KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

 

Nowa Gwinea, położona na północ od Australii, to druga co do wielkości wyspa na świecie zaraz po Grenlandii (ma aż 786 tys. km²). Jej obszar należy do dwu krajów: zachodnia część znajduje się w granicach Indonezji, a wschodnia stanowi terytorium Papui-Nowej Gwinei. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w tym ok. 7-milionowym państwie mówi się w ponad 820 językach (to ok. 12 proc. języków świata) i nie są to bynajmniej dialekty. Można więc śmiało uznać je za najbardziej zróżnicowane pod względem lingwistycznym na ziemi. Niestety, co jakiś czas kilka z nich wymiera, a w wielu wioskach pierwotną mowę znają tylko najstarsi.

Tutejszy oficjalny pidżyn (tok pisin) nazywa się potocznie łamanym angielskim. Bliskie podobieństwo do tego europejskiego języka sprawiło, że po kilku dniach pobytu na wyspie mogłam już przeprowadzić krótką rozmowę z jej mieszkańcami, którą zdobyłam ich serca. Niestety, nie ze wszystkimi poszło mi tak łatwo…

 

Biała twarz na szlaku

Uzyskanie zaufania dzieci to czasami nie takie proste zadanie. Podczas moich podróży po świecie niejednego malca doprowadziłam do płaczu samą swoją obecnością. W wielu regionach Papui-Nowej Gwinei widok białego człowieka szokuje. Moje zielone tęczówki, biała skóra i krótkie blond włosy budziły niepokój wielu maluchów, które wielkimi, czarnymi, zapłakanymi oczami spoglądały na mnie zza spódnicy matki. W tym kraju nigdy nie byłam sama. Zawsze ktoś obserwował każdy mój ruch. Niejednokrotnie wiązało się to również z dbaniem o moje bezpieczeństwo. Papuasi swoich gości nie opuszczają na krok, gdyż wiedzą, że w dużych miastach samotnie podróżująca kobieta bywa często celem napastników.

Papuaska, ponad 300-tysięczna stolica – Port Moresby cieszy się złą sławą. Dochodzi w niej do gwałtów, zabójstw i codziennych kradzieży. Praktycznie wszystkie domy mają wysokie płoty, a niektóre – nawet ogrodzenia pod napięciem elektrycznym. Lepiej nie zatrzymywać się tu na dłużej, lecz potraktować Port Moresby jako punkt tranzytowy. Najtańszym sposobem na dostanie się do Papui-Nowej Gwinei, jaki udało mi się znaleźć, był lot z Brisbane (Australia) australijskimi liniami lotniczymi Virgin Australia Airlines. Uzyskanie wizy na lotnisku (Jacksons International Airport) nie stanowi problemu, jeśli posiada się zarezerwowany bilet na wylot z kraju. Ja zaplanowałam sobie, że drogą lądową dotrę potem do Indonezji, zatem po przylocie anulowałam rezerwację i wyruszyłam na wędrówkę na północny zachód.

 

Na brzegu Sepiku

Większość mojego czasu w Papui spędziłam w jej północnej części zafascynowana kulturą regionu rzeki Sepik, ciągnącej się przez 1126 km. Ten rejon zachwyca nietkniętą przez cywilizację naturą oraz prostotą życia i niezwykłymi obrzędami jego mieszkańców. Znajdziemy tu wielką liczbę plemion, wymierające języki i najpiękniejsze wyroby rękodzielnicze w całym kraju. Jedynym środkiem transportu do poruszania się po okolicy są długie łodzie zwane kanu. Z pomocą Cyrila, lokalnego przewodnika mieszkającego w Wewak, zorganizowaliśmy 3-dniowy spływ rzeką Sepik do jego rodzinnego miasteczka.

 

Krokodylowa skóra

W wielu malowniczych osadach poczesne miejsce zajmuje haus tambaran – dom duchów, w którym odbywa się bolesny rytuał inicjacji, czyli przeobrażenia chłopca w mężczyznę. W jego trakcie ostrym narzędziem nacina się w charakterystyczny wzór krokodylowej skóry całe plecy i tors młodzieńców. Ich krzyki zagłuszają rytualne bębny i śpiewy. Kobiety nie mają wstępu do tego przybytku, choć w niektórych wioskach młode dziewczyny przechodzą ten sam obrzęd ozdabiania pleców w tzw. łuski. Na nacięcia nakłada się olej drzewa tigaso (Campnosperma brevipetiolata) oraz błoto, po czym przechodzący inicjację siada przy ogniu. Dym powoduje infekcję ran, które nabrzmiewają, w efekcie czego skóra staje się podobna do krokodylowej. Cyril zaproponował mi wykonanie takiego znaku na pamiątkę, ale grzecznie odmówiłam.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLCharakterystyczna krokodylowa skóra

 

Nad Sepikiem krokodyle postrzega się jako przodków tutejszej rdzennej ludności. Te gady licznie zamieszkują rzekę. Łapie się je za pomocą sieci i spożywa na obiad bądź sprzedaje. Przed wieloma drewnianymi chatami również hoduje się te zwierzęta w małych zagrodach. Obok nich wisi cennik zachęcający do kupna. Czym okaz dłuższy, tym droższy, a cena skóry 2-metrowego i ważącego 35 kg 10-letniego krokodyla wynosi 400 kina, czyli ok. 500 zł. Dziś jednak wciąż króluje tu handel wymienny. Miejscowi za te gady otrzymują w zamian od ludzi z miast wołowinę bądź niedostępne w tym regionie owoce, takie jak orzechy palmy betelowej (areka katechu). Towarem przetargowym bywają także żółwie rzeczne czy przepiękne wyroby z drewna, sprzedawane za grosze w Papui, a kupowane za duże pieniądze za granicą.

 

SURFING I BEZPIECZEŃSTWO W PAPUI-NOWEJ GWINEI

Kiedy myślimy o najlepszych miejscach surfingowych na świecie, przychodzą nam na myśl na ogół m.in. Hawaje, Australia, Meksyk, Kalifornia czy Portugalia. Jednak na mapie miłośników tego sportu znajduje się jeszcze jeden punkt, nieodkryty, nieprzewidywalny, nieskażony cywilizacją, piękny i niezmiernie egzotyczny. Stanowi on idealny cel podróży, pozwalający na ucieczkę przed zimową szarugą i mrozami, dla surferów z Europy. To odległe i położone na uboczu najważniejszych tras turystycznych miejsce zaskoczy nawet największego sceptyka rzucającymi wyzwanie wspaniałymi falami, rozbijającymi się z łoskotem o rajskie plaże i dziewicze rafy koralowe. Tylko nieliczni wiedzą o jego istnieniu. Europejskie biura podróży rzadko oferują wyprawy w tym kierunku, co sprawia, że ten zniewalający zakątek świata jest marzeniem każdego wielbiciela surfingu. Miejsce, o którym mowa, to Papua-Nowa Gwinea (PNG), leżąca w większości na wyspie Nowa Gwinea oraz licznych wysepkach przy jej brzegu. Posiada granicę lądową jedynie z Indonezją, ale w najbliższym otoczeniu znajdują się również Australia i Wyspy Salomona. Ten kraj w Oceanii oblewają wody Oceanu Spokojnego, Morza Bismarcka (Nowogwinejskiego) oraz Morza Koralowego. Surfing jako sport pojawił się w tym państwie w połowie lat 80. XX w. Nad jego rozwojem czuwa Stowarzyszenie Surfingu Papui-Nowej Gwinei (Surfing Association of Papua New Guinea – SAPNG, www.sapng.com). Instytucja ta wprowadziła system Surf Management Plan (SMP), zgodnie z którym lokalne społeczności są właścicielami klubów surfingowych i biorą bezpośredni udział w zarządzaniu nimi w ścisłej współpracy z SAPNG. Sezon na uprawianie tego sportu w tym rejonie świata trwa od października do kwietnia. Związane jest to z napływającymi wówczas z Hawajów tzw. dużymi martwymi falami. Najpopularniejszymi miejscami wśród miłośników surfingu są tutaj Kavieng, Wewak i Vanimo. Na uwagę zasługują także Madang oraz wyspy Manus i Bougainville’a. Obozowiska dla surferów znajdują się najczęściej na terenie papuaskich wiosek. Zaprojektowano je w tradycyjnym stylu, co pozwala na lepsze poznanie życia codziennego tubylców. SAPNG promuje mocno ekoturystykę. Poprzez wspomniany już Surf Management Plan reguluje maksymalną liczbę amatorów surfingu przebywających w danym obozie. Nie może być ich więcej niż 20. Zapewnia to swobodę na falach i wyklucza walkę o najlepsze miejsca.

                Surferzy przebywający w obozowiskach (surf campach) znajdują się pod opieką mieszkańców wioski. Papuasi słyną z wielkiej gościnności, ciepła i otwartości. Chętnie wprowadzają przybyszów w tajniki życia codziennego lokalnej społeczności. Natomiast tutejsi wielbiciele surfingu z przyjemnością pokazują najlepsze miejsca do uprawiania tego sportu swoim kolegom z całego świata. Ostrożność zaleca się za to w większych miastach, takich jak np. stolica Papui-Nowej Gwinei – Port Moresby, a także Lae, Mount Hagen czy Goroka. Z kolei w papuaskich wioskach pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo gości przyjmują na siebie ich mieszkańcy, którzy podchodzą do tego niezmiernie poważnie.

                W australijskim Cairns ma swoją siedzibę biuro podróży No Limit Adventures (www.nolimitadventures.com.au), kierowane przez Polaków, jedyny oficjalny przedstawiciel SAPNG na Europę, który cieszy się jednocześnie tytułem specjalisty od organizacji turystyki w Papui-Nowej Gwinei – tzw. Wantok Specialist, nadanym mu przez Papua New Guinea Tourism Promotion Authority, czyli Urząd Promocji Turystyki Papui-Nowej Gwinei. W tym samym mieście w Australii, w stanie Queensland, rozpoczęła się w 2001 r. historia obecnej firmy Kangur Tour (www.kangurtour.com), również polskiej, mogącej pochwalić się bogatą ofertą wyjazdów do krajów Oceanii, także PNG.

 

Odpoczynek nad brzegiem Morza Bismarcka

 

Papuaska guma do żucia

Widok niektórych Papuasów na samym początku mojego przyjazdu na wyspę wzbudzał we mnie strach z powodu ich krwistych uśmiechów i ceglastych plam, jakie zostawiali po sobie na ziemi. Otóż narodową używkę w Papui-Nowej Gwinei stanowią orzechy palmy betelowej. Ciągłe ich żucie barwi zęby, usta i język na intensywnie czerwony kolor, ale również odświeża, relaksuje oraz zmniejsza uczucie głodu. Niestety, ta papuaska guma do żucia powoduje też utratę uzębienia i raka. Miejscowi podchodzą jednak do higieny w osobliwy sposób. Nad Sepikiem kąpałam się przed domem w błotnistej wodzie rzeki. Często zastanawiałam się, czy aby na pewno wyjdę z niej czystsza. Myśl o tym, że zarówno obok w zagrodzie, jak i gdzieś w okolicy na wolności znajdują się krokodyle, podnosiła mi za każdym razem poziom adrenaliny we krwi. Dlatego czym prędzej kończyłam toaletę, chociaż wokół mnie spokojnie toczyło się codzienne życie: żona Cyrila myła naczynia, córka łowiła ryby…

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL Gdy rzeka Sepik zalewa okoliczne wioski, ryby łowi się między domami

 

Egzotyczna Wielkanoc

Najważniejszym dla mnie przeżyciem stał się pobyt na rajskiej wyspie Mushu, gdzie spędziłam swoją pierwszą Wielkanoc za granicą. Przed wyjazdem do Papui-Nowej Gwinei nigdy nie słyszałam o istnieniu tego miejsca. Na szczęście portal internetowy couchsurfing.org pomaga kontaktować się turystom z tubylcami. Poznana w Goroce sympatyczna Priscilla zaprosiła mnie do wioski swojej rodziny. W tym kraju działa wantok system (od angielskiego one talk), który polega na tym, że ludzie związani ze sobą pokrewieństwem są zobowiązani pomagać sobie nawzajem. Dalekie kuzynostwo czy wujostwo w każdej chwili może zapukać do drzwi i poprosić np. o przenocowanie. Priscilla wiedziała, że dla mnie jedynym sposobem zaobserwowania miejscowych zwyczajów będzie kilkudniowy pobyt w papuaskim domu. Okazało się, że jej rodzina przyjęła mnie jak swoją i zaczęła nazywać mindua wale tagua, co w lokalnym języku mushu oznaczało „biała kobieta wyspy Mushu”.

W gościnie u krewnych mojej znajomej mogłam dokładnie przyjrzeć się życiu tutejszej ludności. Brak elektryczności czy bieżącej wody nie był dla mnie zaskoczeniem. Zdziwił mnie natomiast fakt, że nikt w wiosce, liczącej ok. 800 osób, nie używa pieniędzy. Na całej wyspie nie założono ani jednego sklepu, bowiem jej mieszkańcy wszystko, czego potrzebują, mają w zasięgu ręki: ryby łowią w morzu, owoce i warzywa oraz drewno na budowę domów przynoszą z dżungli. Jedyny targ odbywa się raz w miesiącu i obowiązuje wtedy głównie handel wymienny. Niezmiernie silne są tu więzi rodzinne. Nastolatki opiekują się swoim młodszym rodzeństwem, a ono zajmuje się jeszcze mniejszymi dziećmi. Te maluchy właśnie codziennie wchodziły do mojej chaty i przyglądały się wielkimi od zdumienia oczami, jak mindua wale tagua śpi, budzi się i w co się dziś ubierze.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLWielodzietna rodzina z wyspy Mushu

 

Już w pierwszy dzień pobytu na Mushu dowiedziałam się, że na sąsiedniej wyspie mieszka ksiądz Paweł ze Słupska. Polscy ojcowie pallotyni działają w Papui-Nowej Gwinei od ponad 20 lat, a Polska jest mieszkańcom kraju dość znana i dzięki ich pomocy bardzo ceniona. Pierwszy raz na Niedzielę Palmową przyniosłam ze sobą najprawdziwszy liść palmy. Procesji towarzyszyły śpiewy i szepty Papuasów. W kościółku, czyli szałasie bez ścian, przy malutkim ołtarzyku ksiądz Paweł, wysoki blondyn w białej sutannie, odprawiał mszę dla wiernych ubranych w tradycyjne stroje z liści palmowych. Na wyspie nie hoduje się kur, więc aby zrobić niespodziankę moim gospodarzom, kupiłam kilkanaście jajek poza Mushu. Jakże zdziwieni byli, gdy polskim zwyczajem chciałam podzielić się nimi w Wielkanoc.

 

„No worries sista”

Poruszanie się po Papui-Nowej Gwinei stanowi wielkie wyzwanie. Operują tu na trasach wewnętrznych jedynie trzy linie lotnicze. Najpopularniejszą z nich, lecz – niestety – dość drogą, jest Air Niugini. Istnieją także Airlines PNG i od niedawna Travel Air PNG. Przelot samolotem Virgin Australia Airlines z Brisbane do Port Moresby kosztował mnie tyle samo, co podróż Air Niugini ze stolicy Papui-Nowej Gwinei do miasta Goroka.

Opóźnienia na lotniskach zdarzają się często, ale tutaj nikt czasu nie liczy. Lot z Wewak do Vanimo (tuż przy granicy z Indonezją) trwał zaledwie godzinę, ale na pokład nie spakowano ani jednego bagażu głównego. Na moje pytanie, co się stało, otrzymałam spokojną odpowiedź pracownika linii lotniczych: no worries sista, too many holes on the runway, too many people („nie przejmuj się, siostro, za dużo dziur, za dużo ludzi”). Otóż pas startowy wypełniały dziury, a pasażerów zebrało się tak dużo, że jedynym wyjściem okazało się pozostawienie dodatkowego balastu. Ta trasa nie jest zbyt popularna i na kolejny lot z moim plecakiem czekałam 5 dni w przygranicznym miasteczku tylko z aparatem fotograficznym i dokumentami. Po raz kolejny uratował mnie wtedy wantok system. Przygarnęła mnie ciotka sąsiada Davida z wyspy Mushu.

Poza samolotami po kraju można poruszać się busami międzymiastowymi i statkami transportowymi. Gdy płynęłam z Madang do Wewak, do celu dotarliśmy 24 godz. później niż mieliśmy w planach. Kapitan tłumaczył się zablokowaną kotwicą, brakiem ciężaru na statku i silnymi falami, a zresztą no worries sista

Podróż po Papui-Nowej Gwinei wspominam jako jedną z najbardziej autentycznych w moim życiu. Spotkania z miejscowymi były zawsze miłe, a to dla nich tam pojechałam. Sztuką jest wierzyć w ludzi podczas swoich wędrówek i pamiętać, że za jeden uśmiech dostajemy 10 następnych. Papuasi przypomnieli mi też o wartości i sile rodziny, o którą trzeba dbać zawsze bardziej niż o samego siebie.


 

Artykuły wybrane losowo

Przepis na karaibski koktajl

MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Więcej…

Z CZYM KOJARZY SIĘ ARCHIPELAG ZANZIBAR…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

To pytanie postawiliśmy trzem wybranym ekspertkom, znającym doskonale ten idylliczny archipelag na Oceanie Indyjskim, nazywany Wyspami Przypraw (Spice Islands), leżący u wybrzeży Afryki Wschodniej i należący do Tanzanii. Co istotne, tworzy go nie tylko popularna w Polsce wyspa Unguja, zwana potocznie Zanzibarem, ale także m.in. zielona, koralowa Pemba, malutka Changuu (Prison Island) z kolonią żółwi olbrzymich przywiezionych na nią w 1919 r. z Seszeli, ekskluzywna i niezmiernie czarująca Mnemba, prywatna Chumbe z otaczającymi ją spektakularnymi rafami czy wreszcie znajdująca się na jego południowym krańcu przepiękna Mafia, będąca prawdziwym rajem dla nurków, wędkarzy, miłośników dziewiczej natury i błogiego relaksu w ciszy i spokoju.    

Więcej…

Cuba libre

 

JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl

 

Muzycy w słynnym lokalu „Casa de la Trova” w mieście Santiago de Cuba

casa de la trova dancers santiago

© CUBAN TOURIST BOARD

 

Kuba to z wielu względów miejsce wyjątkowe na mapie świata. Elementem charakterystycznym są tutaj liczne stare amerykańskie samochody wtopione w kubański miejski krajobraz. Gdy wyszedłem z lotniska i rozejrzałem się wokół, nie miałem wątpliwości, gdzie jestem.

 

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, przedstawiało ciemnoskórą dziewczynę wysiadającą z pięknego, choć mocno wiekowego i nieco rozpadającego się, niebieskiego amerykańskiego krążownika szos o wielkich skrzydłach z tylnymi lampami. Była to klasyczna kubańska taksówka, jakich spotkałem później dziesiątki, a od których nigdy nie mogłem oderwać wzroku. Są kolorowe i ogromne, zabierają tyle osób, ile zmieści się w ich wnętrzu. Jeśli załapiemy się na przejazd z miejscowymi, zapłacimy 1 peso kubańskie wymienialne (CUC), czyli prawie 1 euro, i przepłacimy jedynie 100 proc. ceny. Jeśli pojedziemy jako turyści, ta sama trasa będzie nas kosztować od 10 do 20 peso (CUC) w zależności od naszych umiejętności targowania się. Poza tym po ulicach kursują też zabytkowe kabriolety. One również mogą służyć jako taksówki, ale w tym przypadku cena zaczyna się od 35 peso (CUC), gdyż używa się ich głównie do zwiedzania stołecznej Hawany. Oczywiście, można i należy się targować, jednak często popyt przewyższa podaż.

 

Podziwianie stolicy z siedzenia starego amerykańskiego samochodu ma znaczącą przewagę nad wycieczką otwartym autobusem turystycznym, ponieważ mimo swoich rozmiarów wciśnie się on w niemal każdy zaułek, a jego kierowca pokaże nam, co tylko zechcemy, i nierzadko sam podpowie, co warto zobaczyć. Utrzymanie takich aut jest kosztowne. Części zapasowe sprowadzane są z USA, gdzie ich wyszukiwaniem i skupywaniem zajmują się wyspecjalizowane grupy Kubańczyków mieszkających głównie w Miami. Często oryginalne silniki wymienia się na mniejsze, bardziej ekonomiczne, żeby na jednym litrze paliwa zrobić nie trzy kilometry, a przynajmniej sześć. Gdy pytałem o cenę dobrze utrzymanego samochodu, w odpowiedzi otrzymywałem kwoty powyżej 30 tys. peso (CUC). Aby pokonać małe odległości w Hawanie, warto wziąć rikszę lub po prostu wybrać się na spacer.

 

MUZYCZNA WYSPA

 

Dokonywanie płatności na Kubie wydaje się dosyć skomplikowane. Oprócz peso kubańskiego wymienialnego (CUC), podstawowego środka płatniczego, używanego szczególnie przez turystów, w obiegu pozostaje też peso kubańskie (CUP), w którym wypłatę otrzymują Kubańczycy. Ta druga waluta ma ok. 25 razy mniejszą wartość niż pierwsza. Obcokrajowcy także mogą w niej płacić za towar lub usługi, ale trudno znaleźć kantor, który wymienia euro (dużo lepszy kurs niż za dolary amerykańskie) na peso kubańskie (CUP), a ja nie spotkałem miejsca, gdzie mógłbym się nimi posłużyć. Bankomaty, jeśli w ogóle udaje się je znaleźć, nie zawsze akceptują europejskie karty płatnicze. W niewielu punktach dokonamy również płatności kartą, warto więc zabrać ze sobą wystarczającą ilość gotówki.

 

Na Kubie, oprócz zabytkowych samochodów i uśmiechniętych mieszkańców pozdrawiających mnie przyjaznym Hola! („Cześć!”), powitała mnie też muzyka. Rozbrzmiewa ona właściwie wszędzie: w hotelu, restauracji, kafejce, sali koncertowej, sklepie czy na ulicy. Jest tak różna, jak skomplikowana jest historia kraju i jej wpływ na kulturę wyspy. Oczywiście, dominuje w niej ten charakterystyczny rys, jaki znamy choćby ze ścieżki dźwiękowej kultowego już filmu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r., który spopularyzował muzykę kubańską na świecie. Genialną i zarazem moją ulubioną piosenkę Chan Chan skomponowaną przez Compaya Segundo (1907–2003) słyszałem tutaj w wielu niezwykłych wersjach. Bardzo wysoki poziom prezentują koncerty muzyki klasycznej. Dobrze wykształceni Kubańczycy (szkolnictwo jest bezpłatne) otrzymują w swoim kraju znakomite przygotowanie do rozpoczęcia kariery na światowych scenach. Miałem przyjemność uczestniczyć w świetnym koncercie w dawnym kościele (dziś sali koncertowej) przy barokowym klasztorze św. Franciszka z Asyżu (Convento de San Francisco de Asís), obecnie pełniącym funkcję Muzeum Sztuki Sakralnej (Museo de Arte Sacro). Wznosi się on przy pięknym placu św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), otoczonym zabytkową zabudową i otwartym na Terminal Sierra Maestra (przystań statków wycieczkowych) i Zatokę Hawańską (Bahía de La Habana). Licząca 42 m wieża świątyni to najwyższa konstrukcja z epoki kolonialnej na terenie Starej Hawany (La Habana Vieja). Plac zdobi Fontanna Lwów (Fuente de los Leones) wykonana z białego marmuru.

 

W wielu miejscach w stolicy usłyszymy także musicale czy muzykę popularną. Jednym z najpiękniejszych budynków, w którym będzie nam dane cieszyć się tego rodzaju utworami, jest Teatr Wielki (Gran Teatro de La Habana), usytuowany w sąsiedztwie charakterystycznego monumentalnego Kapitolu (Capitolio Nacional de Cuba), wzorowanego na Panteonie w Paryżu, Bazylice św. Piotra w Watykanie i siedzibie Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Po spektaklu bez trudu znajdziemy magiczną kolorową taksówkę, stoi ich tu zawsze pełno. A jeśli zapragniemy napić się kawy, możemy wstąpić do „Gran Café El Louvre”, utrzymanej w kolonialnym stylu kawiarni przy pobliskim klimatycznym Hotelu Inglaterra. W poszukiwaniu różnych odmian kubańskiej muzyki warto odwiedzić też jeden z kabaretów, jak choćby słynną „Tropicanę” (działającą od 31 grudnia 1939 r.) ze sceną pod gołym niebem, która zaskakuje różnorodnością repertuaru i bogactwem strojów.

 

RUM W ROLI GŁÓWNEJ

 

Z Kubą kojarzy się jeszcze – oczywiście – rum, prawdziwa duma tego kraju. Produkowany jest w wielu destylarniach i występuje w różnych odmianach. Sam smakuje znakomicie, ale stał się również podstawą licznych wyśmienitych koktajli. Barmani wciąż prześcigają się w pomysłach i wymyślają nowe drinki, aby zaskoczyć gości. Niemniej największą popularnością wśród koneserów dobrych trunków cieszą się te najbardziej klasyczne, uwielbiane przez znane postaci, które gościły na wyspie. Niektóre z tutejszych klimatycznych knajpek słyną właśnie ze swoich sławnych klientów. W barze i restauracji „Floridita” kolejka chętnych wydaje się nie kończyć. Nikogo to jednak nie zraża, przecież tutaj bywał amerykański pisarz i dziennikarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jeśli nie lubimy tłumów, to jego ulubiony koktajl na bazie białego rumu, czyli daiquiri, możemy wypić także w „El Presidente”. Dodatkową atrakcją tego lokalu znajdującego się na wysokim piętrze starej kamienicy jest znakomity widok na Malecón, kilkukilometrową promenadę położoną wzdłuż wybrzeża, o które rozbijają się fale Zatoki Meksykańskiej.

 

Jednym z najlepszych drinków z rumem, jakie miałem przyjemność zdegustować, był habana especial sporządzony w Hotelu Habana Riviera. Jego wielki gmach zbudował w latach 50. XX w. w dzielnicy Vedado, nowej części kubańskiej stolicy wzorowanej na otwartych przestrzeniach Miami, znany amerykański gangster polsko-żydowskiego pochodzenia Meyer Lansky (Meier Suchowlański). Wnętrza zachowały oryginalny wystrój z epoki, dotyczy to zwłaszcza efektownej restauracji czy przylegającego do niej baru. Naprawdę trudno oprzeć się zaproszeniu miejscowego barmana, który raczy gości opowieściami z czasów świetności hotelu i ilustruje je oryginalnymi zdjęciami zapisanymi w pamięci swojego telefonu komórkowego.

 

W Hawanie każdy koktajl to osobna historia. Pewnego razu trafiłem na jedną z wielu tak pięknych, jak zaniedbanych uliczek Starej Hawany, która tętniła swoim południowym rytmem. Życie toczyło się na niej wszędzie, w oknach, na skrzyżowaniach, w małych knajpach. Koło jednej z tych ostatnich, „El Ángel de Tejadillo”, zaczepił mnie z uśmiechem ciemnoskóry mieszkaniec tego kwartału miasta. Zachęcił go mój beret z wizerunkiem symbolu rewolucji – Ernesta „Che” Guevary (1928–1967). Zaprowadził mnie do znajdującego się gdzieś zupełnie na uboczu dosyć prostego wnętrza ze stolikiem z maszyną do pisania i sfatygowanym krzesłem. Na ścianie wisiały zdjęcia „Che” Guevary, zapisana kartka i pokaźnych rozmiarów dzwon. Podobno właśnie w tym miejscu zasiadał i pisał swoje teksty. Dźwięk dzwonu oznajmiał wszystkim jego przybycie, miał prowokować agentów CIA, którzy chcieli go zabić. Ku czci Ernesta „Che” Guevary serwuje się tu, podobno jedyne w Hawanie, drinki w kolorach flagi Kuby: niebieskim, białym i czerwonym.

 

Wyśmienitych koktajli alkoholowych z rumem skosztować można wszędzie – zarówno w najzwyklejszej knajpce na rogu lub zapuszczonym sklepiku, jak i w najlepszym hotelu w mieście czy na luksusowym katamaranie, z którego będziemy podziwiać kubańską stolicę od strony morza. Do klasycznych pozycji w menu należą mojito, piña colada, cubata, ron collins, wspomniane daiquiri bądź habana especial. Na początku tej listy znajduje się połączenie rumu i napoju tuKola, czyli cuba libre, a w tłumaczeniu na polski „wolna Kuba”.

 

RÓŻNE TWARZE STOLICY

 

Hawana to swoista mozaika. Jest tak różnorodna i zaskakująca, że nigdy nie starcza dnia, aby zrealizować założony plan zwiedzania. Zawsze znajdziemy uliczkę, która skusi nas kolorami swoich kamienic, muzyką dobiegającą zza rogu, kawiarenką wabiącą zapachem kawy. Oprócz tego w rejonie La Habana Vieja, wpisanym w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, i jego bezpośrednim sąsiedztwie wznoszą się monumentalne budowle świadczące o tym, jak ważną rolę odgrywało to miasto na przestrzeni wieków. Są ich dziesiątki. Na pewno należy wspomnieć barokową Katedrę w Hawanie (Catedral de La Habana), dawny Pałac Prezydencki (dziś siedzibę Muzeum Rewolucji – Museo de la Revolución), niegdysiejszą ufortyfikowaną rezydencję hiszpańskich gubernatorów Kuby Castillo de la Real Fuerza i Pałac Kapitanów Generalnych (Palacio de los Capitanes Generales). Poza tym zachowało się tu wiele zabytkowych kościołów i klasztorów.

 

Na nabrzeżu, tuż obok Terminalu Sierra Maestra, gdzie podczas mojego pobytu na Kubie, w dniu 2 maja 2016 r., do Hawany przybył po raz pierwszy od czasów wprowadzenia embarga przez USA ogromny turystyczny statek pasażerski MV Adonia (należący do amerykańskiej linii Fathom), znajduje się hala targowa. Obok stoisk z typowymi towarami działa w niej największa galeria malarstwa, jaką w życiu widziałem. Pod rozległym dachem artyści i zwykli sprzedawcy oferują przeróżne obrazy. Kolorowe płótna, umieszczone nad sobą na wielkich stojakach, tworzą prawdziwy labirynt. Niedaleko stąd w swoje progi zaprasza gości niewielki browar o długiej, dźwięcznej nazwie „Cervecería Antiguo Almacén de la Madera y el Tabaco”, gdzie oprócz spróbowania kilku rodzajów piwa możemy zjeść pyszny posiłek i posłuchać zespołu grającego gorące kubańskie przeboje. Za 10 peso kubańskich wymienialnych kupimy płytę CD z muzyką w jego wykonaniu.

 

Przy tej samej alei (Avenida del Puerto) mieści się Muzeum Rumu Havana Club – Museo del Ron Havana Club. W kilkupiętrowej kamienicy zebrano wiele eksponatów związanych z wytwarzaniem tego trunku, udostępniono multimedialne wystawy przybliżające jego historię i otwarto dobrze zaopatrzony sklep. Niemal naprzeciwko znajduje się spory mural z kolorową podobizną Ernesta „Che” Guevary, idealne miejsce do zrobienia sobie zdjęcia ze słynnym latynoamerykańskim rewolucjonistą. Scenerię Starej Hawany wykorzystali twórcy serialu House of Lies (Kłamstwa na sprzedaż) emitowanego przez stację telewizyjną Showtime. Jest to pierwsza realizacja amerykańskiego scenariusza w tym kraju od momentu przywrócenia stosunków między USA i Kubą. Ekipę filmową i jej wielkie ciężarówki spotkałem koło Kościoła św. Anioła Stróża (Iglesia del Santo Ángel Custodio). Kręceniu scen piątego sezonu przyglądali się z ogromnym zainteresowaniem liczni Kubańczycy. Wielu z nich miało wpięte w klapy marynarki czy koszule znaczki symbolizujące przyjaźń kubańsko-amerykańską.

 

Bogato zdobiona barokowa fasada XVIII-wiecznej Katedry w Hawanie

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

HAWANA W NOWYCH CZASACH

 

Miejscem, które nie sposób ominąć w Hawanie, jest plac Rewolucji (Plaza de la Revolución). Jego centralny punkt stanowi olbrzymi Pomnik José Martíego (Monumento a José Martí), kubańskiego bohatera narodowego, przywódcy ruchu niepodległościowego w XIX w., a zarazem poety i pisarza. Otaczają go równie monumentalne budynki rządowe. Nie byłyby może warte wspomnienia, gdyby nie znajdował się wśród nich bodaj najczęściej fotografowany przez turystów gmach na Kubie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tę szczególną popularność zawdzięcza on ogromnych rozmiarów metaloplastyce przedstawiającej Ernesta „Che” Guevarę. Plaza de la Revolución dobitnie przypomina nam, że kubańska rewolucja ciągle trwa. Inny jest jedynie jej charakter. Wydaje się, że bardziej przystający do naszych czasów.

 

Po drugiej stronie wejścia do Zatoki Hawańskiej i portu znajdują się dwie hiszpańskie fortece – Castillo del Morro (z XVI–XVII w.) i Fortaleza de San Carlos de la Cabaña (z XVIII stulecia). Od strony Starej Hawany dostać się do nich można wyłącznie tunelem drogowym biegnącym pod kanałem. Warto zapuścić się w zakamarki Zamku Morro, poczuć i usłyszeć huk fal uderzających o skały, na których stoi ta potężna budowla z latarnią morską. Z jej murów roztacza się wspaniały widok na całą zatokę i kubańską stolicę. W pobliżu działa restauracja „Los Doce Apóstoles”. Druga twierdza zbudowana została nieco powyżej, na niewielkim wzniesieniu. W dniach 3–7 maja 2016 r. gościła międzynarodowe targi turystyczne pod nazwą FITCuba, coroczne wydarzenie skupiające wystawców z wielu krajów, w tym organizacje turystyczne, linie lotnicze, sieci hotelowe, biura podróży czy usługodawców z różnych dziedzin turystyki Kuby. Była to już 36. edycja tej zakrojonej na szeroką skalę imprezy. Jak zazwyczaj w targach udział wzięli przedstawiciele władz i liczni zwiedzający. Mnie zaskoczyły dwie rzeczy: silna reprezentacja Kanady i fakt, że Kanadyjczycy stanowią największy procent turystów odwiedzających Kubę.

 

KRÓLESTWO CYGAR

 

Hawana przyciąga z wielką siłą, ale na wyspie jest wiele atrakcyjnych miejsc. Jedziemy na zachodni kraniec Kuby – do prowincji Pinar del Río. W Las Barrigonas zatrzymują nas przedziwne baniaste palmy, pod którymi rozciągają się plantacje trzciny cukrowej i tytoniu. Liście tytoniu zbiera się w lutym i marcu. Podczas mojego pobytu w maju suszyły się już w naturalnych warunkach. Zanim się je roluje, podlegają procesowi fermentacji trwającemu ok. 45 dni. Dopiero dzięki temu nabywają idealnych właściwości. W ten sposób powstają znane na całym świecie kubańskie cygara. W nieodległym sklepiku można kupić gotowe wyroby mające rozmaitą jakość i sprzedawane pod różnymi markami. Ich ceny są – oczywiście – również bardzo zróżnicowane.

 

Kolejny przystanek to park linowy w malowniczym rejonie Valle de Viñales, także słynącym z upraw tytoniu i wpisanym w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO z uwagi na niezwykły krajobraz. Rozrzucone pojedynczo po dolinie olbrzymie formacje wapienne (mogoty) przybierają niesamowite formy. Między nimi leżą małe wioski i plantacje. Na jednym z takich pagórów rozpoczynamy zjazd na linach. Do pokonania jest kilka odcinków o różnej skali trudności i rozwijanej prędkości. Kaski, w które nas wyposażono, nie odgrywają więc roli jedynie kolorowego dodatku do stroju. Widoki rozpościerające się z tej wysokości są fantastyczne! W jednej z urokliwych dolinek (Valle de Dos Hermanas), pod wielką skałą z ogromnym malowidłem z lat 60. XX w. (miejscowi nazywają je Muralem Prehistorycznym – Mural de la Prehistoria) znajduje się restauracja. Zamawiamy kubańskie specjały, czyli zupę ajiaco i danie ropa vieja („stare ubranie”) – rozdrobnioną wołowinę podawaną z ryżem i warzywami. Raczymy się też pysznymi drinkami, a posiłek umila nam muzyka na żywo. Zespół gra nawet moją ulubioną piosenkę Chan Chan.

 

Mural Prehistoryczny przedstawia etapy ewolucji ludzi i zwierząt

45

© JERZY PAWLETA/JERZYPAWLETA.PL

 

KARAIBSKIE WAKACJE

 

Nie wolno jednak zapomnieć, że Kuba to przecież Karaiby – wspaniałe białe plaże, turkusowa woda, rozłożyste palmy i wszystko to, co kojarzy się z wakacjami. W takie miejsce chce się uciec choćby na chwilę. Warto pojechać do położonego ok. 130 km na wschód od Hawany Varadero, kurortu spełniającego marzenia o wakacyjnym raju. Przed turystycznym kompleksem handlowo-restauracyjnym Plaza América, będącym również centrum kongresowym i wychodzącym wprost na białą plażę, witają nas pracownicy baru i restauracji „The Beatles”. Na placu muzycy grają rockandrollowe przeboje. Nie jest to rzecz zwyczajna na Kubie – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones była przez lata zakazana przez władze. Dzięki polepszeniu się stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi do Hawany zawitali w marcu 2016 r. z darmowym koncertem właśnie sami Rolling Stonesi. Występ wieńczył ich latynoamerykańską trasę. Muzykom klubu „The Beatles” towarzyszą kubańscy harleyowcy w czarnych skórzanych ubraniach z wyszytym napisem Latino Americanos Motociclistas Asoc. Cárdenas Cuba. Przy plaży króluje salsa, a na piasku rozłożyli swój sprzęt kitesurferzy. Aż chce się żyć!

 

Jesteśmy gośćmi Meliá Hotels & Resorts, hiszpańskiej sieci eleganckich, komfortowych hoteli. Meliá Marina Varadero – 5-gwiazdkowy obiekt, w którym zostaliśmy zakwaterowani – znajduje się nad brzegiem morza, więc czym prędzej zanurzamy się w ciepłych, aksamitnych wodach. Na lunch warto wybrać się katamaranem na jedną z pobliskich wysepek, a po drodze odwiedzić delfinarium. Obserwowanie tych sympatycznych ssaków to niezwykła przyjemność. Jeszcze więcej radości sprawia zabawa z nimi. Turyści zapraszani są do ogromnych basenów skonstruowanych na środku morza i mogą głaskać ocierające się o nich delfiny, bawić się z nimi czy nawet próbować je podnieść! Nieco dalej czeka na przybyszów karaibski raj. Małą, porośniętą wysmukłymi palmami wysepkę okala biała plaża i turkusowa woda. Na granicy piaszczystego brzegu i palmowego gaju znajduje się niewielka restauracja. Tutaj możemy się oddać wakacyjnym przyjemnościom – popływać, ponurkować, pograć na plaży, poopalać się czy wreszcie zjeść świeże ryby i owoce morza przyrządzone po karaibsku. Barmani serwują wina, zimne lokalne piwo Cristal i słynne kubańskie drinki. Wracamy do domu? Nunca! („Nigdy!”) – jak zakrzyknęliby radośnie Kubańczycy.

 

Rejs katamaranem u wybrzeży Varadero

66 Catamaran 12x7 F1

© CUBAN TOURIST BOARD