ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

<< „A tavola ’un s’invecchia”, czyli „Przy stole się nie starzeje” – przekonuje w lokalnym dialekcie regionalne przysłowie. Właśnie od posiłku z kieliszkiem wina warto zacząć podróż po Toskanii. Niekoniecznie trzeba ruszać tropem zdyszanych grup, w tempie „presto” zaliczających w letnim skwarze popularne zabytki: Krzywą Wieżę w Pizie, Piazza del Campo w Sienie słynącej z wyścigu konnego, Palio, czy Katedrę Matki Boskiej Kwietnej z kopułą Filippa Brunelleschiego i tzw. Most Złotników, Ponte Vecchio, we Florencji. Jest tu wiele innych miejsc do zobaczenia. >> 

 

Delektowanie się słynnym dolce vita w Toskanii

© SOLSTOCK/E+/GETTYIMAGES

 

Toskania to jeden z największych włoskich regionów (ma niemal 23 tys. km² powierzchni i ponad 3,7 mln mieszkańców). Leży w górnej części Półwyspu Apenińskiego i rozciąga się wzdłuż wybrzeży Morza Tyrreńskiego i Liguryjskiego. Na mapie przypomina nieco ludzką twarz zwróconą w stronę Wysp Toskańskich (również należących do tej historycznej krainy Italii) i francuskiej Korsyki.

 

Wbrew pozorom ten słynny obszar Włoch, tak popularny wśród turystów, wciąż potrafi zaskakiwać. W Toskanii romansująca z Napoleonem Bonapartem Maria Walewska ma twarz Grety Garbo, prawdziwi kowboje przemierzają niziny na swoich koniach, wzgórza oddychają parą, a rodzina Agnellich, kojarzona nie bez powodu z koncernem Fiat, zażywa odpoczynku na piaszczystej plaży. O wszystkim tym, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, dowiecie się, czytając bez pośpiechu ten artykuł. Avanti!

 

OAZY DLA BOGATYCH

Na tutejszym wybrzeżu można nie tylko plażować. W okolicy wiele się dzieje i dużo jest do odkrycia. Wyginam śmiało ciało do słońca na hotelowej plaży w Forte dei Marmi, ciągnącej się jak okiem sięgnąć, należącej do najlepszych w regionie. Nieco denerwują mnie stabilimenti balneari, kompleksy kąpielowe z betonu, szatkujące kilometry piaszczystych przestrzeni. Z drugiej strony mam pod ręką wygodne przebieralnie, prysznice i bar z espresso, gelato, a nawet talerzem świeżych frutti di mare. To jednak dobry, ułatwiający bezpieczne leniuchowanie wynalazek, choć i do tych oaz dla zamożniejszej klienteli docierają bardziej obrotni przybysze z Afryki z podróbkami toreb od Gucciego czy Prady. Bella borsa per bella donna – mówi smagły młodzieniec o modelowo wyrzeźbionym ciele i zagląda mi w oczy z nadzieją, że skuszę się na komplement o pięknej kobiecie. Już nauczył się bajerować od Włochów, spryciarz! 

Rozległa plaża w modnym kurorcie Fortedei Marmi

© ZARCHIWUMMARIIBANDONI,WWW.VILLACOSTA-TOSKANIA.PL

DZIEDZICE FORTUNY

Na tej samej plaży z majaczącymi w tle dwutysięcznikami Alp Apuańskich (na czele z Monte Pisanino – 1946 m n.p.m.), których wierzchołki często nawet latem pokrywa śnieg, kopał dołki przed laty Gianni (Giovanni) Agnelli, wnuk założyciela firmy Fiat, a potem główny akcjonariusz motoryzacyjnego giganta. W Forte dei Marmi każde lato w Villi Costanza spędzali rodzice chłopca, Edoardo i Virginia. Gdy ojciec zginął w lipcu 1935 r. w katastrofie prywatnego samolotu, matka wdała się w romans z Curziem Malapartem, pisarzem i dziennikarzem, który od fascynacji faszyzmem ewoluował do zainteresowania maoizmem. Ponoć z powodu bolesnych wspomnień Gianni Agnelli sprzedał willę, czym zerwał na pół wieku rodzinne powiązania z Forte dei Marmi. W 2018 r. Andrea Agnelli, 42-letni wówczas prezes Juventusu i syn brata Gianniego, Umberta, nabył tutaj jednak inną posiadłość, położoną przy centralnej, luksusowej via Agnelli. To oznacza, że do Forte dei Marmi, gdzie od zawsze za wysokimi murami mieszkała włoska socjeta i wszystko musiało być chic, ściągać będzie jeszcze więcej gwiazd. Dlatego zapewne minionego lata objęto ściślejszą ochroną (patrolami z psami) nawet niestrzeżoną plażę Le Dune, gdzie zresztą zachował się jakiś bunkier. 

 

LENNON Z PAPIER MÂCHÉ

Mniej więcej 10 km na północny zachód od wspomnianej Spiaggia Le Dune del Forte rozciąga się niemal równie piękna plaża Marina di Massa, też z Alpami Apuańskimi w tle. W kamieniołomach Massy i sąsiedniej Carrary wydobywa się od czasów etruskich biały marmur wykorzystywany jako materiał do wielu rzeźb i zdobiący największe zabytki nie tylko Toskanii i całych Włoch. 

 

W odległości ok. 20 km na południowy wschód od Forte dei Marmi leży znane kąpielisko w Viareggio. Na jego szeroką, piaszczystą plażę miejscowi i turyści ściągają również w czasie karnawału, gdy głównym nadmorskim deptakiem suną platformy na kołach z gigantycznymi, groteskowymi figurami z papier mâché. Oprócz zawsze obśmiewanych polityków w kółko zmieniającego się włoskiego rządu nie brakuje znanych na świecie postaci: jest John Lennon, Donald Trump, papież czy bohaterowie bajek. Uwielbiam ludyczny charakter tego wydarzenia i ogłuszającą kakofonię dźwięków. Z każdego głośnika słychać inną muzykę, ale zawsze mam ochotę do pląsów pośrodku chodnika z tłumem nieznanych mi osób, bo tylko w Italii czuję ten luz, tumiwisizm określany terminem ukutym przez Gabriela D’Annunzia: menefreghismo. 

 

DZIEWICZA MAREMMA

W lipcu lubię zjeżdżać do miasteczka ze słowem połów w nazwie – Castiglione della Pescaia – na Święto Ryb, Kalmarów i Ośmiornic (Sagra dei Pesci, Calamari e Polpo). Prosto z morza trafiają one na grille ulicznych stoisk. Przed zachodem słońca ustawiam się przy wbijającym się w ląd kanale, którym pełne kutry wpływają do portu. Ta słynąca z najpiękniejszych plaż w regionie tzw. toskańska Szwajcaria nadal ma w sobie coś z sennej atmosfery rybackiej miejscowości. 

 

Jestem już na południowym wybrzeżu Toskanii, w graniczącej z Lacjum Maremmie. Rowerem leśnym szlakiem wjeżdżam na teren parku (Parco Regionale della Maremma). Mijam butteri, tutejszych kowbojów na koniach, i docieram na dziewiczą plażę o niemal białym piasku, drobnym i delikatnym jak mąka. Żadnych stabilimenti balneari ani tłumów, tylko cisza i pusta przestrzeń granicząca z lazurem morza. Nade mną, na pokrytych zielenią skałach znajdują się ruiny jednej z kamiennych wież, które strzegły mieszkańców wybrzeża przed piratami i Turkami. Czyżbym była w raju…? 

 

ELBA I DUCH CESARZA

Elba kojarzy się oczywiście z Napoleonem Bonapartem – odpowiada na moje pytanie jeden ze znajomych, z którymi wypoczywam we Włoszech. Ale czy rzeczywiście wszystko na tej jednej z Wysp Toskańskich kręci się wokół cesarza Francuzów?

 

Po wejściu na pokład w porcie w toskańskim Piombino w mniej więcej godzinę docieramy na miejsce. Podróż promem w słoneczny dzień jest bajkowa – statek sunie po Morzu Tyrreńskim niczym po gładkiej autostradzie, a po drodze mijają nas jednostki czterech obsługujących tę trasę przewoźników (BluNavy, Moby Lines, Corsica Ferries – Sardinia Ferries i Toremar). To pokazuje, jak dużą popularnością Elba cieszy się wśród turystów. Z burty naszego promu uśmiechają się kolorowe postacie z bajek, wzbudzające emocje u dzieci, które szaleją na pokładzie, nie bacząc na różnice językowe dzielące ich ze współtowarzyszami rejsu. Popatrz mamo, biało-czerwona, jak polska! – odzywa się kilkuletni smyk z mojej wycieczki. Jego głos przebija się między rykiem syreny cumującego statku a ogólnym harmidrem. Brawo Antku, rzeczywiście Elba ma flagę biało-czerwoną, tyle że czerwony pas przecina białe pole na skos, biegnie od góry ku dołowi, od lewej do prawej, a znajdują się na nim trzy złote pszczoły – mówię i wskazuję na banderę powiewającą na lekkim wietrze na portowych zabudowaniach. 

 

SPRINTEM NA FORTY

Właśnie w miejscu, gdzie opuszczamy statek, w 12-tysięcznym miasteczku Portoferraio 4 maja 1814 r., schodził na ląd Napoleon Bonaparte. Pokonany przez śniegi Rosji, rozgromiony w bitwie narodów pod Lipskiem, musiał zrzec się władzy. Zachował jednak dożywotnio tytuł cesarza, otrzymał roczny dochód 2 mln franków, a na siedzibę wygnania wybrał sobie Elbę (warunki abdykacji potwierdził traktat z Fontainebleau). Szybko stała się ona jego księstwem (Principato dell’Isola d’Elba). Dlatego po przybyciu nakazał, aby w najwyższym punkcie Portoferraio załopotała flaga z trzema złotymi pszczołami, nawiązującymi do symboliki dynastii Merowingów – to za jej czasów państwo Franków było imperium obejmującym ziemie od Renu po Pireneje. Napoleon Bonaparte też śnił o potędze. 

 

Wyruszamy z Piazza della Repubblica. Placem o tej nazwie szczyci się chyba każde włoskie miasteczko na pamiątkę faktu, że Włochy w 1946 r. z monarchii stały się republiką (decyzję podjęto na podstawie wyników głosowania w referendum). Idziemy wzdłuż łuku nabrzeża okolonego pastelowymi domami, na wodzie kołyszą się luksusowe jachty i katamarany. Nie widać kryzysu drążącego Italię. Wysoko przed nami, na skalistym cyplu pysznią się Twierdze Medyceuszy (Fortezze Medicee) – Forte Falcone i Forte Stella – jednych z licznych władców wyspy, która przez wieki przechodziła z rąk do rąk. Podobno pierwsi wylądowali na Elbie Argonauci, a pamiątką po mitologicznych uczestnikach wyprawy po złote runo są ślady ich potu w formie czarnych plam na białych kamieniach zdobiących jedną z najpiękniejszych tutejszych plaż – Ghiaie w Portoferraio.

 

Lokalna legenda mówi, że Napoleon Bonaparte pospieszył do Forte Stella od razu po przycumowaniu, aby zrabować cenne popiersie wielkiego księcia Toskanii Kosmy I Medyceusza (Cosima I de’ Medici) wykonane z brązu przez rzeźbiarza Benvenuta Celliniego. Zastanawiam się jednak, czy 44-letni wówczas wódz, sterany trudami wielu kampanii, był w stanie wbiec pod stromą górę w spiekocie dnia. My bardzo stromymi uliczkami pełnymi pokus w postaci barów z aromatyczną kawą, klimatycznych butików rzemieślniczych i sklepików z piwem Napoleon sprzedawanym m.in. w pudełkach w formie jego czarnej czapki, bikornu (dwurogu), z trudem dotarliśmy do celu po chyba 40 minutach cali zlani potem.

 

UKOCHANY WŁADCA

W czasie 10-miesięcznego pobytu na Elbie (od 4 maja 1814 r. do 26 lutego 1815 r.) Bonaparte dał się poznać jako dobry gospodarz. Budował nowe drogi łączące rozsypane po wyspie miasteczka, szpitale, wodociągi, a nawet latryny, dlatego pamięć o nim tu nie przemija – opowiadam. Cesarz Francuzów mieszkał niedaleko fortów. Piaskowa fasada jego dawnego domu wyróżnia się pewną elegancją spośród sąsiadujących z nim budynków. Zbudowana w 1724 r. dla wielkiego księcia Toskanii Jana Gastona Medyceusza (Giana Gastone de’ Medici) Villa dei Mulini (Palazzina dei Mulini) została potem przerobiona na potrzeby Napoleona Bonapartego przez architekta z Livorno, Paola Bargigliego, który powiększył ją o dodatkowe piętro. Pszczoły, gwiazdy, orły cesarskie z festonami w dziobach, litera N opleciona wieńcem laurowym – te wszystkie elementy zdobień charakterystyczne dla stylu empire dostrzegamy podczas zwiedzania sal dawnej rezydencji, dziś pełniącej funkcję muzeum (Museo Nazionale della Villa dei Mulini). Większość wyposażenia, choćby meble z jadalni, uzupełniono w późniejszych czasach, ale zawartość biblioteki i pamiątki, np. kopia obrazu Horace’a Verneta Śmierć księcia Józefa Poniatowskiego czy przedstawienie francuskiego cesarza na biwaku w Polsce, są autentyczne, podobnie jak flaga z pszczołami i proporzec polskich szwoleżerów, których ponad 100-osobowy szwadron ochotników pod dowództwem majora Pawła Jerzmanowskiego (tzw. Szwadron Elby) stacjonował w jednej z Twierdz Medyceuszy, Forte Falcone, czyli Forcie Orła. Stanowił on część 600-osobowej elitarnej Gwardii Cesarskiej Napoleona Bonapartego. Z okien willi i znajdującego się na tyłach niewielkiego ogrodu roztacza się panoramiczny widok na morze wraz z Wyspami Toskańskimi, do których należy Elba. 

 

WIDOK NA KORSYKĘ

Po szybkich zakupach produktów lokalnych (wielosmakowego miodu i kosmetyków marki Acqua dell’Elba) zasiadamy do lunchu w miasteczku. Na drewniany stół osterii wjeżdżają regionalne dania: cacciucco, czyli zupa z kawałków różnych ryb zaprawiona pomidorami, zuppa di granchi favolli na bazie krabów i sburrita z dorsza (sburrita di baccalà). To dawny posiłek górników wydobywających rudę żelaza. Złoża na wschodnim wybrzeżu na przylądku Calamita eksploatowano od VI w. p.n.e. do 1981 r., kiedy to z powodów ekonomicznych Miniera di Calamita została zamknięta – informuje właściciel, stawiając na stół butelkę wyśmienitego wina Elba Bianco DOC, produkowanego w jednej z winnic znajdujących się na szlaku winnym wytyczonym na wyspie.

 

Wynajętym samochodem ruszamy w trasę. Mijamy mieszane lasy z przewagą dębu ostrolistnego (leccio). To drzewo, zielone również zimą, ma opadające co dwa–trzy lata (!) sztywne liście, od dołu szare, o brzegach zakończonych licznymi kłującymi wypustkami. Z nasiona takiego dębu wyhodowałam w domu drzewko rosnące jak szalone. Jest wrzesień i czujemy zapach grzybów – podobno występuje ich tutaj 200 gatunków, są nawet ciemnobrązowe borowiki (porcino nero). Morze miga pomiędzy granitowymi skałami. Wydobywany już w czasach etruskich granit z Elby („granito elbano”) był potem przez Rzymian wykorzystany do budowy rzymskiego Panteonu i Koloseum, a wiele wieków później Pizańczycy zdobili nim Katedrę na Placu Cudów, a Medyceusze – Ogród Boboli we Florencji – tłumaczę. My poczujemy pod stopami największy kawał granitu, jakim jest Monte Capanne (1019 m n.p.m.), skąd Napoleon Bonaparte w pogodne dni nie tylko przyglądał się znanej nam z powieści Aleksandra Dumasa wyspie Montecristo, ale i z nostalgią obserwował górzyste brzegi odległej o ok. 50 km rodzinnej Korsyki – dodaję. A jak się tu wdrapał? – pyta rezolutnie Antek, gdy docieramy na szczyt kolejką linową (Cabinovia del Monte Capanne). Capanne to wyzwanie dla zaprawionych miłośników trekkingu. Aby dostać się na samą górę, trzeba przejść niemal 16 km, co zajmuje mniej więcej 3,5–4 godz. (z Marciany – 408 m n.p.m. – do Pomonte). Dla mnie wyprawa na Monte Capanne też stanowi wyzwanie, bo podróż dwuosobowym, metalowym koszykiem zawieszonym na linie wiele metrów nad skałami jest frajdą, ale dla amatorów mocniejszych wrażeń. 

Udostępnione do zwiedzania z przewodnikiem korytarze kopalni żelaza powstałej na przylądku Calamita

© MINIERADICALAMITA

 

GRETA WALEWSKA

Na dole, w Marcianie, najwyżej położonym miasteczku Elby (375 m n.p.m.), zagłębiamy się w wąskie, wykładane kamieniem uliczki niekiedy wyglądające jeszcze zupełnie jak w średniowieczu, skąpane w powodzi roślin i kwiatów doniczkowych zdobiących nie tylko parapety przed zielonymi, zatrzaśniętymi okiennicami, lecz także chodniki. Docieramy po schodkach do górującej nad otoczeniem fortecy Pizańczyków z XII stulecia (Fortezza Pisana). Stąd oznakowany szlak okolony otoczakami prowadzi do małego sanktuarium (Santuario della Madonna del Monte) na zboczach Monte Capanne, miejsca sekretnego, zaledwie kilkudziesięciogodzinnego spotkania Napoleona Bonapartego z Marią Walewską, w którym miał brać udział nieślubny syn pary, Aleksander. W 1953 r. odwiedziła je Greta Garbo, odtwórczyni roli kochanki cesarza Francuzów w filmie Pani Walewska. Zawitała również do willi w San Martino (ok. 5 km od Portoferraio), którą jego ukochana siostra Paulina kupiła mu na letnią rezydencję. Napoleon Bonaparte nie nacieszył się nią zbyt długo. Zbiegł z wyspy 26 lutego 1815 r. gnany marzeniami o chwale. Niestety jego plany zakończyły się gorzką porażką pod Waterloo.


NIECO DALEJ OD SIENY

Milknie staccato końskich kopyt cwałujących podczas zawodów palio. Zabytkowe palazzi ustępują ścianie mieszanego lasu okalającego wąską, meandrującą, jednopasmową drogę mknącą ku celowi mojej podróży – colline del vapore, parującym wzgórzom.

 

Skosztuj prawdziwej Toskanii – przekonuje moja włoska koleżanka, Lucia, i podaje mi kieliszek wypełniony czerwonym eliksirem. To żadne wino DOC, ale jest całkowicie naturalne, ponieważ tutejsze warunki pozwalają na produkcję dobrej jakości trunku bez ulepszaczy. Uderza mi do głowy, zmieszane z odurzającym zapachem metrowej wysokości lawendy i ziół porastających grzbiet wzniesienia, na którym stoimy. Za nami wznoszą się dwa wiekowe domy z otoczaków kryjące eleganckie, rustykalne wnętrza należącego do Lucii obiektu agroturystycznego. Przed nami rozpościerają się zielone wzgórza z nasadzonymi jak czapeczki średniowiecznymi osadami. Tu, pomiędzy dwoma dolinami, Val di Merce i Val di Cecina, oraz Sieną i Pizą, ziemia dosłownie oddycha, bo kryje w sobie złoża geotermalne – mówi moja koleżanka. 

 

ETRUSKIE FUMAROLE

Nie trzeba jechać na Wezuwiusz czy Solfatarę, aby zobaczyć obłoki pary wydobywające się spomiędzy skał niczym z garnka pod ciśnieniem. Z dobrodziejstw natury korzystali już Etruskowie, którzy wznieśli w Sasso Pisano (na terenie obecnej gminy Castelnuovo di Val di Cecina) imponujące centrum termalne, rozbudowane potem przez Rzymian. W otoczonej stuletnimi, rozłożystymi kasztanami jadalnymi miejscowości w prowincji Piza w rejonie Doliny Ceciny (Val di Cecina) mogę nie tylko podziwiać odkopane przez archeologów pozostałości kompleksu, ale też przetestować na sobie skuteczność tutejszych gorących wód wykorzystywanych od początku do leczenia reumatyzmu. Zaglądam do Sorgenti Il Bagno, nieopodal antycznych Terme del Bagnone. Wody z dwóch z trzech źródeł stosowane są tu w kuracji pitnej i do kąpieli – uchodzą za najgorętsze w całym regionie (osiągają temperaturę 65°C). Według legendy pochodzącą stąd wodą siarkową w 1315 r. wyleczył się z dżumy dziesiątkującej średniowieczną Europę francuski tercjarz franciszkański św. Roch (San Rocco), który dokonał licznych uzdrowień. 

 

Fumarolami naznaczona jest także Dolina Diabła (Valle del Diavolo) z wulkanem Larderello. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Nie wiedziałam również, że jego ostatnia erupcja nastąpiła w latach 80. XIII w. oraz że z tutejszych źródeł przez stulecia pozyskiwano siarkę, kwas siarkowy i dwunastowodny siarczan glinowo-potasowy, czyli ałun, używany nie do tamowania skaleczeń od brzytwy po goleniu (jako tzw. kamyk po goleniu), ale w produkcji bawełny przez biskupów Volterry i Medyceuszy. Tu już w połowie XIX w. ogrzewano domy energią geotermiczną. W lipcu 1904 r. książę Piero Ginori Conti wykorzystał parę do wytworzenia prądu i zapalił pięć żarówek. W 1911 r. ruszyła budowa pierwszej elektrowni o mocy 250 kW i przez kolejne pół wieku okolice Larderello były jedynym miejscem na naszym globie, gdzie działały elektrownie geotermalne. Dziś produkuje się na tym terenie energię o łącznej mocy 800 MW i dostarcza prąd ponad 10 tys. użytkowników. To sprawia, że Włochy mogą uchodzić za ojczyznę energetyki geotermalnej. Dymiące kominy ponad koronami drzew wzbudziły i moje zaskoczenie, gdy po raz pierwszy je zobaczyłam. Co to, elektrownie jądrowe w centrum Toskanii?! – wykrzyknęłam oburzona.

 

MAGIA BIAŁEGO MŁYNA

To nie kryptoreklama, ale o Barilli napisać muszę. Już nie tylko makarony, sosy i pesto, lecz także i ciastka tej istniejącej od 1877 r. firmy możemy kupić w polskich sklepach. Na opakowaniach słodkości marki Mulino Biancowidnieje sielankowy obrazek z młynem, wcale niewymyślonym. Lucia zawozi mnie do miasteczka Chiusdino, do autentycznego mulino bianco, białego młyna, który posłużył za pierwowzór grafiki (występuje też w spocie reklamowym). Okazuje się, że w rzeczywistości nie jest biały, został po prostu przerobiony na potrzeby sprzedaży. Tylko po co? – pytam sama siebie, przyglądając się Mulino delle Pile, bo tak nazywa się to miejsce, przekształcone na obiekt agroturystyczny. Piętrowy budynek wyglądający jak większość toskańskich wiejskich domów z otoczaków, z drewnianymi okiennicami i niewysoką, kwadratową wieżyczką ożywia wielkie koło młyńskie nadal czerpiące wodę ze strumienia płynącego do pobliskiej rzeki Merse. To ona stanowi naturalną granicę posiadłości znajdującej się na terenie wielohektarowego parku zbiegającego murawą ku szemrzącemu nurtowi. Nie sprzedaje się tutaj wyrobów znanego producenta i właściciele jakby niechętnie nawiązują do jego reklamy, może dlatego, że bardzo uprościła obraz całego regionu, podobnie jak ceramika z łanami słoneczników, polami maków, kiściami winogron i białym domkiem w tle, koniecznie w otoczeniu cyprysów, sprzedawana na Piazza del Campo w Sienie. Prawdziwa Toskania jest daleko subtelniejsza, charakteryzuje ją więcej sfumature – odcieni, a to, co oddaje jej rzeczywistą naturę, znajdziemy poza zadeptanym przez turystów szlakiem wiodącym do Florencji, Sieny, Pizy, Volterry, Lukki czy San Gimignano. 

 

KONCERT W RUINACH

Bedivere (Bedwyr, Bediwer), jedyny z rycerzy Okrągłego Stołu obecny przy śmierci króla Artura, aby wypełnić ostatnią wolę władcy, wrzucił jego miecz Excalibur do jeziora. Galgàno Guidotti swój miecz wbił w skałę, z przekory. Z Mulino delle Pile blisko mam do eremu Montesiepi (Eremo di Montesiepi). Do prostokątnego budynku uczepionego szczytu zalesionego wzgórza, do którego prowadzi obramowana cyprysami droga, przylepiona jest niewielka, kamienna rotunda (Rotonda di Montesiepi). W środku za szkłem chronionym dodatkowo kratą odbija mdłe światło żarówki autentyczny miecz tkwiący w skale. Jego właścicielem był Galgàno Guidotti, urodzony najprawdopodobniej w 1148 r. w szlacheckiej rodzinie mieszkającej w pobliskim Chiusdino. Przeszedł nieco podobną metamorfozę duchową co św. Franciszek z Asyżu. Hulaka i swawolnik, nie przepuszczający żadnej białogłowie, budził wręcz obrzydzenie i strach własnej matki, Dionigii. Pewnego dnia młodzieńcowi ukazał się archanioł Michał. Wysłannik niebios zapewnił go, że mimo popełnionych w przeszłości występków może zostać zbawiony. Galgàno, bardziej zaciekawiony niż przekonany, udał się za archaniołem na pobliskie wzgórze, Montesiepi, gdzie doznał kolejnej wizji – w wieńczącej szczyt kamiennej rotundzie spotkał Jezusa, Maryję i 12 apostołów. Zerwij z przeszłością! – namawiał dalej archanioł. Spróbuję, ale to jakbym chciał wbić miecz w skałę – odparł kpiąco młodzieniec i zamierzył się, żeby zademonstrować swoje porównanie, ale oręż wszedł w kamień jak w masło. Przekonany tym cudem Galgàno został mnichem, a cztery lata po śmierci (w listopadzie 1181 r.) obwołano go świętym. Historię jego nawrócenia opowiadają freski Sieneńczyka Ambrogia Lorenzettiego, jednego z największych malarzy XIV w. i autora cyklu Alegoria dobrych i złych rządów zdobiącego Palazzo Pubblico w Sienie. Łącząc elegancję gotyku i konstruktywny racjonalizm, Lorenzetti operuje bliską mi stylistyką Giotta. Jego postacie są bardzo ludzkie, naturalne w gestach, a jednocześnie otacza je atmosfera sacrum.

 

Poniżej wzgórza na rozległej płaszczyźnie pośród pól wyrasta olbrzymi szkielet średniowiecznego cysterskiego Opactwa San Galgano (Abbazia di San Galgano). Pnące się ku niebu zgodnie z założeniem architektonicznym gotyku ściany dawnego kościoła pozbawione są witraży w oknach i dachu, który runął w latach 80. XVIII w. wraz z dzwonnicą zniszczoną uderzeniem pioruna. W tym zdesakralizowanym dziś obiekcie, pod niebem pełnym gwiazd, ciesząc się kapitalną akustyką, wysłuchałam jednego z odbywających się tu licznych w sezonie letnim koncertów. Miałam szczęście, bo trafiłam na flecistów z orkiestry mediolańskiej La Scali.

Abbazia di San Galgano, ruiny imponującego opactwa cysterskiego z XIII w. koło Chiusdino

© ARCHIVETOSCANAPROMOZIONETURISTICA

 

DRZEWO FALLUSÓW

Wow! – wydał cichy okrzyk opasły Amerykanin wpatrujący się w gałęzie, z których zwisają członki w pełnej erekcji. Pod drzewem w gromadzie kobiet w średniowiecznych szatach dwie szarpią się za włosy, walcząc o fallusa jak na ringu. Czy ta scena obrazuje rozwiązłość? Otóż nie. Pozory mylą.

 

Zmyliła mnie już nazwa miejscowości Massa Marittima, która wcale nie leży nad morzem, ale jakieś 20 km od wybrzeża. Zwiodło mnie również namalowane na fragmencie średniowiecznych murów drzewo. Dostrzegłam je z daleka, wpółukryte w cieniu portyku, i ulegając instynktowi stadnemu, pobiegłam za innymi, aby uwiecznić komórką malunek. Członków zamiast liści się nie spodziewałam. Prymitywni jesteśmy, bo nam fallus kojarzy się tylko z seksem – zauważa Lucia. To prawda, dla starożytnych Egipcjan, Greków i Rzymian miał więcej znaczeń. Pompejańczycy umieszczali go na ścianach domów, zagiętego dumnie ku górze i pokaźnych rozmiarów, aby zapewnić rodzinie dobrobyt i szczęście. Pochodzące z XIII stulecia dzieło nieznanego autora najwyraźniej nawiązuje do dawnej symboliki obfitości i jest metaforą. Zdobi zbudowany dla miasta przez ówczesną władzę główny zbiornik wodny, obiekt mający zagwarantować mieszkańcom lepszą przyszłość. Inwestycja najwidoczniej przyniosła zamierzony skutek, bo dzisiejsza Massa Marittima czaruje odnowionym średniowiecznym obliczem. Oryginalna fasada Katedry św. Cerboniusza (Cattedrale di San Cerbone), ze ślepymi arkadami, w której romańskiej bryle spotykają się wpływy Pizy i Sieny, znaczy bok bardzo nieregularnego placu głównego. Za rogiem przysiadamy z Lucią przy jednym z ministoliczków osterii, niemal wciśniętych w ścianę bardzo wąskiej uliczki. Reklamowana jako najmniejszy lokal we włoskim przewodniku slow food „La Tana dei Brilli” (dawniej „La Tana del Brillo Parlante”), czyli dosłownie „Jama Wstawionego”, oferuje lokalne przysmaki: grzanki z pasztetem z wątróbki i suszonymi figami z Carmignano, tortellini nadziewane toskańskim serem pecorino (pecorino toscano) polane stopioną słoniną wieprzową z Colonnaty (lardo di Colonnata), cenioną już w starożytności, oraz naturalnie potrawy z dzika, za którego mięsem tak przepadają Toskańczycy. Do tego wypada zamówić jeszcze kieliszek wina. Salute! 

 

Artykuły wybrane losowo

Hakuna matata – Kenia dla każdego

1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...

 

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…