JERZY MOSKAŁA

<< Choć Sardynia to druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, pozostaje dla turystów z Polski mniej znanym kierunkiem niż jej większa sąsiadka Sycylia, hiszpańskie Baleary, greckie archipelagi czy wreszcie Cypr i Malta. Wpłynęły na to m.in. jej opinia dość drogiego miejsca oraz koszty podróży na nią – samolotem albo promem. Dzięki temu jednak ten skalisty ląd leżący u wybrzeży Włoch otacza w oczach Polaków pewna aura tajemniczości, a dziś po uruchomieniu bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez tanie linie lotnicze oraz przelotów czarterowych możemy wyruszyć na odkrywanie tego fascynującego zakątka Europy w każdej chwili. >>

Ze względu na swoją wielką różnorodność włoska Sardynia stanowi doskonały pomysł na urlop. Znajdziemy tu wysokie góry, żyzne niziny, szerokie piaszczyste plaże, urocze zatoki, klify, jaskinie, półwyspy i wysepki oraz malownicze laguny. Obok terenów typowo pasterskich natkniemy się na pola uprawne, duże ośrodki miejskie (Cagliari czy Sassari) i nowoczesne kurorty na słynnym Szmaragdowym Wybrzeżu (Costa Smeralda) czy w okolicach miasteczka Domus de Maria na południu wyspy. Poza tym nie wolno nam – oczywiście – zapomnieć o licznych zabytkach wielu kultur: nuragijskiej, kartagińskiej, rzymskiej, bizantyjskiej, genueńskiej, pizańskiej czy wreszcie aragońskiej. Turyści mogą uprawiać tutaj różnego rodzaju sporty, wypoczywać w promieniach ciepłego śródziemnomorskiego słońca, zwiedzać nietknięte ludzką ręką obszary naturalnej roślinności w trzech parkach narodowych – Archipelagu La Maddalena, Asinary oraz Zatoki Orosei i Gennargentu (o łącznej powierzchni ok. 100 tys. ha), czy też podziwiać spektakularne widoki na góry wpadające wprost do morza.
Sami Sardyńczycy potrafią zadziwić przyjezdnych swoimi bogatymi tradycjami, doskonałą kuchnią i wybornym winem, jakich na próżno by szukać we Włoszech kontynentalnych. Podczas mojej pierwszej wizyty w tych stronach wszystko wprawiało mnie w zdumienie: porządek i czystość sardyńskich miasteczek (turystów odwiedzających wcześniej Neapol ten ład na pewno zaskoczy), niezwykła jakość żywności, i to zarówno tej sprzedawanej na przydrożnych straganach, jak i w tawernach dla miejscowych, niesamowite kolory krajobrazów, w tym wyjątkowo intensywna zieleń wzgórz i dolin, tak niespotykana w lecie na innych śródziemnomorskich wyspach, oraz niski koszt podstawowych usług turystycznych. Otóż wbrew powszechnym opiniom Sardynia, a szczególnie jej południowo-zachodnia część, jest przystępna cenowo dla przybyszów rozporządzających tak większym, jak i mniejszym budżetem.

SKARBY PRZESZŁOŚCI
Sardyńską kulturę przez tysiące lat budowało wiele ludów. Jedne z najstarszych świadectw zasiedlenia wyspy pochodzą z okresu od ok. 1800 r. do II w. p.n.e. i wiążą się rozwojem tajemniczej cywilizacji nuragijskiej. Kartagińczycy zaczęli przybywać do tutejszych brzegów od VI stulecia p.n.e. Interesowały ich głównie cenne kruszce, dlatego budowali faktorie i kopalnie rud cynku, ołowiu, żelaza, miedzi, antymonu, srebra i boksytów, a także wydobywali alabaster. Później Sardynią władali Rzymianie, Wandalowie, Bizantyjczycy, zaś od XI w. zwierzchność nad Cagliari i dużą częścią ziem przejęła Piza. To właśnie Toskańczycy wznieśli w XIII stuleciu w dzisiejszej stolicy regionu dzielnicę Castello na szczycie wzgórza. Od trzeciej dekady XIV w. rządzili tym lądem Aragończycy, a następnie Hiszpanie, dopiero od 1720 r., gdy rozpoczęło się panowanie dynastii sabaudzkiej, wyspa wraz z Sabaudią i Piemontem weszła w skład Królestwa Sardynii, które stało się głównym ośrodkiem zjednoczenia Włoch w latach 60. XIX w.
Ślady obecności wszystkich tych narodów znajdziemy tutaj do dzisiaj. Cywilizacja nuragijska pozostawiła po sobie nuragi – wieże z dużych bloków kamiennych, często rzeźbionych, wokół których powstawały zespoły mniejszych zabudowań. To jedyne tego rodzaju budowle w basenie Morza Śródziemnego. Rozsiane są na terenie całej Sardynii, a na szczególną uwagę wśród nich zasługują kompleksy Su Nuraxi koło Barumini (wpisany w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), Nuraghe Losa obok miejscowości Abbasanta czy Nuraghe Arrubiu niedaleko Orroli.

FOT. FOTOTECA ENIT

Nuraghe Losa z XV–XIII w. p.n.e. w pobliżu miasteczka Abbasanta


Z czasów kartagińskich, rzymskich i bizantyjskich zachowały się nekropolie, amfiteatry (np. w Cagliari) czy świątynie chrześcijańskie, wznoszone na planie krzyża bizantyjskiego. Do najciekawszych zabytków z tych okresów należą, poza Cagliari, cmentarze i kościoły w Norze (stolicy wyspy za panowania Rzymian) czy Sant’Antioco. Architektura średniowieczna naznaczona jest wpływami toskańskimi (m.in. zabudowania wspomnianego Castello z Katedrą św. Marii w Cagliari) oraz hiszpańskimi (tzw. gotyk kataloński, głównie do obejrzenia w stołecznych kościołach i 40-tysięcznym mieście Alghero, nazywanym Barceloneta, czyli „małą Barceloną”).

BARWNE TRADYCJE
Równie interesujące jak zabytkowe obiekty są lokalne zwyczaje, które Sardyńczycy kultywują po dziś dzień. Najlepszym momentem do ich obserwacji będzie niewątpliwie okres karnawału. Wtedy to na całej wyspie odbywają się tradycyjne parady. W miasteczku Mamoiada w pochodzie biorą udział tzw. Mamuthones i Issohadores: ci pierwsi noszą czarne drewniane maski i strój z owczej wełny z dzwonkami, a drudzy ubierają się w czerwoną bluzę i przepaskę na biodra, również przyozdobione dzwonkami z brązu i miedzi, i niosą sa sohà, rodzaj lassa z trzciny. W ten sposób świętuje się tu zwycięstwo chłopów z górzystego regionu Barbagia (Issohadores) nad saraceńskimi najeźdźcami. Niezmiernie ciekawie i kolorowo wygląda również Sartiglia – rodzaj turnieju rycerskiego, odbywającego się w Oristano w ostatnią niedzielę karnawału oraz w Tłusty Czwartek. Każdego roku wydarzenie to przyciąga tysiące ludzi, którzy gromadzą się wzdłuż linii zaznaczonej ziemią i słomą na głównych ulicach miasta, aby kibicować rycerzom w trakcie wyścigu konnego. W tym miejscu warto też nadmienić, że podobne atrakcje czekają na nas 6 i 7 lipca podczas tzw. Ardii w Sedilo. Barwne uroczystości karnawałowe organizuje się także m.in. w Samugheo, gdzie charakterystyczny element stanowią odniesienia do starodawnego kultu Dionizosa, oraz w miejscowościach Tempio Pausania, Ulassai czy Bosa (Karrasegare). W tej ostatniej rolę symbolu umierającego karnawału odgrywa ogromna lalka Giolzi wypchana sianem i szmatami (palona następnie na stosie w Tłusty Czwartek). Dla odmiany mieszkańcy Ovoddy odziani w stare ubrania, z twarzami uczernionymi sadzą wylegają na ulice, żeby raczyć się winem, kiełbasą, serami i pączkami. Wieczorem nadchodzi czas procesu tyrana Dona Conte, wyobrażanego przez wielką i przerażająco brzydką kukłę, która kończy swój żywot w płomieniach.

FOT. GIANFRANCO CASU/ARCHIVE FOUNDATION SA SARTIGLIA ONLUS

Sartiglia odbywająca się w Oristano pochodzi z okresu średniowiecza


Ciekawie wyglądają również obchody Wielkiego Tygodnia (Settimana Santa). Najbogatsze i najbardziej spektakularne ceremonie możemy podziwiać w Cagliari, Alghero, Iglesias czy Castelsardo. W licznych zwyczajach wielkanocnych z łatwością dostrzeżemy wpływy tradycji hiszpańskiej. Miejscowe procesje oraz inne rytuały przypominają te charakterystyczne dla Katalonii. W stolicy wyspy i w mieście Iglesias w kościołach wystawia się nenniris – naczynia z zasianą pszenicą i jęczmieniem. Kiełkujące rośliny są symbolem zmartwychwstania. Obyczaj ten ma swoje korzenie w micie o Adonisie obecnym w kulturze greckiej.
Co roku 14 sierpnia w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w czasie festiwalu Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri) mieszkańcy Sassari odnawiają ślubowanie, które ich przodkowie złożyli w XVI w., aby zakończyć epidemię dżumy. Przedstawiciele cechów rzemieślniczych niosą w pochodzie 10 dużych świeczników (niektóre z nich to ponad 6-metrowe drewniane walce, ważące nawet powyżej 300 kg i ozdobione kolorowymi jedwabnymi wstążkami). Uczestnicy procesji poruszają się tanecznym krokiem przy akompaniamencie fletów i bębnów za Lu cabu carriaggiu („przodownikiem niosących świece”). To naprawdę niesamowite widowisko. Nic więc dziwnego, że w 2013 r. wpisano je na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

NAD BRZEGIEM MORZA
Wielbicielom pięknej opalenizny Sardynia oferuje olbrzymią różnorodność plaż: od w pełni wyposażonych w odpowiednią infrastrukturę turystyczną do zupełnie dzikich. Ta wyspa jest chyba jednym z ostatnich zakątków w Europie, w którym nie tylko poza sezonem, ale również w okresie jego szczytu, znajdziemy takie fragmenty wybrzeża, gdzie poczujemy się całkiem samotnie. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim kilka atrakcyjnych punktów wzdłuż sardyńskiej linii brzegowej. Należą do nich m.in. plaże Poetto w Cagliari (najpopularniejsza w stolicy, znakomicie zagospodarowana i zabezpieczona), rozległa Maria Pia w Alghero (z piaskiem w odcieniach od białego do różowego, oblewana lazurowymi wodami i wypełniona małymi barami z napojami i kanapkami), Cala Luna blisko Orosei (pokryta drobnym piaskiem i żwirkiem, położona w cieniu przepięknego klifu) czy Monte Cogoni w miejscowości Chia koło Domus de Maria (otoczona malowniczymi wzgórzami). Tak naprawdę jednak wybór mamy tutaj tak ogromny, że każdy może odnaleźć swoje ulubione miejsce na kąpiele słoneczne i morskie. Na mnie niesamowite wrażenie zrobił kilkukilometrowy szeroki pas czystego piaszczystego brzegu niedaleko Buggerru – San Nicolao (San Nicolò). Góry dochodzą tu do samego morza w kolorze intensywnego turkusu. Gdy odwiedzałem ten uroczy zakątek w sezonie, spotkałem w nim zaledwie ok. 50 osób.
Poruszając temat plażowania na Sardynii, trzeba koniecznie wspomnieć o modnym Szmaragdowym Wybrzeżu (Costa Smeralda). To najbardziej luksusowy rejon wyspy, który narodził się dla turystyki w latach 60. XX w. dzięki staraniom księcia Agi Chana IV, przywódcy ismailickich nizarytów. Serce tego znanego dzisiaj ośrodka żeglarstwa i sportów wodnych stanowi Porto Cervo, w którym cumują najwspanialsze prywatne łodzie, a latem odbywają się światowej klasy imprezy sportowe. Każdego roku zjeżdżają do niego znani politycy, biznesmeni, aktorzy, sportowcy i inne osobistości. Przechadzka tutejszym nabrzeżem z eleganckimi sklepami po jednej i jachtami po drugiej stronie da nam najpełniej odczuć ekskluzywny charakter tego kurortu. Linia brzegowa w tej okolicy wyróżnia się granitowymi klifami i uroczymi zatoczkami z przejrzystą wodą. To znakomita okolica do nurkowania oraz wypoczynku, ale przede wszystkim na wszelkiego rodzaju wycieczki morskie.

WŚRÓD WYSOKICH FAL
Miłośnicy aktywnego spędzania czasu też nie powinni się na Sardynii nudzić. W regionie Gallura, leżącym w jej północno-wschodniej części, powstała infrastruktura turystyczna zapewniająca najlepsze warunki do uprawiania różnorodnych sportów wodnych. Szkoły nurkowania organizują wyprawy po kryształowo czystym Morzu Tyrreńskim, podczas których wśród granitowych skał i koralowców spotkamy m.in. graniki wielkie, barakudy czy delfiny. Wielbiciele wind- i kitesurfingu ściągają do Porto Pollo koło miejscowości Palau, a także do Santa Teresa Gallura, gdzie korzystają z północno-zachodniego wiatru wiejącego przez cały rok. Z kolei w południowo-zachodnim rejonie wyspy w przesmyku między niewielką Sant’Antioco (niemal 110 km² powierzchni) a Sardynią, na wysokości przylądka Punta Trettu, lokalne ukształtowanie terenu tworzy efekt tzw. tuby powietrznej, która pozwala wind- i kitesurferom znacznie zwiększyć prędkość na falach. Działają tu liczne bazy sportów wodnych, np. polska Sky High w Porto Botte obok miasteczka Giba (założona w 2010 r.).
Warunki naturalne Gallury świetnie sprawdzają się również przy uprawianiu surfcastingu, czyli połowu ryb metodą zarzucania przynęty z plaży daleko w morze. Uważa się go za jedną z najcięższych i wymagających największych umiejętności technik wędkarskich, także ze względu na różne utrudnienia, np. łowienie w zimie, w nocy czy przy silnym wietrze. Sport ten zyskuje sobie coraz większą popularność wśród amatorów zarówno wędkarstwa, jak i morskich przygód.

PIESZO I NA ROWERZE
Na Sardynii znajduje się też wiele rejonów wspinaczkowych. W Masua w nadmorskich wapiennych klifach wydrążono szyby nieczynnej już kopalni Porto Flavia. Miejscową atrakcją są również uformowane przez wodę i wiatr placca a gocce, tj. wymycia o ostrych krawędziach. Obok 30 szlaków sportowych – o stopniach trudności pomiędzy 6a a 7a – poprowadzono tutaj 5 wielowyciągowych dróg startujących znad morza o poziomach do 6b+. We wspomnianej nie funkcjonującej kopalni organizuje się wspinaczki lub łatwiejszy rodzaj zwiedzania, czyli oprowadzanie pod opieką górników. W południowo-zachodniej części wyspy w Domusnovas turyści eksplorują okolice wokół Jaskini św. Jana (Grotta di San Giovanni), naturalnego tunelu o długości prawie kilometra łączącego dwie doliny. Na wschodnim wybrzeżu natomiast (w środkowej jego części) entuzjaści tego typu aktywności wspinają się koło miejscowości Cala Gonone w pobliżu miasta Dorgali (ok. 500 bardzo różnorodnych dróg). Z kolei amatorzy wędrówek przemierzą Sardynię wzdłuż i wszerz po najróżniejszych trasach: od łatwych i krótkich po długie i wymagające lepszej kondycji. Stosunkowo prosty i przy tym niezmiernie malowniczy jest np. szlak pieszy Sedda ar Baccas–Gorroppu (długość 12 km, różnica poziomów ponad 200 m, czas pokonania ok. 3 godz.) w Parku Narodowym Zatoki Orosei i Gennargentu (Parco Nazionale del Golfo di Orosei e del Gennargentu). Na terenie tego chronionego obszaru mamy szansę spotkać takie zwierzęta jak kuny leśne, łasice, muflony, daniele, lisy, a nawet dziki. Polacy upodobali sobie szczególnie trekkingi po wyspie. Ten rodzaj wypraw pozwala na zwiedzanie całego regionu we własnym tempie od jednego punktu noclegowego do kolejnego.

FOT. UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

Dawna osada górnicza Masua koło Porto Flavia to dziś znane kąpielisko


Poza tym na Sardynii króluje także kolarstwo, przede wszystkim szosowe. Rowerzyści opanowali wnętrze lądu i na każdym kroku napotkamy tu obecnie zarówno amatorów, jak i zawodowców, mknących zapamiętale przed siebie. Co ważne, miejscowi kierowcy respektują prawa uczestników ruchu jeżdżących rowerami, więc ten sposób poruszania się uznaje się za bardzo bezpieczny. Od 1958 r. organizuje się na wyspie w lutym niemal każdego roku Giro di Sardegna, czyli Wyścig dookoła Sardynii, który przyciąga tłumy kibiców.

NA TALERZU
Zupełnie odmienną kwestię stanowi sardyńska kuchnia – i ta tradycyjna, i nowsza. W tej drugiej ważną rolę odgrywają owoce morza: ośmiornice, langusty, kraby, kalmary, małże, oraz różne gatunki ryb, w tym sardynki. Ośmiorniczki z grilla w sosie pomidorowym, mimo swojej prostoty, są wyjątkowo pyszne i uważam je za najlepsze danie, jakie zdarzyło mi się jeść poza domem. Na stołach na Sardynii często pojawiają się pikantne zupy rybne burrida alla cagliaritana i cassòla. Natomiast w Cagliari, Tortolì, Sant’Antioco, Oristano czy Carloforte istnieje zwyczaj suszenia solonej rybiej ikry w gonadach. Przysmak ten nazywa się bottarga. Charakteryzuje się on przyjemnie ostrym rybnym smakiem. Dodaje się go do potraw z makaronem lub sałatek, a sztandarowego spaghetti alla bottarga każdy powinien spróbować chociaż raz.
Tradycyjna sardyńska sztuka kulinarna różni się jednak od tej nowoczesnej, najczęściej przeniesionej z kontynentalnych Włoch lub inspirowanej stylem międzynarodowym. Za jej podstawę służy kuchnia wiejska, pochodząca z położonych w centralnej części wyspy wzgórz czy terenów ściśle rolniczych. Składają się na nią pieczone mięsa, kiełbasy, salami i ostry ser z owczego mleka pecorino sardo (ok. 50 proc. włoskiego sera pecorino produkuje się na Sardynii). Daniem typowym dla górzystego regionu Barbagia jest porceddu, prosię opiekane kilka godzin na rożnie na polanach aromatycznego drewna. Niekiedy przyrządza się tak też jagnię lub koźlę. Obecnie niezwykle rzadko stosuje się tradycyjną metodę przygotowywania carraxiu, która polega na pieczeniu zagrzebanego w żarze i obłożonego gałązkami jałowca, drzewa oliwnego i rozmarynu mięsa w wykopanej w ziemi jamie pod rozpalonym ogniskiem.
Poza tym w sardyńskim menu prym wiodą przede wszystkim spaghetti i maccheroni (makarony), podobne do pierożków ravioli culurgionis oraz rodzaj klusek gnocchi o nazwie malloreddus, potrawy przypominające włoską kuchnię kontynentalną.

SMAK WINNYCH GRON
Ten region Włoch, tak samo zresztą jak cały kraj, słynie z tradycji winiarskich, a z powodu swojego położenia na Morzu Śródziemnym z dala od kontynentu (ok. 190 km od Półwyspu Apenińskiego) jest on dość specyficzny. Początki historii uprawy winorośli na wyspie datuje się na ok. 2000 lat p.n.e. (jeszcze przed ukształtowaniem się cywilizacji nuragijskiej). Kolejni przybysze na przestrzeni setek lat zmieniali ją według własnych zwyczajów i upodobań. Swój wpływ zaznaczyli tutaj szczególnie Rzymianie (zmodyfikowali sposób uprawy winnej latorośli) oraz Hiszpanie, którzy wprowadzili nowe odmiany (np. Bovale di Spagna) oraz zreorganizowali produkcję wina na dużą skalę. Dziś występują na wyspie zarówno klasyczne śródziemnomorskie szczepy jak Moscato czy Malvasia, jak i cały szereg niespotykanych nigdzie indziej we Włoszech gatunków: Cannonau, Bovale Sardo, Nuragus, Girò, Monica, Semidano, Torbato, Cagnulari, Arvesiniadu, Carignano del Sulcis oraz Vernaccia di Oristano.  
Wśród 19 sardyńskich win oznaczonych w systemie DOC (Denominazione di Origine Controllata) prym wiodą białe Vermentino di Sardegna oraz jego lżejsza wersja Vermentino di Gallura (DOCG – Denominazione di Origine Controllata e Garantita). Cieszą się one wielką popularnością ze względu na swój ożywczy, owocowy smak, a schłodzone stanowią idealny trunek do gaszenia pragnienia podczas gorących dni. Serwuje się je również do posiłków. Czerwone szczepy najlepiej reprezentuje rubinowoczerwone, zmysłowo miękkie Cannonau di Sardegna o dość dużej zawartości alkoholu (ok. 12,5–13,5 proc.). Wyczuwa się w nim świeże aromaty owoców, mocne nuty leśnych jagód i ziół. To prawdziwa specjalność wyspy. Do niedawna ten gatunek winorośli uważano za lokalną wersję bardzo dobrze znanej z Hiszpanii odmiany Garnacha, jednak ostatnie porównawcze badania struktury DNA potwierdzają jego endemiczny charakter.
Do najstarszych rodzajów winnych krzewów uprawianych na Sardynii należy Monica. Ten szczep znajdziemy tu praktycznie wszędzie, chociaż najlepiej udaje się w winnicach położonych na silnie nasłonecznionych i średnio nachylonych zboczach. Wina z niego wytwarzane wyróżniają się lekkością, wyraźnym posmakiem jeżyn i wiśni oraz delikatnym aromatem migdałów i przypraw. Najbardziej charakterystycznym jednak z sardyńskich szlachetnych trunków jest Vernaccia di Oristano. Poddawane procesowi starzenia w małych beczkach przypomina sherry Amontillado, można je więc uznać za dowód hiszpańskich wpływów. Niezwykłą kompozycję smakową posiadają też inne wina dostępne na wyspie: Malvasia (np. Malvasia di Bosa – wino deserowe z prowincji Nuoro i Oristano) czy coraz rzadziej spotykane słodkie czerwone Girò i białe Nasco produkowane w okolicach Cagliari.

W OCZACH EUROPY
Warto się przyjrzeć także dwóm tutejszym kierunkom na rynku winiarskim, które reprezentują z jednej strony masowi wytwórcy win stołowych, a z drugiej firmy starające się wprowadzić nowe marki, konkurencyjne dla najlepszych produktów z Włoch kontynentalnych czy Francji. Sardynia stanowi jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej, gdzie kupimy wino nalewane z beczek czy tanków do własnych butelek. Na terenach wiejskich sprzedaje się w ten sposób trunki popularnych gatunków wytwarzanych na masową skalę, najczęściej przez lokalne spółdzielnie. Przed zakupem można je zdegustować, a ich cena bywa zazwyczaj niska (ok. 2 euro za 1 l). Wszystkim turystom polecam ten sposób poznawania Sardynii, ponieważ będzie on dla nich nie tylko świetną zabawą, ale pozwoli im też dowiedzieć się, co Sardyńczycy na prowincji piją na co dzień.
Producenci wina tacy jak Argiolas czy Vigne Surrau stawiają natomiast na wychodzenie ze swoimi markami na rynek europejski. Ta pierwsza firma pełnymi garściami czerpie z tradycji sardyńskiej – korzysta z wielu lokalnych szczepów, m.in. Monica, Carignano del Sulcis, Bovale Sardo. Podobną politykę przyjęło winiarskie przedsiębiorstwo Vigne Surrau łączące odmianę Cannonau z miejscowymi Carignano, Muristellu, ale również z popularnym na całym świecie Cabernet Sauvignon. W tym przypadku za butelkę zapłacimy mniej więcej 45–50 zł, co uważam za koszt jak najbardziej adekwatny do wysokiej jakości ich produktów.
Dzięki swoim bogatym winiarskim tradycjom oraz pysznej regionalnej kuchni Sardynia ma prawo wiązać spore nadzieje z rozwojem enoturystyki. Ten typ podróżowania po różnych krajach zyskuje sobie z roku na rok coraz większe grono zwolenników, którzy niewątpliwie w swoich wyprawach nie pominą tak odmiennej i charakterystycznej wyspy. Ja sam wracam tu, gdy tylko mogę. Za każdym razem odnajduję w tych stronach elementy kultury włoskiej, a spacery po plaży podczas pochmurnej i deszczowej pogody przypominają mi lato nad polskim wybrzeżem Bałtyku. Taka właśnie jest gościnna i pełna magii Sardynia: trochę swojska, a trochę obca.

Artykuły wybrane losowo

Południowe i północne oblicze Indii

IT-11.jpg

Mauzoleum Tadź Mahal w Agrze upamiętnia żonę cesarza Szahdżahana

©MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA

 


Monika Skiba


Kto chce poznać prawdziwą potęgę natury, zobaczyć niezwykłe krajobrazy, zachwycić się pięknem architektury, a także potrzebuje duchowego ukojenia lub – przeciwnie – pragnie nasycić oczy intensywnymi kolorami i jest gotowy na zastrzyk życiowej energii, powinien pojechać do Indii. Ten kraj zadziwia, wywołuje różnorakie emocje, działa na wszystkie zmysły. Pozwala wyjść poza swoją strefę komfortu i równocześnie zajrzeć w głąb siebie. To naprawdę inny świat. 

Więcej…

Chorwacka kraina wysp i wodospadów

Przepiękny krasowy krajobraz Parku Narodowego Jezior Plitwickichplitvice-optimized-for-print-ivo-biocina 1
© NARODOWY OŚRODEK INFORMACJI TURYSTYCZNEJ REPUBLIKI CHORWACJI/IVO BIOCINA

MAGDALENA BARTCZAK


Położona na Półwyspie Bałkańskim Chorwacja jest ciągle jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w Europie. Serca odwiedzających ją podróżników podbija oszałamiającą architekturą miast i miasteczek, bajeczną, często niemal dziką przyrodą, różnorodnością wysp i wybrzeża, doskonałą kuchnią i wyśmienitymi winami oraz niezwykłą gościnnością i serdecznością mieszkańców. Nic więc dziwnego, że co roku, nie tylko w okresie wakacyjnym, przybywa tu mnóstwo obcokrajowców.

Więcej…

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.