pidżyn (tok pisin) nazywa się potocznie łamanym angielskim. Bliskie podobieństwo do tego europejskiego języka sprawiło, że po kilku dniach pobytu na wyspie mogłam już przeprowadzić krótką rozmowę z jej mieszkańcami, którą zdobyłam ich serca. Niestety, nie ze wszystkimi poszło mi tak łatwo…

 

Biała twarz na szlaku

Uzyskanie zaufania dzieci to czasami nie takie proste zadanie. Podczas moich podróży po świecie niejednego malca doprowadziłam do płaczu samą swoją obecnością. W wielu regionach Papui-Nowej Gwinei widok białego człowieka szokuje. Moje zielone tęczówki, biała skóra i krótkie blond włosy budziły niepokój wielu maluchów, które wielkimi, czarnymi, zapłakanymi oczami spoglądały na mnie zza spódnicy matki. W tym kraju nigdy nie byłam sama. Zawsze ktoś obserwował każdy mój ruch. Niejednokrotnie wiązało się to również z dbaniem o moje bezpieczeństwo. Papuasi swoich gości nie opuszczają na krok, gdyż wiedzą, że w dużych miastach samotnie podróżująca kobieta bywa często celem napastników.

Papuaska, ponad 300-tysięczna stolica – Port Moresby cieszy się złą sławą. Dochodzi w niej do gwałtów, zabójstw i codziennych kradzieży. Praktycznie wszystkie domy mają wysokie płoty, a niektóre – nawet ogrodzenia pod napięciem elektrycznym. Lepiej nie zatrzymywać się tu na dłużej, lecz potraktować Port Moresby jako punkt tranzytowy. Najtańszym sposobem na dostanie się do Papui-Nowej Gwinei, jaki udało mi się znaleźć, był lot z Brisbane (Australia) australijskimi liniami lotniczymi Virgin Australia Airlines. Uzyskanie wizy na lotnisku (Jacksons International Airport) nie stanowi problemu, jeśli posiada się zarezerwowany bilet na wylot z kraju. Ja zaplanowałam sobie, że drogą lądową dotrę potem do Indonezji, zatem po przylocie anulowałam rezerwację i wyruszyłam na wędrówkę na północny zachód.

 

Na brzegu Sepiku

Większość mojego czasu w Papui spędziłam w jej północnej części zafascynowana kulturą regionu rzeki Sepik, ciągnącej się przez 1126 km. Ten rejon zachwyca nietkniętą przez cywilizację naturą oraz prostotą życia i niezwykłymi obrzędami jego mieszkańców. Znajdziemy tu wielką liczbę plemion, wymierające języki i najpiękniejsze wyroby rękodzielnicze w całym kraju. Jedynym środkiem transportu do poruszania się po okolicy są długie łodzie zwane kanu. Z pomocą Cyrila, lokalnego przewodnika mieszkającego w Wewak, zorganizowaliśmy 3-dniowy spływ rzeką Sepik do jego rodzinnego miasteczka.

 

Krokodylowa skóra

W wielu malowniczych osadach poczesne miejsce zajmuje haus tambaran – dom duchów, w którym odbywa się bolesny rytuał inicjacji, czyli przeobrażenia chłopca w mężczyznę. W jego trakcie ostrym narzędziem nacina się w charakterystyczny wzór krokodylowej skóry całe plecy i tors młodzieńców. Ich krzyki zagłuszają rytualne bębny i śpiewy. Kobiety nie mają wstępu do tego przybytku, choć w niektórych wioskach młode dziewczyny przechodzą ten sam obrzęd ozdabiania pleców w tzw. łuski. Na nacięcia nakłada się olej drzewa tigaso (Campnosperma brevipetiolata) oraz błoto, po czym przechodzący inicjację siada przy ogniu. Dym powoduje infekcję ran, które nabrzmiewają, w efekcie czego skóra staje się podobna do krokodylowej. Cyril zaproponował mi wykonanie takiego znaku na pamiątkę, ale grzecznie odmówiłam.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLCharakterystyczna krokodylowa skóra

 

Nad Sepikiem krokodyle postrzega się jako przodków tutejszej rdzennej ludności. Te gady licznie zamieszkują rzekę. Łapie się je za pomocą sieci i spożywa na obiad bądź sprzedaje. Przed wieloma drewnianymi chatami również hoduje się te zwierzęta w małych zagrodach. Obok nich wisi cennik zachęcający do kupna. Czym okaz dłuższy, tym droższy, a cena skóry 2-metrowego i ważącego 35 kg 10-letniego krokodyla wynosi 400 kina, czyli ok. 500 zł. Dziś jednak wciąż króluje tu handel wymienny. Miejscowi za te gady otrzymują w zamian od ludzi z miast wołowinę bądź niedostępne w tym regionie owoce, takie jak orzechy palmy betelowej (areka katechu). Towarem przetargowym bywają także żółwie rzeczne czy przepiękne wyroby z drewna, sprzedawane za grosze w Papui, a kupowane za duże pieniądze za granicą.

 

SURFING I BEZPIECZEŃSTWO W PAPUI-NOWEJ GWINEI

Kiedy myślimy o najlepszych miejscach surfingowych na świecie, przychodzą nam na myśl na ogół m.in. Hawaje, Australia, Meksyk, Kalifornia czy Portugalia. Jednak na mapie miłośników tego sportu znajduje się jeszcze jeden punkt, nieodkryty, nieprzewidywalny, nieskażony cywilizacją, piękny i niezmiernie egzotyczny. Stanowi on idealny cel podróży, pozwalający na ucieczkę przed zimową szarugą i mrozami, dla surferów z Europy. To odległe i położone na uboczu najważniejszych tras turystycznych miejsce zaskoczy nawet największego sceptyka rzucającymi wyzwanie wspaniałymi falami, rozbijającymi się z łoskotem o rajskie plaże i dziewicze rafy koralowe. Tylko nieliczni wiedzą o jego istnieniu. Europejskie biura podróży rzadko oferują wyprawy w tym kierunku, co sprawia, że ten zniewalający zakątek świata jest marzeniem każdego wielbiciela surfingu. Miejsce, o którym mowa, to Papua-Nowa Gwinea (PNG), leżąca w większości na wyspie Nowa Gwinea oraz licznych wysepkach przy jej brzegu. Posiada granicę lądową jedynie z Indonezją, ale w najbliższym otoczeniu znajdują się również Australia i Wyspy Salomona. Ten kraj w Oceanii oblewają wody Oceanu Spokojnego, Morza Bismarcka (Nowogwinejskiego) oraz Morza Koralowego. Surfing jako sport pojawił się w tym państwie w połowie lat 80. XX w. Nad jego rozwojem czuwa Stowarzyszenie Surfingu Papui-Nowej Gwinei (Surfing Association of Papua New Guinea – SAPNG, www.sapng.com). Instytucja ta wprowadziła system Surf Management Plan (SMP), zgodnie z którym lokalne społeczności są właścicielami klubów surfingowych i biorą bezpośredni udział w zarządzaniu nimi w ścisłej współpracy z SAPNG. Sezon na uprawianie tego sportu w tym rejonie świata trwa od października do kwietnia. Związane jest to z napływającymi wówczas z Hawajów tzw. dużymi martwymi falami. Najpopularniejszymi miejscami wśród miłośników surfingu są tutaj Kavieng, Wewak i Vanimo. Na uwagę zasługują także Madang oraz wyspy Manus i Bougainville’a. Obozowiska dla surferów znajdują się najczęściej na terenie papuaskich wiosek. Zaprojektowano je w tradycyjnym stylu, co pozwala na lepsze poznanie życia codziennego tubylców. SAPNG promuje mocno ekoturystykę. Poprzez wspomniany już Surf Management Plan reguluje maksymalną liczbę amatorów surfingu przebywających w danym obozie. Nie może być ich więcej niż 20. Zapewnia to swobodę na falach i wyklucza walkę o najlepsze miejsca.

                Surferzy przebywający w obozowiskach (surf campach) znajdują się pod opieką mieszkańców wioski. Papuasi słyną z wielkiej gościnności, ciepła i otwartości. Chętnie wprowadzają przybyszów w tajniki życia codziennego lokalnej społeczności. Natomiast tutejsi wielbiciele surfingu z przyjemnością pokazują najlepsze miejsca do uprawiania tego sportu swoim kolegom z całego świata. Ostrożność zaleca się za to w większych miastach, takich jak np. stolica Papui-Nowej Gwinei – Port Moresby, a także Lae, Mount Hagen czy Goroka. Z kolei w papuaskich wioskach pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo gości przyjmują na siebie ich mieszkańcy, którzy podchodzą do tego niezmiernie poważnie.

                W australijskim Cairns ma swoją siedzibę biuro podróży No Limit Adventures (www.nolimitadventures.com.au), kierowane przez Polaków, jedyny oficjalny przedstawiciel SAPNG na Europę, który cieszy się jednocześnie tytułem specjalisty od organizacji turystyki w Papui-Nowej Gwinei – tzw. Wantok Specialist, nadanym mu przez Papua New Guinea Tourism Promotion Authority, czyli Urząd Promocji Turystyki Papui-Nowej Gwinei. W tym samym mieście w Australii, w stanie Queensland, rozpoczęła się w 2001 r. historia obecnej firmy Kangur Tour (www.kangurtour.com), również polskiej, mogącej pochwalić się bogatą ofertą wyjazdów do krajów Oceanii, także PNG.

 

Odpoczynek nad brzegiem Morza Bismarcka

 

Papuaska guma do żucia

Widok niektórych Papuasów na samym początku mojego przyjazdu na wyspę wzbudzał we mnie strach z powodu ich krwistych uśmiechów i ceglastych plam, jakie zostawiali po sobie na ziemi. Otóż narodową używkę w Papui-Nowej Gwinei stanowią orzechy palmy betelowej. Ciągłe ich żucie barwi zęby, usta i język na intensywnie czerwony kolor, ale również odświeża, relaksuje oraz zmniejsza uczucie głodu. Niestety, ta papuaska guma do żucia powoduje też utratę uzębienia i raka. Miejscowi podchodzą jednak do higieny w osobliwy sposób. Nad Sepikiem kąpałam się przed domem w błotnistej wodzie rzeki. Często zastanawiałam się, czy aby na pewno wyjdę z niej czystsza. Myśl o tym, że zarówno obok w zagrodzie, jak i gdzieś w okolicy na wolności znajdują się krokodyle, podnosiła mi za każdym razem poziom adrenaliny we krwi. Dlatego czym prędzej kończyłam toaletę, chociaż wokół mnie spokojnie toczyło się codzienne życie: żona Cyrila myła naczynia, córka łowiła ryby…

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL Gdy rzeka Sepik zalewa okoliczne wioski, ryby łowi się między domami

 

Egzotyczna Wielkanoc

Najważniejszym dla mnie przeżyciem stał się pobyt na rajskiej wyspie Mushu, gdzie spędziłam swoją pierwszą Wielkanoc za granicą. Przed wyjazdem do Papui-Nowej Gwinei nigdy nie słyszałam o istnieniu tego miejsca. Na szczęście portal internetowy couchsurfing.org pomaga kontaktować się turystom z tubylcami. Poznana w Goroce sympatyczna Priscilla zaprosiła mnie do wioski swojej rodziny. W tym kraju działa wantok system (od angielskiego one talk), który polega na tym, że ludzie związani ze sobą pokrewieństwem są zobowiązani pomagać sobie nawzajem. Dalekie kuzynostwo czy wujostwo w każdej chwili może zapukać do drzwi i poprosić np. o przenocowanie. Priscilla wiedziała, że dla mnie jedynym sposobem zaobserwowania miejscowych zwyczajów będzie kilkudniowy pobyt w papuaskim domu. Okazało się, że jej rodzina przyjęła mnie jak swoją i zaczęła nazywać mindua wale tagua, co w lokalnym języku mushu oznaczało „biała kobieta wyspy Mushu”.

W gościnie u krewnych mojej znajomej mogłam dokładnie przyjrzeć się życiu tutejszej ludności. Brak elektryczności czy bieżącej wody nie był dla mnie zaskoczeniem. Zdziwił mnie natomiast fakt, że nikt w wiosce, liczącej ok. 800 osób, nie używa pieniędzy. Na całej wyspie nie założono ani jednego sklepu, bowiem jej mieszkańcy wszystko, czego potrzebują, mają w zasięgu ręki: ryby łowią w morzu, owoce i warzywa oraz drewno na budowę domów przynoszą z dżungli. Jedyny targ odbywa się raz w miesiącu i obowiązuje wtedy głównie handel wymienny. Niezmiernie silne są tu więzi rodzinne. Nastolatki opiekują się swoim młodszym rodzeństwem, a ono zajmuje się jeszcze mniejszymi dziećmi. Te maluchy właśnie codziennie wchodziły do mojej chaty i przyglądały się wielkimi od zdumienia oczami, jak mindua wale tagua śpi, budzi się i w co się dziś ubierze.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLWielodzietna rodzina z wyspy Mushu

 

Już w pierwszy dzień pobytu na Mushu dowiedziałam się, że na sąsiedniej wyspie mieszka ksiądz Paweł ze Słupska. Polscy ojcowie pallotyni działają w Papui-Nowej Gwinei od ponad 20 lat, a Polska jest mieszkańcom kraju dość znana i dzięki ich pomocy bardzo ceniona. Pierwszy raz na Niedzielę Palmową przyniosłam ze sobą najprawdziwszy liść palmy. Procesji towarzyszyły śpiewy i szepty Papuasów. W kościółku, czyli szałasie bez ścian, przy malutkim ołtarzyku ksiądz Paweł, wysoki blondyn w białej sutannie, odprawiał mszę dla wiernych ubranych w tradycyjne stroje z liści palmowych. Na wyspie nie hoduje się kur, więc aby zrobić niespodziankę moim gospodarzom, kupiłam kilkanaście jajek poza Mushu. Jakże zdziwieni byli, gdy polskim zwyczajem chciałam podzielić się nimi w Wielkanoc.

 

„No worries sista”

Poruszanie się po Papui-Nowej Gwinei stanowi wielkie wyzwanie. Operują tu na trasach wewnętrznych jedynie trzy linie lotnicze. Najpopularniejszą z nich, lecz – niestety – dość drogą, jest Air Niugini. Istnieją także Airlines PNG i od niedawna Travel Air PNG. Przelot samolotem Virgin Australia Airlines z Brisbane do Port Moresby kosztował mnie tyle samo, co podróż Air Niugini ze stolicy Papui-Nowej Gwinei do miasta Goroka.

Opóźnienia na lotniskach zdarzają się często, ale tutaj nikt czasu nie liczy. Lot z Wewak do Vanimo (tuż przy granicy z Indonezją) trwał zaledwie godzinę, ale na pokład nie spakowano ani jednego bagażu głównego. Na moje pytanie, co się stało, otrzymałam spokojną odpowiedź pracownika linii lotniczych: no worries sista, too many holes on the runway, too many people („nie przejmuj się, siostro, za dużo dziur, za dużo ludzi”). Otóż pas startowy wypełniały dziury, a pasażerów zebrało się tak dużo, że jedynym wyjściem okazało się pozostawienie dodatkowego balastu. Ta trasa nie jest zbyt popularna i na kolejny lot z moim plecakiem czekałam 5 dni w przygranicznym miasteczku tylko z aparatem fotograficznym i dokumentami. Po raz kolejny uratował mnie wtedy wantok system. Przygarnęła mnie ciotka sąsiada Davida z wyspy Mushu.

Poza samolotami po kraju można poruszać się busami międzymiastowymi i statkami transportowymi. Gdy płynęłam z Madang do Wewak, do celu dotarliśmy 24 godz. później niż mieliśmy w planach. Kapitan tłumaczył się zablokowaną kotwicą, brakiem ciężaru na statku i silnymi falami, a zresztą no worries sista

Podróż po Papui-Nowej Gwinei wspominam jako jedną z najbardziej autentycznych w moim życiu. Spotkania z miejscowymi były zawsze miłe, a to dla nich tam pojechałam. Sztuką jest wierzyć w ludzi podczas swoich wędrówek i pamiętać, że za jeden uśmiech dostajemy 10 następnych. Papuasi przypomnieli mi też o wartości i sile rodziny, o którą trzeba dbać zawsze bardziej niż o samego siebie.


 

Artykuły wybrane losowo

Skarby Wysp Zielonego Przylądka

 BVCII  49

Wyspy Zawietrzne są nieco wilgotniejsze i pokryte bujniejszą roślinnością

© BARRACUDA TOURS

 

EMILIA WOJCIECHOWSKA

 

Wyspy Zielonego Przylądka leżą na Oceanie Atlantyckim, w odległości ok. 570 km od Senegalu. Ich nazwa wcale nie pochodzi od występującej tu roślinności, ale od Przylądka Zielonego (po francusku Cap-Vert, po portugalsku Cabo Verde), znajdującego się nieopodal Dakaru. Dziewięć wysp archipelagu jest zamieszkałych i podzielić je można na dwie grupy – Wyspy Zawietrzne (Ilhas de Barlavento, do których należą Boa Vista, Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão) i Wyspy Podwietrzne (Ilhas de Sotavento, czyli Santiago, Maio, Fogo i Brava). Do tych pierwszych zalicza się jeszcze opuszczona Santa Luzia, objęta ochroną rezerwatu przyrody.

 

Cabo Verde, a właściwie Republika Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), bo tak brzmi oficjalna nazwa kraju, to dawna kolonia portugalska. Niepodległość uzyskała w lipcu 1975 r., ale nawet dziś śladami po tamtych czasach są nie tylko kolonialne budynki. Choć na ten temat od wielu lat toczą się gorące debaty, nadal jedynym oficjalnym językiem w państwie jest portugalski. Jednak bardzo rzadko można go usłyszeć na ulicach archipelagu – mieszkańcy mówią raczej kabowerdeńskim kreolskim (kriolu kabuverdianu, port. língua cabo-verdiana). Powstał on wprawdzie na bazie portugalskiego, ale z licznymi modyfikacjami. Co więcej, każda wyspa ma inny dialekt. W języku portugalskim wciąż co prawda sporządza się wszelkie dokumenty pisane czy oficjalne komunikaty, lecz z biegiem czasu, zwłaszcza za sprawą rosnącej popularności i dostępności mediów społecznościowych, i na tym polu zaczyna on tracić swoją uprzywilejowaną pozycję. Niezmiennie silny wpływ Portugalii i Portugalczyków można zaobserwować przede wszystkim wśród... fanów piłki nożnej. Niemalże wszyscy kibice na Cabo Verde dzielą się na sympatyków jednej z portugalskich drużyn, takich jak SL Benfica, Sporting CP czy FC Porto, i traktują te podziały bardzo poważnie!

 

Wyspy Zielonego Przylądka to republika demokratyczna i choć nadal ma przed sobą mnóstwo wyzwań, społecznych, politycznych i gospodarczych, a dużo spraw wymaga usprawnienia, to dla wielu krajów afrykańskich stanowi przykład do naśladowania. Jednak mimo iż geograficznie i politycznie archipelag należy do Afryki, jest w nim coś, co go wyróżnia. Jak czasem pół żartem, a czasem na serio mówią Kabowerdeńczycy, tak naprawdę Cabo Verde, także z racji swojego położenia i historii, znajduje się pośrodku Europy, Ameryki Południowej i Afryki. Wielu z nich z uśmiechem dodaje: Gdybyśmy tylko byli więksi, moglibyśmy być osobnym kontynentem. Zapraszam zatem w podróż po tej wyjątkowej wyspiarskiej krainie!

 

 FOGO 20150821 2646 7

Aktywny stratowulkan Pico do Fogo to najwyższy szczyt na Cabo Verde

© BARRACUDA TOURS

 

KRAINA RÓŻNORODNOŚCI

 

Cały archipelag jest pochodzenia wulkanicznego. Na jednych wyspach widać to niezwykle wyraźnie w krajobrazie, na innych, tych geologicznie starszych, zupełnie nie da się tego dostrzec, co sprawia, że każda z nich zaskakuje. Dzięki temu zarówno miłośnicy plażowania, jak i amatorzy górskich wycieczek znajdą tu coś dla siebie.

 

Wśród turystów zagranicznych Cabo Verde słynie w szczególności ze swoich pięknych i rozległych plaż. Zresztą nie tylko ukształtowanie terenu, ale i warunki atmosferyczne sprzyjają na archipelagu plażowaniu, i to przez cały rok. Na Wyspach Zielonego Przylądka panuje klimat zwrotnikowy suchy, ze średnią roczną temperaturą powietrza 25°C i wody 23°C. Słońce świeci w tym rejonie prawie codziennie. Mieszkańcy, w odróżnieniu od turystów, wyczekują zwykle pory deszczowej, która zaczyna się w sierpniu i trwa do października. Jednak wizytę na Cabo Verde warto rozważyć nawet w tym okresie, i to nie tylko wtedy, gdy opady deszczu występują bardzo rzadko, jak w 2017 r. To właśnie w czasie pory deszczowej można obserwować, jak raptownie, z każdą kroplą wody, krajobraz wokół całkowicie się zmienia i nasyca soczystą zielenią. Wbrew nazwie Wyspy Zielonego Przylądka nie zawsze i nie wszędzie są zielone! Na większości z nich nie brakuje za to koloru złotego i białego, bo te barwy przybierają plaże np. na Sal, Boa Viście i Maio. I właśnie na tych trzech wyspach panują najlepsze warunki do plażowania.

 

Wśród turystów spragnionych słońca i morskich kąpieli najpopularniejsza jest Sal, choć Boa Vista niewiele jej ustępuje. Sal w języku portugalskim oznacza „sól”. Zanim tutejszym złotem stały się plaże, przynoszące zyski z turystyki, w XIX w. to właśnie pozyskiwanie soli było głównym źródłem dochodu. Wtedy też zmieniono pierwotną nazwę Llana na Sal. Jednak i dziś sól jest ważna dla gospodarki wyspy, chociaż obecnie ze względu na swoje walory lecznicze i pielęgnacyjne. Kolejną atrakcję Sal, zaraz po jej pięknych plażach i znakomitych warunkach do uprawiania sportów wodnych, stanowi Pedra de Lume. W tej położonej niedaleko lotniska miejscowości znajdują się zbiorniki wypełnione solanką, z których korzystają tysiące turystów.

 

Wyspa ta zajmuje ważne miejsce w archipelagu nie od dziś i nie tylko ze względu na licznie odwiedzających ją zagranicznych gości. Od dawna jest w pewnym sensie oknem na świat Cabo Verde. To właśnie na Sal powstało w 1939 r. pierwsze tutejsze międzynarodowe lotnisko, nazwane potem imieniem ojca narodu i największego bohatera kraju – Amílcara Cabrala (1924–1973). Dzięki swojemu strategicznemu położeniu wyspa od dawna stanowi istotny punkt na lotniczej mapie świata.

 

Pod względem liczby turystów zaraz za Sal plasuje się Boa Vista, zresztą całkiem słusznie. Jej nazwa w tłumaczeniu z portugalskiego na polski brzmi Dobry Widok. Ta trzecia co do wielkości wyspa archipelagu (620 km² powierzchni) kusi odwiedzających przepięknymi złotymi piaskami, a nawet wydmami, znaczącymi pustynny obszar Viana. Jeden ze znakomitszych pisarzy kabowerdeńskich Germano Almeida swoją książkę A Ilha Fantástica poświęcił właśnie Boa Viście, na której przyszedł na świat w 1945 r. Odgrywa ona zresztą ważną rolę w kulturze kraju. To prawdopodobnie właśnie na niej narodził się w XVIII stuleciu wspaniały gatunek muzyczny, jeden z symboli Cabo Verde – morna. Bubista, jak pieszczotliwie nazywają wyspę mieszkańcy, z pewnością nie zawiedzie tych, którzy lubią spędzać czas na uprawianiu sportów wodnych, jak i osób preferujących leniwy odpoczynek na plaży.

 

Ten, komu marzą się jeszcze spokojniejsze wakacje, powinien wybrać Maio. Jest ona jedną z rzadziej odwiedzanych w archipelagu i to bynajmniej nie ze względu na brak atrakcyjności, bo zachwyca przepięknymi bezkresnymi plażami, które przez zdecydowaną większość roku są bezludne. Jej nazwa w języku portugalskim oznacza „maj” – właśnie w tym miesiącu została odkryta przez Portugalczyków w 1460 r. Można zaryzykować tezę, że jedynie brak międzynarodowego lotniska, jakie znajdują się na Boa Viście i Sal, sprawia, iż nie spotkamy na niej tłumów turystów. Dzięki temu nietrudno poczuć się tu jak na końcu świata, na dodatek wyjątkowo malowniczym.

 

Wspaniałych plaż, i to w różnych kolorach, nie brakuje także na Santiago i São Vicente, które są dwoma głównymi wyspami kraju. Mimo znacznych różnic między nimi można powiedzieć, że na każdej z nich znajdziemy po trochu wszystkiego, co na Cabo Verde najlepsze. Często mówi się, że Santiago stanowi centrum biznesowe i polityczne archipelagu, a São Vicente – kulturalne, ale tak naprawdę obie konkurują w pewien sposób ze sobą na wszystkich tych polach.

 

Niemniej jednak pod względem politycznym i administracyjnym to Santiago jest ważniejsza i to na niej leży stolica kraju, Praia. Wyspa ta nazwana została od imienia świętego patronującego dniowi, w którym ją odkryto (podobnie jak kilka innych w archipelagu), czyli św. Jakuba (São Tiago). Na niej najwyraźniej widać wpływy afrykańskie, które nadają jej wyjątkowy koloryt, co można dostrzec nie tylko na barwnym targu Sucupira (Mercado de Sucupira) w Prai.

 

Santiago, największa w archipelagu (991 km² powierzchni), odegrała bardzo istotną rolę w historii regionu. To ona została najprawdopodobniej odkryta i zasiedlona jako pierwsza, to na niej założono w 1462 r. pierwsze miasto i pierwszą stolicę Cabo Verde – Ribeirę Grande. Dziś ten najstarszy ośrodek nazywany jest Cidade Velha (z portugalskiego Stare Miasto). Od końca XVI w. znajduje się w nim fort (Forte Real de São Filipe), który bronił dostępu do wyspy. W mieście odbywały się też targi niewolników pochodzących z Afryki i archipelagu. Przewożono ich stąd głównie do obu Ameryk. O tej niechlubnej przeszłości przypomina usytuowany w samym centrum Cidade Velha pręgierz (Pelourinho).

 

Z czasem stolicę przeniesiono do Prai (w 1770 r.), która dziś jest tętniącą życiem metropolią. Niewątpliwie fakt, że znajdują się w niej siedziby największych lokalnych i zagranicznych firm oraz placówki dyplomatyczne, nadaje jej dynamicznego charakteru, ale – oczywiście – w swoistym, kabowerdeńskim wydaniu. Wystarczy jednak wyjechać poza miasto, aby przenieść się do zupełnie innego świata – krainy plantacji bananów, papai, trzciny cukrowej czy kukurydzy. Mieszkańcy stolicy, jak i całej wyspy chętnie odpoczywają na jednej z wielu plaż, takich jak ta w Tarrafal lub São Francisco. Wybierają się również w góry. Malownicze trasy leżą m.in. w Parku Naturalnym Serra da Malagueta na północy Santiago lub w samym jej centrum w okolicach ogrodu botanicznego w São Jorge dos Órgãos. A że Kabowerdeńczycy bardzo lubią spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi na piknikach i pieszych wycieczkach, plaże i szlaki zapełniają się ludźmi w każdy wolny dzień, i to na całym archipelagu.

 

Na São Vicente (nazwanej od św. Wincentego), z głównym miastem Mindelo, życie płynie zdecydowanie spokojniej niż na Santiago, ale na pewno nie jest tu mniej ciekawie. Wyspa w całym kraju słynie ze swoich wydarzeń kulturalnych. W okolicach lutego lub marca odbywa się na niej karnawał (w 2018 r. jego główne obchody zaplanowano w terminie od 9 do 13 lutego), a w lipcu – kulinarna impreza Kavala Fresk Feastival, na której wszyscy zajadają się makrelami pod każdą postacią. W sierpniu São Vicente gości największe na archipelagu wydarzenie muzyczne na plaży Festival Baía das Gatas. Do 2017 r. we wrześniu w Mindelo organizowany był jeden z większych festiwali teatralnych w Afryce – Mindelact. Obecnie przeniesiono go na późniejszy termin. Jego 24. już edycję zaplanowano między 2 a 10 listopada 2018 r. Z kolei na przełomie września i października wyspa zamienia się w plenerowe kino. W tym czasie odbywają się pokazy w ramach festiwalu filmowego o nazwie Festival Oiá. Warto odwiedzić São Vicente podczas jednego z tych wydarzeń, w szczególności w trakcie karnawału. Nie bez powodu porównuje się go ze słynną imprezą w Rio de Janeiro.

 

Na Cabo Verde spodoba się nie tylko plażowiczom czy osobom spragnionym rozrywek kulturalnych. Amatorzy górskich wycieczek także znajdą na archipelagu miejsca dla siebie. Idealna będzie dla nich wyspa Fogo, czyli Ogień. Wznosi się na niej czynny wulkan, a zarazem najwyższy szczyt kraju – Pico do Fogo (2829 m n.p.m.). To z jego powodu zrezygnowano z wcześniejszej nazwy wyspy, która brzmiała São Filipe (od św. Filipa). Ostatnia erupcja zaczęła się w listopadzie 2014 r., a zakończyła w lutym kolejnego roku, i dość znacznie zmieniła krajobraz leżącej u stóp wulkanu wioski Chã das Caldeiras. Dziś miejscowość wygląda jak nie z tego świata, a mieszka w niej niewiele ponad 100 z dawnych niemal 1,3 tys. mieszkańców. Bez wątpienia hart ich ducha jest godny podziwu. Poza tym warte spróbowania są wyjątkowe plony, jakie przynosi wulkaniczna ziemia. Smakosze z całego globu chwalą sobie wino i kawę właśnie z Fogo.

 

O pobliskiej Bravie można z kolei powiedzieć, że przypomina miejsce położone na końcu świata. Jest najbardziej wysunięta na zachód ze wszystkich Wysp Podwietrznych i stosunkowo rzadko odwiedzana, ale całkiem niesłusznie. Urodził się na niej jeden z największych kabowerdeńskich poetów – Eugénio Tavares (1867–1930). Brava nazywana też bywa wyspą kwiatów. Wizytą w tym miejscu nie będzie zawiedziony nikt, kto chce odpocząć od zgiełku świata w otoczeniu natury. Mimo iż jest najmniejszą zamieszkaną wyspą Cabo Verde (ma 67 km² powierzchni), świetnie nadaje się na liczne piesze wycieczki, podobnie zresztą jak równie mało popularna São Nicolau.

 

Ta ostatnia otrzymała nazwę od św. Mikołaja. Niegdyś skupiała się tu elita intelektualna archipelagu. To na São Nicolau założono w 1866 r. pierwsze na Cabo Verde seminarium duchowne i liceum ogólnokształcące i to właśnie z niej pochodzi Baltasar Lopes da Silva (1907–1989), autor obowiązkowej lektury każdego Kabowerdeńczyka Chiquinho i jeden z założycieli magazynu literacko-kulturalnego Claridade. Dziś można odnieść wrażenie, że świat nieco zapomniał o tej wyspie, co sprawia, że jej przepiękne górskie szlaki są idealne dla każdego, kto chce się poczuć jak prawdziwy odkrywca. Warto wybrać się na wycieczkę zwłaszcza do Parku Naturalnego Monte Gordo. Na São Nicolau, podobnie jak na São Vicente, odbywa się również co roku karnawał. Choć może jest nieco mniej wystawny niż ten w Mindelo, ma w sobie coś wyjątkowego. Przede wszystkim trudno na nim odróżnić uczestników karnawałowej parady od publiczności, a to dlatego, że każdemu wolno brać udział w pochodzie.

 

Naszą podróż po Cabo Verde zakończymy na najbardziej na północ wysuniętej, a zarazem drugiej co do wielkości po Santiago, wyspie Santo Antão (779 km² powierzchni). Uchodzi ona za jedną z najpiękniejszych w całym archipelagu. To sprawia, że z każdym rokiem przybywa odwiedzających ją miłośników gór. I trudno im się dziwić. Santo Antão szczyci się mnóstwem niezmiernie różnorodnych szlaków górskich i zapierającymi dech w piersiach widokami. Najczęściej odwiedzany wschód wyspy zachwyca zielonymi krajobrazami, a mniej popularna zachodnia część lądu – księżycowym pejzażem okolic najwyższego miejscowego szczytu Topo da Coroa (1979 m n.p.m.) i położoną na końcu świata wioską Tarrafal de Monte Trigo.

 

Nie bez powodu zatem Cabo Verde stara się przyciągnąć gości hasłem „Jeden kraj… dziesięć kierunków podróży” (Um país… dez destinos). Jednak różnorodność archipelagu nie przejawia się jedynie w charakterze wysp. Kabowerdeńczycy mówią wieloma odmianami kabowerdeńskiego kreolskiego, a także różnią się od siebie wyglądem. Bogactwo Cabo Verde można zresztą dostrzec nie tylko w tym, co widoczne na pierwszy rzut oka.

 

 Santa Maria Drone

Plaża w Santa Maria, najpopularniejszej miejscowości turystycznej na wyspie Sal

© BARRACUDA TOURS

 

MUZYKA I KUCHNIA

 

Ten niewielki archipelag zachwyca przede wszystkim bogatą kulturą. Przez długi czas, zanim na świecie popularność zyskały złote piaski Sal i Boa Visty, Wyspy Zielonego Przylądka były kojarzone zwłaszcza z muzyką, a w szczególności z wyjątkową artystką Cesárią Évorą (1941–2011), zwaną Bosonogą Diwą i Królową Morny. Chyba niewiele jest miejsc na naszym globie, gdzie choćby raz nie rozbrzmiała jej słynna piosenka Sodade. Muzyka unosi się tutaj w powietrzu, wyspiarze mają ją we krwi. Tradycyjne gatunki takie jak morna, coladeira (koladera), funaná, batuque (batuk, batuku), tabanka (tabanca) lub colá znakomicie oddają bogactwo kulturowe Cabo Verde. Bez końca można by wyliczać znakomitych artystów, którzy je wykonują (są wśród nich m.in. Lura czy Nancy Vieira). W młodym pokoleniu nie brakuje też muzyków nadających nowe brzmienie klasycznym już rytmom – reprezentuje ich choćby Elida Almeida. Dlatego jedną z piękniejszych i cenniejszych pamiątek z archipelagu, oprócz wspomnień z koncertu bądź wieczoru w knajpce urozmaiconego występami muzycznymi, jest płyta z nagraniami lokalnych wykonawców. Na szczęście okazji do posłuchania dobrej muzyki na wyspach bywa mnóstwo. Oprócz licznych festiwali, organizowanych przez cały rok, ale najczęściej w lato, kabowerdeńskie utwory rozbrzmiewają także podczas obchodów rozmaitych świąt. A na żadnym z takich wydarzeń nie może zabraknąć również typowego dla archipelagu jedzenia.

 

 Kuchnia Wysp Zielonego Przylądka, choć niezbyt urozmaicona, jest smaczna. Dostępność wielu towarów na targach i w sklepach zależy od cyklów upraw, dlatego lokalne produkty są zazwyczaj świeże i zdrowe. Kabowerdeńskie potrawy bazują przede wszystkim na rybach, fasoli i kukurydzy. Ta ostatnia ma zresztą dla Kabowerdeńczyków też znaczenie symboliczne. Podobno jako pierwsza z sianych tu roślin dała plon na nieurodzajnych ziemiach archipelagu. Kukurydza stanowi składnik wielu dań, ale także uchodzi za symbol nadziei i ma nawet swój festiwal (Festa do Milho) organizowany na Santiago co roku w dniu 1 listopada, kiedy to je się ją pod każdą postacią. Przygotowuje się z niej m.in. tradycyjną tutejszą potrawę – cachupę. W wersji podstawowej dodaje się do niej jeszcze ewentualnie fasolę, ale w wariancie bardziej urozmaiconym zawierać może wszystko, co tylko akurat znajduje się pod ręką, np. marchewkę, rybę czy mięso. Przyrządzenie cachupy w tradycyjny sposób zajmuje sporo czasu. Nawet według nowocześniejszego przepisu nie da się jej szybko ugotować. Nadal jednak uchodzi ona za danie dla całej rodziny, przygotowywane w dużych ilościach. Dziś najczęściej cachupę je się w dni, kiedy czasu jest więcej, czyli np. w soboty. Poza tym stanowi ona również obowiązkową potrawę na wszelkie święta. Świeżo ugotowana cachupa ma konsystencję zupy. Jeśli nie zostanie zjedzona na obiad, kolejnego dnia podaje się ją z jajkiem sadzonym, omletem lub smażoną rybą jako... typowe kabowerdeńskie śniadanie.

 

Oprócz tego tradycyjnego dania na stołach goszczą też często ryby. Jedynie od powodzenia podczas połowu zależy, co trafi na talerz, makrela czy raczej tuńczyk. Choć nie zawsze znajdziemy na targu tę rybę, którą lubimy najbardziej, możemy być pewni, że i tak nam posmakuje, bo po prostu będzie świeża. W niektórych okresach w roku mamy szansę zamówić nawet takie przysmaki jak homary czy percebes (kaczenice)!

 

BVCII  34

Kabowerdeńskie potrawy są zazwyczaj proste, ale bardzo smaczne

© BARRACUDA TOURS

 

WYSPY DLA ODKRYWCÓW

 

Różnorodność archipelagu można opisać trzema słowami – sabura, morabeza i sodade. Wyraz sabura oznacza „coś fajnego” – takie są Wyspy Zielonego Przylądka. Czas na nich płynie po prostu w miłej, spokojnej, bezstresowej atmosferze. Morabeza to z kolei „gościnność”, choć tak naprawdę coś dużo więcej. Znaczenie tego słowa zrozumie każdy, kto będzie miał okazję trochę bliżej poznać Kabowerdeńczyków i zaprzyjaźnić się z nimi. Z pewnością dołożą oni wszelkich starań, aby przybysze poczuli się u nich jak u siebie w domu. Sodade znaczy „tęsknota”, ale właściwie to bardziej złożone uczucie. Mieszkańcy archipelagu to właśnie odczuwają, kiedy są daleko od swojej ojczyzny i tego, co jest im bliskie. Zrozumieć mogą ich wszyscy ci, którzy pokochają Cabo Verde i będą musieli te strony opuścić, a miłością obdarzy ten kraj niemal każdy, kto do niego zawita.

 

Wyspy Zielonego Przylądka to coś o wiele więcej niż różnorodne krajobrazy, w tym piękne plaże i zachwycające widokami szlaki górskie. Aby je odkryć, wystarczy tylko chcieć. Ten mały archipelag posiada aż cztery lotniska międzynarodowe – na Santiago, Sal, São Vicente i Boa Viście. Na dodatek najprawdopodobniej od maja 2018 r. nastąpi w końcu planowane zniesienie obowiązku wizowego dla obywateli Unii Europejskiej przybywających na Cabo Verde w celach turystycznych. Między wyspami najlepiej poruszać się samolotami, jedynie na Bravę i Santo Antão nie da się dolecieć, ale można na nie dostać się promem (z Fogo w przypadku Bravy i z São Vicente na Santo Antão). Wystarczy zatem zarezerwować bilet, spakować się i wyruszyć na spotkanie przygodzie, aby poznać największe skarby tego wyjątkowego archipelagu, czyli jego gościnnych mieszkańców i ich bogatą kulturę. Naprawdę warto zdecydować się na tę podróż, zwłaszcza że według brytyjskiego dziennika Daily Mirror Cabo Verde było w 2017 r. najczęściej wyszukiwanym celem wakacyjnego wyjazdu w przeglądarce Google.

 

RPA – inny portret Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

Więcej…

Piękny sen o Seszelach

MARYLA FOSSEN

www.addicted-to-passion.com

 

« Jeszcze całkiem niedawno podróż na Seszele była dla mnie niespełnionym marzeniem. Chciałam kiedyś ujrzeć ten rajski kawałek świata z kolorowych pocztówek, nieskazitelnie białe plaże pokryte ogromnymi głazami, wysmukłe palmy kłaniające się przed turkusowym oceanem. Teraz, gdy mój piękny sen się ziścił i mogłam na własnej skórze czuć dotyk seszelskiego słońca i delikatną bryzę, stąpać po miękkim piasku, próbować dań kreolskiej kuchni i cieszyć się życzliwymi uśmiechami wyspiarzy, marzę o tym, aby jak najszybciej wrócić w to wyjątkowe miejsce. »

Więcej…