ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

 

W tym wydaniu All Inclusive wybraliśmy specjalnie dla miłośników białego szaleństwa najlepsze miejscowości i regiony narciarskie w Europie i na obrzeżach Azji. W naszej finałowej dziesiątce królują alpejskie stacje: Sankt Moritz, Zillertal czy Les Trois Vallées, ale nie brak też nowych gwiazd – bułgarskiego Banska i tureckiego Palandöken. Również nasi południowi sąsiedzi, Słowacy i Czesi, mają się czym pochwalić.

 

Zillertal – w królestwie śniegu

Jest tu wszystko, o czym marzą zapaleni narciarze – urozmaicone szlaki i jedyny całoroczny lodowiec w Austrii. Nic więc dziwnego, że dolina rzeki Ziller wielokrotnie zdobywała międzynarodowe nagrody. W jej sześciu ośrodkach – Fügen, Zell am See, Kreuzjoch, Gerlosstein, Finkenberg czy słynnym Mayrhofen – na amatorów białego szaleństwa czeka 671 km tras i prawie 200 wyciągów. O Zillertal mówi się, że to „najbardziej aktywna dolina świata“. Jeden karnet narciarski Zillertal SuperSkipass (215 euro dla osoby dorosłej za 6 dni) uprawnia do korzystania ze wszystkich tutejszych stoków. Do poszczególnych stacji dowiezie nas bezpłatny autobus. Do wyboru są łagodne zbocza osłonięte od wiatru drzewami czy słynna trasa Harakiri, której nachylenie osiąga miejscami 78 proc.! Vans Penken Park w Mayrhofen przyciąga natomiast miłośników freestyle’u.

FOT. VISITFIEMME.IT/ORLERIMAGES.COM

Daiano, Trydent, Włochy

 

Do Hochfügen od 2 do 9 lutego 2013 r. powinni za to zajrzeć miłośnicy freeride’u, ponieważ właśnie wtedy odbędzie się tu Black Diamond Big Mountain, podczas którego mistrzowie tej dyscypliny zawalczą o punkty startowe do Pucharu Świata. Hintertux, najlepszy lodowiec dla wielbicieli białego szaleństwa według portalu Skiresort.info, coraz częściej odwiedzają Polacy i narodowe kadry narciarzy. Mimo doskonałych warunków pierwszy wyciąg krzesełkowy ruszył tutaj dopiero w 1949 r. Wcześniej do wioski Hintertux przyjeżdżali kuracjusze, aby korzystać z gorących źródeł. Lodowiec podchodził wówczas pod samą osadę. Od tamtej pory przesunął się 500 metrów w górę i jest w ciągłym ruchu. Niezapomnianych wrażeń dostarcza wizyta w Naturalnym Pałacu Lodowym (Natur Eispalast), znajdującym się 200 metrów poniżej szczytu Hintertuxa. W wąskiej szczelinie, gdzie schodzi się po ruchomych drabinkach, widać olbrzymie sople lodowe i zamarznięte wodospady. Największą atrakcję stanowią tu jednak niewątpliwie stoki narciarskie. Kolejka Gletscherbus 1 dowozi narciarzy na halę Sommerbergalm. Stamtąd możemy przesiąść się z kolei w Gletscherbus 2, aby dotrzeć do Tuxer Fernerhaus (2600 m n.p.m.) i ruszyć Gletscherbus 3 na wysokość ponad 3200 m n.p.m. lub nową 10-osobową Gefrorene Wand nieco niżej, bo na 3033 m n.p.m. Trasy na lodowcu nie uchodzą za łatwe, ale przyciągają jak magnes ze względu na rozpościerający się wokół las połyskujących w słońcu trzytysięczników.

 

Sankt Moritz – perła Szwajcarii

Wizyta w Sankt Moritz jest jak terapia w najlepszym SPA. Słońce świeci tutaj 322 dni w roku, a lecznicza moc miejscowych wód znana była już 3 tys. lat temu. Jak mówią Szwajcarzy, można tu wyleczyć serce, duszę i ciało. Wizytówką tego miejsca są luksusowe hotele Kulm Hotel St. Moritz, Carlton Hotel St. Moritz, Kempinski Grand Hotel des Bains czy Badrutt’s Palace, wysyłające po swoich gości rolls-royce’a z szoferem.  

Wśród szwajcarskich zimowych kurortów Sankt Moritz stanowi numer 1. Znajdują się w nim trzy ośrodki narciarskie i 350 km perfekcyjnie ubitych nartostrad. 6-dniowy karnet kosztuje 300 euro, ale rezerwując 6 noclegów w hotelu, dostaniemy od 20 października 2012 r. do 20 maja 2013 r. aż 50 proc. zniżki! Największą stacją jest Corviglia z najwyższym szczytem Piz Nair (3057 m n.p.m.), z którego w dół schodzi 30 tras. Dla amatorów spokojnej jazdy przygotowano specjalny szlak Paradiso. Każdy głodny narciarz powinien natomiast zajrzeć do La Marmite – położonej na wysokości 2486 m n.p.m. restauracji Reto Mathisa, który wydał wojnę fast foodom na stokach. Oferuje ona m.in. bliny z gryki z kawiorem czy carpaccio z czarnymi truflami (z własnej hodowli!) i łososiem.

FOT. ENGADIN ST. MORITZ-SWISS-IMAGE.CH/MICHAEL METTLER

Sankt Moritz, Szwajcaria

 

Stoki sąsiedniej Diavolezzy nie są tak atrakcyjne, ale wynagrodzą nam to bajkowe krajobrazy – majestatyczne szczyty ciągną się tu aż po horyzont. Po wjeździe kolejką linową na wysokość 2978 m n.p.m. można posilić się w restauracji, a nawet posiedzieć w jacuzzi pod gołym niebem! Potem pozostaje już tylko zjechać w dół 10-kilometrową trasą off-piste po Morteratsch (najdłuższy zjazd z lodowca w całej Szwajcarii). Według legendy Diavolezza była piękną diablicą, a każdy, kto się w niej zakochał, musiał zginąć.

Podczas pobytu w Sankt Moritz nie wolno również nie wykorzystać okazji do nocnego szusowania pod rozgwieżdżonym niebem po oświetlonym stoku w ośrodku Corvatsch. Co kilka metrów rozmieszczono tutaj bary z muzyką. 

 

Słowackie Tatry – nowe atrakcje u sąsiadów

Chcąc pokazać, że choć Tatry są niewysokimi górami, mogą śmiało konkurować z Alpami, Słowacy przygotowali na ten sezon wiele udogodnień, np. nowe wyciągi, szkółki narciarskie, jeszcze więcej armatek śnieżnych i bezpłatne parkingi przy stacjach kolejek. Najważniejszą tegoroczną inwestycją jest połączenie północnych i południowych stoków Chopoku (2024 m n.p.m.) nowoczesnymi 24- i 15-osobowymi gondolami. Z siedmiu największych słowackich ośrodków narciarskich możemy obecnie korzystać przy zakupie jednego karnetu elektronicznego Slovakia Super Skipass. Czeka w nich na nas 108 km tras, 29 kolejek linowych i 67 wyciągów. Za całosezonowy karnet wraz z wejściami do Aquaparku Tatralandia zapłacimy w tym sezonie 390 euro. Jeśli znudzi nam się Chopok, warto udać się do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské Pleso) lub Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica), gdzie kolejka z 6-osobowymi wagonikami z podgrzewaną kanapą zawiezie nas w 7 min. do pośredniej stacji Štart, a potem nad Łomnicki Staw (Skalnaté pleso, 1751 m n.p.m.) i w końcu na samą Łomnicę (Lomnický štít, 2634 m n.p.m.).

FOT. SŁOWACKIE CENTRUM TURYSTYKI

Nowa kolejka gondolowa na Chopoku

 

Z jej szczytu rozpościera się przepiękna panorama Tatr. Chyba najbardziej swojsko Polacy poczują się jednak w Ski Bachledova,gdzie pamiętają jeszcze wyczyny narciarskie Bachledów z Zakopanego. Stolica polskich Tatr leży zresztą niecałe 40 km stąd. Niedawno ruszył tu w pełni automatyczny system sztucznego naśnieżania. Większość tras ma nachylenie na północną stronę, więc sezon trwa długo. Karnet na dzień kosztuje 22 euro. Do dyspozycji jest kilka wyciągów, w tym jeden wyłącznie dla dzieci, oraz dwie kolejki linowe. Aby odpowiednio zakończyć sportowe szaleństwa na stokach, wypada odwiedzić słowackie termy – Aquapark w Dolným Kubínie lub słynną Tatralandię w Liptowskim Mikulaszu (Liptovský Mikuláš). W tej ostatniej otworzono w grudniu 2012 r. Tropikalny Raj w kształcie muszli – doskonałe miejsce do relaksu, przypominające Karaiby. Natomiast w parku wodnym Gino Paradise Bešeňová na gości czeka nowy kryty basen termalny ze sztucznymi falami oraz wieża widokowa o wysokości 35 metrów z sześcioma zjeżdżalniami.  

 

Dolomity Superski – włoska karuzela

To największy region narciarski na świecie, gdzie można szusować, korzystając z jednego skipassu. Leży na terenie Trydentu-Górnej Adygi (Trentino-Alto Adige) w północnych Włoszech. Każdego roku przyjeżdża tu coraz więcej Polaków. Nic w tym dziwnego – w tym rejonie istnieje aż 450 wyciągów, a ponad 1200 km tras wije się u podnóży majestatycznych Dolomitów. Z karnetem Dolomiti Superski możemy zapuścić się do Val di Fassa, miejscowości Moena czy Val di Fiemme (Doliny Płomieni). Pomiędzy nimi kursują bezpłatne busy dla narciarzy. Nieco dalej leży San Martino di Castrozza, do którego dojazd samochodem jest trudniejszy, ale gdzie widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. W tej część Włoch każdy miłośnik białego szaleństwa powinien odwiedzić Sella Rondę (Sellarondę). Dla niektórych to już narciarska klasyka, ale dla nowicjuszy ta słynna pętla stanowi spore przeżycie. 40-kilometrową trasę wokół masywu Sella mogą pokonać nawet średnio doświadczeni narciarze. Aby wrócić przed zmierzchem do punku startu, trzeba się jednak spieszyć. Sella Ronda, szalona karuzela narciarska, jest wymysłem włoskich inżynierów. Przeskakując z wyciągu na wyciąg, w ciągu kilku godzin można objechać aż cztery doliny.Pomarańczowe strzałki prowadzą zgodnie ze wskazówkami zegara z ośrodka Alta Badia w kierunku Arabby, Val di Fassa i Val Gardena, a zielone – w stronę przeciwną. Wybór punktu początkowego należy jedynie do nas. Po drodze krajobraz zmienia się niczym w kalejdoskopie – co chwilę oglądamy nową scenerię: surowe turnie, skalne ściany czy wierzchołki gór w kształcie baszt. Jakoś trudno sobie teraz wyobrazić, że przed milionami lat szumiało tutaj morze, a Dolomity powstały z raf koralowych. Dla zaczerpnięcia oddechu wjedźmy kolejką linową na najwyższy punkt widokowy – Rifugio Maria (2950 m n.p.m.). Restauracja na górze czasem serwuje szampana za darmo! Na trasie Sella Rondy narciarze mogą się też pożywić w Rifugio Comici, które słynie ze świeżych ryb. Delektowanie się krabami i ostrygami na wysokości ponad 2 tys. m n.p.m. dostarcza niekiedy równie dużo przeżyć, co zjazd czarną trasą Pucharu Świata z Piz la Villa. Każdego dnia włoską karuzelą przejeżdżają tysiące narciarzy, jednak nigdzie nie tworzą się kolejki.

 

Maso Corto – polska wyspa

Tę małą miejscowość w Górnej Adydze, czyli Tyrolu Południowym, odkryło już wielu wielbicieli białego szaleństwa z Polski. Położona u stóp lodowca Hochjoch (3280 m n.p.m.) na wysokości 2 tys. metrów zapewnia ośnieżone stoki przez okrągły rok. Znajdują się tu m.in. ciekawa rampa dla miłośników half-pipe’u, trasy do telemarku i carvingu, a przy sprzyjającym wietrze można nawet poszybować z nartami na lotni. Maso Corto nie jest jednak ośrodkiem tylko dla wyczynowców. Posiada też trasy wycieczkowe i saneczkowe. Kolejką w 6 minut wjedziemy na ponad 3 tys. metrów. Na lodowcu śnieg nadaje się do szusowania nawet w maju. Sporym wyzwaniem dla naszych nóg z pewnością okaże się 8-kilometrowa trasa, którą kiedyś przemierzali przemytnicy. Dużo krótsza, południowa będzie natomiast w sam raz na rozgrzewkę na początek dnia.

FOT. TOP***RESIDENCE KURZ

Maso Corto - Top Residence Kurz nocą

 

Na stokach działa kilka kameralnych schronisk, gdzie serwują bombardino (ajerkoniak na gorąco ze śmietanką) oraz przysmaki tyrolskiej kuchni. Mówi się, że Maso Corto dla polskich narciarzy odkryli instruktorzy z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie podczas poszukiwań odpowiednich miejsc do treningów na tyczkach kilkanaście lat temu. Od tamtej pory Polacy na dobre zagościli w tej uroczej wiosce. Dziś często obok języka niemieckiego, powszechnie używanego w Tyrolu Południowym, czy włoskiego słyszy się tutaj także polski. Rodzime nazwy produktów umieszczane są nawet w tutejszych sklepach i barach. Kilkakrotnie organizowano już tzw. Polskie Dni w Maso Corto (ostatnie w czerwcu 2010 r.) z muzyką, zawodami sportowymi, festiwalem kuchni, pokazami mody i występami gwiazd. Ich gości kwaterowano w Top Residence Kurtz z 25-metrowym basenem, centrum Wellness i siłownią. Na koniec warto wspomnieć, że w okolicy znaleziono w 1991 r. szczątki Ötzi, czyli „człowieka lodu” zmarłego ok. 3300 lat p.n.e., który z miejsca stał się wielką atrakcją turystyczną. Postawiono mu nawet pomnik, a jego mumię umieszczono w pobliskim Muzeum Archeologicznym Górnej Adygi w Bolzano.

 

Vallnord i Grandvalira – pirenejski odlot

Zimą Księstwo Andory zamienia się w wielki ośrodek narciarski. Ośnieżone stoki oplecione są siecią nowoczesnych wyciągów. Czasem trochę tu wietrznie, ale najczęściej pogoda dopisuje, a szusowanie wśród malowniczej scenerii Pirenejów stanowi wielką przyjemność. Jeśli znudzą nam się narty, możemy spróbować jazdy psimi zaprzęgami lub na skuterach, pochodzić na rakietach śnieżnych albo zrobić zakupy w strefie wolnocłowej. Każdego roku Andora przyciąga coraz więcej polskich miłośników białego szaleństwa, czemu sprzyjają tanie połączenia lotnicze z Barceloną (Wizz Air czy Ryanair). Na miejscu do wyboru mamy dwie nowoczesne stacje, niczym nie ustępujące tym w Alpach: Vallnord i Grandvalirę. Pierwszą z nich okupują zazwyczaj młodzi pasjonaci snowboardu. W jej okolicy leżą trzy malownicze miejscowości – Arcalís, Arinsal i Pal. Z prawie 100 km tutejszych tras dwie posiadają homologację FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej).

Sąsiednia Grandvalira jest bardziej rodzinna i konserwatywna, ale to największy ośrodek narciarski w całych Pirenejach. Znajdziemy tu cztery świetne snowparki (w tym jeden nocny!) i ponad 200 km nartostrad: od zielonych dla początkujących aż po strome, których połowę oznakowano jako czerwone i czarne. Można stąd przeskoczyć na francuskie stoki w Porte des Neiges. Z 67 wyciągów wywożących w górę 100 tys. osób na godzinę większość to wygodne gondole (niektóre z nich mają podgrzewane krzesła). W miejscowości Soldeu, gdzie na czarnej trasie Avet rozgrywa się Puchar Świata w narciarstwie alpejskim kobiet, dla wygody narciarzy zainstalowano windy i schody ruchome! Z sąsiedniego Encamp szybko dostaniemy się na najwyższe szczyty nowoczesną koleją Funicamp. Po całym dniu spędzonym na nartach odpoczniemy natomiast w Caldea Thermoludic Centre z oddanym właśnie do użytku nowym centrum Wellness. To jedno z największych górskich SPA w Europie z basenami z gorącą wodą termalną, łaźniami tureckimi, saunami, fitness i gabinetami odnowy biologicznej. W małym Księstwie Andory mamy wszystko, czego dusza zapragnie.

 

Trzy Doliny – 600 km białego szaleństwa

Les Trois Vallées (Trzy Doliny) to, jak żartują Francuzi, największy cyrk narciarski świata. Mamy tu 600 km tras, które są gładkie i szerokie niczym autostrady, a w dodatku połączone tak misterną siecią wyciągów, że jeździ się po nich bez odpinania nart! Wokół nich wznoszą się zapierające dech w piersiach monumentalne Alpy. Serce Trzech Dolin stanowi Méribel, z którą sąsiadują słynne stacje Courchevel i Val Thorens. Na narciarzy czeka tutaj 40 gondoli (część gruntownie odnowionych), nazywanych przez Francuzów „bąblami”, a przez Anglików – „jajkami”. Duże wrażenie robią zwłaszcza dwie wysokogórskie kolejki – każda z nich zabiera do góry 160 osób! Z najwyższego szczytu Cime de Caron (3195 m n.p.m.) widać Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Mówi się, że ten narciarski raj nigdy by nie powstał, gdyby nie miłość pewnego szkockiego pułkownika do Méribel. W 1938 r. stworzył on w tym miejscu alpejską stację (Méribel les Allues), która wkrótce stała się zimowym kurortem Brytyjczyków. Sąsiednia Val Thorens, leżąca na wysokości 2300 m n.p.m. (najwyżej położona stacja narciarska w Europie), przyciąga wielu młodych amatorów białego szaleństwa, pragnących sprawdzić się na jej trudnych stokach. W nieco snobistycznym Courchevel widuje się gwiazdy i polityków z pierwszych stron gazet. Ceny bywają w nim astronomiczne, w sam raz dla szejków z Arabii Saudyjskiej czy milionerów z Rosji, którzy bez mrugnięcia oka płacą po 1000 euro za nocleg. Dzięki częstszym połączeniom lotniczym z Polski do Lyonu i Genewy oraz sieci shuttle busów, które sprawnie przewiozą nas w góry, marzenia o szusowaniu na tutejszych stokach mogą teraz łatwo się ziścić. Aby przyjechać do Trzech Dolin, tak naprawdę wcale nie trzeba być krezusem. Wystarczy pamiętać, że koszty wyjazdu będą dużo mniejsze, jeśli zamieszka się w komfortowym apartamencie z własnym wyżywieniem.   

 

Czechy – teraz jeden skipass

U naszych kolejnych południowych sąsiadów, czyli Czechów, mamy 450 km tras zjazdowych w ponad 200 ośrodkach narciarskich. Najsłynniejszy z nich to Szpindlerowy Młyn (Špindlerův Mlýn) w Karkonoszach, ok. 50 km od polskich Jakuszyc. Na narciarzy czeka w nim 25 km nartostrad, kilkanaście wyciągów orczykowych i cztery krzesełkowe, a na snowboardzistów – duży snowpark. Miejsc, gdzie można poszaleć na desce, jest zresztą w Czechach znacznie więcej. Warto wymienić choćby kompleksy w malutkich Rejdicach na pograniczu Karkonoszy i Gór Izerskich, a także w Rudawach – najlepsza czeska U-rampa. Ofertę wzbogaciły nowe ośrodki Kouty nad Desnou w paśmie Jesioniki (Jeseníky) czy Skipark Červená Voda w Górach Orlickich. W niektórych z nich – Pecu pod Śnieżką i Czarnej Górze (Černá hora) – można już korzystać ze wspólnego skipassu. Najmłodsi miłośnicy białego szaleństwa nauczą się jeździć na nartach pod okiem instruktorów w specjalnie wydzielonych parkach. Największy z nich znajduje się w Lipnie na Szumawie. Z kolei w Harrachovie na dzieci czekać będzie zamek ze śniegu, a w mieście Kašperské Hory – snowtubing w rynnie oraz slalom z postaciami z bajek. Kompleks narciarski Malá Úpa (SKiMU) we wschodnich Karkonoszach (zaledwie 25 km od Karpacza) zaprasza na rodzinny wypoczynek. To jeden z najwyżej położonych ośrodków w Czechach – dolna stacja wyciągu usytuowana jest tutaj na wysokości ponad 1000 m n.p.m. W tegorocznym sezonie w Malej Úpie dzieci do lat 6 jeżdżą na nartach za darmo. Amatorzy białego szaleństwa mogą zakupić Karkonosze Regioncard – pierwszą czesko-polską regionalną kartę gościa, która uprawnia do ponad 250 atrakcyjnych zniżek po obu stronach granicy. Jej zimowy wariant (ważny przez 14 dni od 1 listopada 2012 r. do 30 kwietnia 2013 r.) obejmuje rabaty m.in. na wyciągi, wypożyczalnie i serwisy sprzętu, szkółki narciarskie, ośrodki SPA & Wellness, restauracje, sklepy czy muzea. Cena karty dla osoby dorosłej wynosi 17 zł. W dniach 11–15 stycznia w osadzie Pustevny w Beskidach obejrzymy lodowe rzeźby. Poza tym między 22 a 26 stycznia 2013 r. odbędą się tu wyścigi psich zaprzęgów. A jeśli znudzą się nam te wszystkie atrakcje, warto połączyć wyjazd na narty z kuracją w Mariańskich lub Jańskich Łaźniach czy też Luhačovicach.

 

Bansko – narodziny gwiazdy

Bułgaria od dawna, oprócz wybrzeża Morza Czarnego i jego pięknych plaż, oferuje znakomite stoki narciarskie. Kto lubi wielkomiejski blichtr, wybierze masyw górski Witosza w sąsiedztwie Sofii. Wyciągi krzesełkowe, gondola i snowpark czekają tu zarówno na początkujących narciarzy, jak i mistrzów dwóch desek. Podobnie w Pamporowie, które uchodzi za perłę wśród bułgarskich stacji w paśmie Rodopów – prawie 40 km tras, szkółki narciarskie, a przy stokach sympatyczne tawerny. Ostatnio jednak furorę robi przede wszystkim Bansko – namaszczone przez samego Alberto Tombę, który miał powiedzieć, że to najlepszy ośrodek sportów zimowych w Europie Wschodniej. W przeciwieństwie do Pamporowa, gdzie stoki są dość łagodne, tu każdy znajdzie coś dla siebie. Spośród 70 km nartostrad większość jest sztucznie naśnieżana. Sam ośrodek robi duże wrażenie – hotele, wyciągi, trasy lśnią nowością jak w zachodnich stacjach. Co pół godziny kursują darmowe busy dla narciarzy, a po białym szaleństwie czeka na nas 200 malowniczych tawern w miasteczku. W restauracji Veselo Selo odbywają się pokazy folklorystyczne, podczas których można spróbować bułgarskiej kuchni i mocnej rakii.

 

Turcja – egzotyka na stoku

Narty w Turcji?! Dziś nikogo nie zdziwi taki wybór kierunku wyjazdu zimowego. Do Erzurum, stolicy całego regionu narciarskiego (ponad 380 tys. mieszkańców), można dostać się samolotem, odkąd powstał tu międzynarodowy port lotniczy. Stąd blisko już do nowoczesnych stacji dla amatorów białego szaleństwa w Górach Pontyjskich. W 2011 r. odbyła się tutaj Zimowa Uniwersjada, a rok później Mistrzostwa Świata Juniorów w narciarstwie klasycznym. Najbardziej znanym ośrodkiem narciarskim jest Palandöken, położony zaledwie ok. 5 km od Erzurum. Do dyspozycji mamy w nim 9 wyciągów, w tym dwie gondole, oraz 22 trasy, a wśród nich slalomowe FIS, poprowadzone na wysokości 2200–3200 m n.p.m. Sezon trwa tu od połowy grudnia do maja. Kontynentalny klimat sprawia, że drobny i suchy śnieg wręcz idealnie nadaje się dla narciarzy. Niecałe 20 km od Erzurum znajdziemy inny nowoczesny ośrodek – Konaklı Alp Disiplini Kayak Tesisi. Wybudowano go na potrzeby Zimowej Uniwersjady, dysponuje 6 wyciągami krzesełkowymi i ciekawymi trasami. Wielbiciele dużych prędkości zazwyczaj okupują przejazd przygotowany do slalomu giganta, gdzie mogą poczuć się prawie jak słynny Herminator, Hermann Maier…


 

Artykuły wybrane losowo

Sardynia – kraina sprzyjających wiatrów

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

Więcej…

Wiele twarzy Panamy

1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...