WOJCIECH KUDER

 

<< Odkąd na początku XX stulecia wynaleziono pierwszy małoobrazkowy aparat fotograficzny, podróżowanie zaczęło nierozerwalnie wiązać się z dokumentowaniem rzeczywistości w kadrach. Dziś następca „camery obscury” towarzyszy człowiekowi wszędzie – od zaśnieżonych szczytów Himalajów po piaski Sahary i porywający magią tysiąca barw wodny świat Wielkiej Rafy Barierowej u wybrzeży Australii, na lądzie, w powietrzu i głęboko pod ziemią, wśród soczystej zieleni tropikalnych lasów Amazonii i surowej bieli niedostępnej Arktyki… >>

 

 FOT. INDIA TOURISM FRANKFURT Tadź Mahal w Agrze w Indiach – mauzoleum cesarzowej Mumtaz Mahal

Nic tak doskonale nie oddaje przecież niepowtarzalnego klimatu miejsca czy atmosfery wydarzenia jak znakomite ujęcie, które na ułamek sekundy zatrzymuje czas i w perfekcyjny sposób utrwala to, co najcenniejsze i warte pokazania. Przez długie dziesięciolecia ani odrobinę nie zmalały godne podziwu pasja i poświęcenie fotografów-globtroterów. Powstała za to nowa forma turystyki – fotoekspedycje. Obecnie to już nie tylko osobliwe hobby zarezerwowane dla garstki zapaleńców, ale prawdziwa moda, która podbija serca milionów ludzi na całej ziemi.  

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive chcielibyśmy zaprezentować alternatywę dla standardowych podróży – połączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli poznawania fascynujących zakątków globu z nauką robienia doskonałych zdjęć. O przybliżenie tematu poprosiliśmy ekspertów w tej dziedzinie. Czym są dla nich fotoekspedycje? – To wyprawy przeznaczone dla wszystkich ludzi, fotografów i podróżników, dla których poznawanie świata i uwiecznianie go w kadrach stało się sensem życia. Podczas tego typu ekspedycji jest niezmiernie ważne, aby doświadczać autentycznych rzeczy: obcować z naturą, odwiedzać miejsca nieopisane w przewodnikach i rozmawiać z mieszkańcami odwiedzanych krajów o ich prawdziwym życiu. Dzięki temu zdobędziemy wyjątkowe zdjęcia i niezapomniane przeżycia, zasmakujemy egzotycznych potraw, poczujemy orzeźwiającą morską bryzę, a w naszych uszach i duszach już na zawsze rozbrzmiewać będzie lokalna muzyka… – uważaMarek Szymczakowski, prezes Good Photo Adventure Team.

FOT. TOURSIM NEW ZELAND/FRASER CLEMENTS

okolice kurortu Queenstown należą do ulubionych miejsc fotografów w Nowej Zelandii

 

Znakomite połączenie

Postęp technologiczny, a co za tym idzie miniaturyzacja i większa dostępność sprzętu fotograficznego sprawiają, że coraz więcej turystów nie rozstaje się w trakcie swoich wojaży po świecie z aparatem. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem – jak przyznaje Miłosz Kaleciński z Przygody4x4 – podróżowanie i fotografia uzupełniają się wręcz doskonale. – Fotoekspedycja to, najkrócej mówiąc, zorganizowany wyjazd dla osób, które kochają fotografować i chcą połączyć swoją pasję z odkrywaniem nowych miejsc. Słowo „ekspedycja” nie jest tutaj przypadkowe, bowiem często są to wyjazdy o charakterze trekkingu czy wypraw off-roadowych. Dzięki takiej formule ich uczestnicy mogą nie tylko podnieść swoje umiejętności, ale i przeżyć niezapomnianą przygodę – tłumaczy nasz rozmówca. Fenomen tego typu imprez tkwi właśnie w zachowaniu odpowiedniej proporcji pomiędzy czasem spędzanym na robieniu zdjęć i przeznaczonym na pozostałe aktywności, dlatego ważny bywa wybór kierunku interesującego także z innych względów niż walory wizualne. Dodatkowy smaczek dla fotografów-globtroterów stanowią m.in. ekstremalne przejażdżki jeepami, zdobywanie nieprzystępnych górskich szczytów czy przedzieranie się przez gęste zarośla równikowej dżungli. – Fotoekspedycje nierzadko zasługują na miano prawdziwych wypraw, ponieważ dotarcie w niektóre miejsca wymaga czasami zdecydowanie więcej wysiłku niż przemieszczanie się z hotelowego pokoju na fotel w autobusie. Ich głównym celem jest odkrycie wyjątkowych plenerów fotograficznych i zdobycie wspomnień na długie lata – opisuje Jerzy Arsoba z biura podróży Arsoba Travel.

FOT. KENIA TOURISM BOARD

Kenia – przelot balonem nad Rezerwatem Narodowym masai mara

 

Recepta na sukces

Gwarancję powodzenia w tym przypadku stanowi jednak wybranie nie tylko ciekawych zakątków świata, ale również właściwej osoby prowadzącej, która powinna łączyć w sobie cechy dobrego przewodnika i eksperta do spraw fotografii. Idealnymi kandydatami są profesjonalni fotograficy pragnący dzielić się swoją fachową wiedzą, dużym doświadczeniem i znający odwiedzane rejony niczym własną kieszeń. – Tylko wówczas trafia się w odpowiednie miejsca o odpowiedniej porze dnia i ma się wystarczająco dużo czasu, żeby w pełni wykorzystać ich walory. Oznacza to czasem zrezygnowanie z wygody, aby dotrzeć gdzieś przed wschodem słońca, albo zarwanie nocy, gdy opuszcza się plener dawno po zmroku. Jeśli piloci grupy są jednocześnie fotografikami, wówczas fotoekspedycje mogą przekształcać się w warsztaty fotograficzne, na których otrzymuje się sporą dawkę wiedzy teoretycznej i którym towarzyszą dyskusje na temat formy i znaczenia fotografii – mówi Tomasz Czarnecki z eclipses.eu i adventure2. To właśnie osoba przewodnika decyduje w głównej mierze o sukcesie. Potwierdza to Magdalena Michalska-Szmidt, kierownik ds. marketingu w firmie Nikon Polska, która jednocześnie dodaje, że ze względu na specyfikę tego rodzaju turystyki cała sfera organizacyjna musi być perfekcyjnie przygotowana, dopięta na ostatni guzik. – W fotoekspedycjach Akademii Nikona najważniejsza jest satysfakcja uczestników z poznawania nowych, często bardzo egzotycznych miejsc. Organizujemy kilka wyjazdów w roku, zawsze indywidualnie zaplanowanych z fotografem-wykładowcą naszej akademii, który zna doskonale dany teren i wie, jakie atrakcje tam czekają. Jego podopieczni mogą skupić się tylko na tym, co najważniejsze – fotografowaniu i szlifowaniu warsztatu pod okiem profesjonalisty. To my, jako organizator, całkowicie dbamy o bezpieczeństwo i komfort od wylotu z Polski do powrotu do naszego kraju. Poza tym dzięki kameralnym grupom (8–12 osób) nasz specjalista ma szansę poświęcić wystarczająco dużo czasu każdemu uczestnikowi. Na 2–3 tygodnie przed wyjazdem spotykamy się, żeby lepiej się poznać oraz porozmawiać o fotografii i oczekiwaniach wobec imprezy. Co więcej, fotoekspedycje Akademii Nikona odróżnia od innych wyjazdów fotograficznych możliwość bezpłatnego wypożyczenia sprzętu, w tym obiektywów i lustrzanek, również tych profesjonalnych, o jakich marzy niejeden zawodowiec – opowiada Magdalena Michalska-Szmidt.

 

Na każdą kieszeń

Wbrew powszechnemu mniemaniu, że ten typ turystyki zarezerwowany jest wyłącznie dla najbogatszych, w rzeczywistości grono wybierających tego rodzaju oferty ciągle się powiększa. Dzieje się tak, gdyż coraz bardziej przystępne stają się ceny, zarówno jeśli chodzi o sprzęt do fotografowania, jak i profesjonalnie zorganizowane kursy, których każdego roku przybywa na naszym rynku. – Koszt wyjazdów fotograficznych zależy od kilku czynników: kierunku wyprawy, wielkości grupy, programu i długości pobytu. Rozrzut cenowy bywa zatem duży: od 200 zł za 2-dniowe warsztaty fotografii ulicznej w Warszawie do 10 tys. zł za 2-tygodniowe zwiedzanie Kuby w bardzo kameralnej grupie 5 uczniów z jednym instruktorem. Myślę, że wśród wielu propozycji wszyscy znajdą coś na swoją kieszeń – zapewnia Sylwia Huber z Aslema Tours. Trudno się z tym nie zgodzić, bowiem różnorodność ofert na rynku wydaje się wprost niezliczona. W tej sytuacji już przy budżecie na poziomie jedynie kilkuset złotych można wybierać pomiędzy kilkoma równie atrakcyjnymi programami.  

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wielki Kanion Kolorado w uSA

 

Najpopularniejsze kierunki

Fenomen fotoekspedycji polega na tym, że nigdy nie zabraknie ciekawych miejsc do odwiedzenia i uwiecznienia na zdjęciach. Każdy bez trudu odkryje własną ziemię obiecaną, która swym pięknem i unikalnością zafascynuje go bez reszty. – Dziś niemal wszędzie można dotrzeć z aparatem. Organizatorzy oferują klientom duży wybór kierunków, począwszy od krótkich weekendowych wyjazdów do którejś z europejskich stolic, a skończywszy na prawdziwie ekstremalnych eskapadach w rejony tropikalne lub polarne. Największą popularnością cieszą się Stany Zjednoczone i Meksyk, Kuba, Indie, Indochiny, Nepal, Namibia oraz Peru i Boliwia – wymienia Miłosz Kaleciński z Przygody4x4. Szczególnie kraje Dalekiego Wschodu oraz Ameryki Łacińskiej działają dziś jak magnes na poszukujących inspiracji fotografów-podróżników. Przyciągają swoją zachwycającą egzotyką, dziewiczą przyrodą, niesłychanym bogactwem tematów fotograficznych, kolorami, światłem i gościnnością, z jaką wita się tam przyjezdnych. – Azja bywa częstym punktem docelowym fotoekspedycji zapewne dlatego, że jest stosunkowo tania (wśród egzotycznych dla Polaków regionów), ale także bardzo wdzięczna do fotografowania. Spotykani na trasach ludzie są otwarci, naturalni i chętnie pozują, o co trudniej w krajach arabskich czy niektórych afrykańskich. Oprócz dalekich wypraw klienci bardzo chętnie wybierają się też na wypady do europejskich miast: Barcelony, Berlina, Londynu, Amsterdamu czy Paryża, aby uczyć się tzw. fotografii ulicznej – uchwycenia w kadrze specyfiki miejsc i unikalnych momentów. Wizyty w metropoliach Starego Świata nierzadko łączymy z oglądaniem wystaw wielkich mistrzów fotografii. Sporo warsztatów organizujemy również w niezmiernie malowniczych polskich plenerach, takich jak Bieszczady, Bory Tucholskie czy Suwalszczyzna – mówi Sylwia Huber z Aslema Tours. Jak więc widać wybór odpowiedniej oferty zależy wyłącznie od wyobraźni i zasobności portfela osoby pragnącej przeżyć niezapomnianą przygodę z aparatem w dłoni. Niesłabnącym zainteresowaniem wśród miłośników fotografowania cieszą się też m.in. słynące z niezwykłych krajobrazów Australia i Nowa Zelandia, dzika Kamczatka, malownicza Toskania, tajemnicza Gruzja czy fascynująca magią potężnych fiordów Norwegia. Za absolutne fotoekspedycyjne hity uchodzą także Japonia oraz Wyspy Owcze i Islandia. Ostatnio coraz większą popularność zdobywają również mało znane w Polsce, niezmiernie kolorowe i pasjonujące kraje, jak np. Bhutan, Gwatemala, Kolumbia czy Wenezuela.

FOT. CANADIAN TOURISM COMMISSIONPADDY PALLIN

 Północ Kanady – fotografowanie łosi

 

Moda na aktywność

O tym, że turystyka aktywna, do której bez wątpienia zaliczymy fotoekspedycje, zdobywa coraz szersze grono zwolenników, nikogo nie trzeba już specjalnie przekonywać. Potwierdza to też Magdalena Michalska-Szmidt i nadmienia, że w przypadku niektórych kierunków wyjazdów chętnych jest aż tylu, że tworzy się listy rezerwowych, a nawet kolejne tury. – Obserwujemy stały wzrost zainteresowania wyprawami fotograficznymi Akademii Nikona i zdarza się, że brakuje nam wolnych miejsc. Tak było przy okazji kursu w Namibii z Marcinem Kydryńskim, tak jest również z wyjazdem do Bhutanu pod okiem Pawła Chary. W tej chwili już co czwarty uczestnik wybiera nas po raz drugi. Świadczy to niewątpliwie o wysokim poziomie naszych ofert. Ta popularność wynika zapewne z tego, że proponujemy kierunki interesujące zarówno z punktu widzenia podróżnika, jak i fotografa, oraz nietuzinkowe programy. Nie ma dwóch identycznych fotoekspedycji, chyba, że klienci wyrażają taką potrzebę. Najczęściej wyjeżdżają z nami osoby, które cenią sobie komfort i chcą skupić się tylko na fotografii i poznawaniu nowych miejsc, a nie na mierzeniu się z trudnymi warunkami i dzikością przyrody. Już sama atmosfera wyprawy bywa wystarczająco emocjonująca! Podczas wyjazdów między uczestnikami zawiązują się także bliższe relacje, prawdziwe przyjaźnie. Dlatego po powrocie do kraju często utrzymują oni stały kontakt ze sobą oraz naszym fotografem. Powoli, pod egidą Akademii Nikona, zaczyna się tworzyć wyjątkowe grono podróżników-fotografów. Mamy nadzieję, że tych ludzi, których łączy wspólna pasja, będzie jeszcze więcej – podsumowuje kierownik ds. marketingu

Artykuły wybrane losowo

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Jamajka – wyspa w słońcu

 

Robert Pawełek

www.travelcompass.pl

 

 To o niej mógł śpiewać amerykański piosenkarz Harry Belafonte w swoim przeboju z 1957 r. „Island in the Sun”. Na tej szerokości geograficznej przez większość dnia słońce wisi pionowo nad ziemią. Tutaj angielski pisarz Ian Fleming powołał do życia słynnego brytyjskiego agenta 007. Dziś w jamajskim barze można czasem spotkać hollywoodzkie gwiazdy.

 

Kiedy w 1494 r. Krzysztof Kolumb dotarł do brzegów Jamajki, napisał w swoim dzienniku, że to najpiękniejsza wyspa, jaką ujrzały ludzkie oczy. Wraz z nim przybyli hiszpańscy marynarze. Wkrótce mieli poznać rdzennych mieszkańców tego lądu – Tainów. Indianie nazywali go Xaymacą, co znaczyło „kraj drewna i wody”. Z ich języka wywodzą się także słowa „hamak”, „kajman”, „tabaka”, „barbecue”, „huragan” czy „koliber”.

 

Przybycie Krzysztofa Kolumba nie okazało się jednak dla Tainów wydarzeniem szczęśliwym. Hiszpanie podporządkowali ich sobie i zmuszali do ciężkiej pracy. Poza tym Indianie zaczęli chorować na powszechnie znane w Europie choroby, na które oni sami nie byli odporni. Zaledwie 100 lat później rdzenni mieszkańcy Jamajki niemal wymarli. Anglicy po zdobyciu wyspy w 1655 r. zmienili ją w ogromną dochodową plantację cukru, na którą masowo sprowadzali niewolników z Afryki Zachodniej. Obecnie żyją na niej jednak nie tylko potomkowie europejskich kolonizatorów i ludności z Czarnego Lądu. Przez wiele lat przybywali tu imigranci z Indii, Chin, Izraela czy Palestyny. Dzisiejsi Jamajczycy tworzą więc społeczeństwo bardzo różnorodne. Jamajka kojarzy się przede wszystkim z radosnym, roztańczonym i rozśpiewanym krajem, krainą reggae, beztroski i luzu. I taka jest w rzeczywistości.

 

W Górach Błękitnych spotkamy m.in. urocze wille i paprocie drzewiaste

NY JAMA A031757 House on Blue Mountain 4C1 cut

©JAMAICA TOURIST BOARD

 

Z wizytą w raju

 

Rozsławiona przez Harry’ego Belafonte’a „wyspa w słońcu” stanowi wymarzone miejsce na niezapomniany urlop. Przez cały rok panuje tu tropikalna pogoda, temperatura w niższych partiach lądu utrzymuje się na podobnym poziomie 25–30°C (i 15–22°C na wyżej położonych terenach), a lato i zima różnią się nieznacznie. Nocą powietrze nieco się ochładza, ale nawet wtedy nie przestaje być ciepło. Jamajka przyciąga turystów pięknymi plażami z lśniącym piaskiem delikatnie muskanymi przez fale. Daleko od lądu morze jest pofalowane i ma ciemnoniebieską barwę, bliżej wybrzeża, w osłoniętych od wiatru zatokach przypomina lustro i mieni się wieloma kolorami: błękitnym, turkusowym, modrym…

 

W przejrzystej wodzie widać dokładnie karaibskie głębiny. Ryby we wszystkich kolorach tęczy opływają ławicami koralowce i podwodne skały. Ten rajski spokój zakłócają jednak huragany, czasami nawiedzające wyspę w trakcie pory deszczowej. Trwa ona zazwyczaj od maja do października. W tym okresie zagraniczni goście raczej omijają te strony.

 

Wyjątkowe połączenie sprzyjających warunków klimatycznych, ciekawego ukształtowania terenu i różnorodności przyrodniczej wyróżnia Jamajkę na Karaibach. Jej w większości wyżynno-górzysty ląd pokrywa bujna roślinność i lasy równikowe. Na wschodzie leży pasmo Gór Błękitnych (Blue Mountains) z najwyższym jamajskim szczytem – Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). Jego najczęściej spowity we mgle wierzchołek góruje dumnie nad okolicą. Tereny w głębi wyspy nie są już tak idylliczne jak wybrzeże. W poprzecinanym wąwozami i trudno dostępnym regionie Cockpit Country, z licznymi jaskiniami na północnym zachodzie, ukrywali się kiedyś Maroni (potomkowie zbiegłych czarnych niewolników), którzy próbowali rozpocząć nowe życie. Na północy rejony górskie kończą się plażami pokrytymi jasnym piaskiem, a na południu urwiste, szorstkie klify stawiają opór bijącym falom. Linię brzegową przecinają rzeki i wodospady wypływające wprost z gór do morza. Jamajska tropikalna flora zachwyca swoim oszałamiającym bogactwem. Na wyspie występuje ponad 3,6 tys. gatunków roślin, w tym liczne odmiany palm, paproci i storczykowatych. Tę różnorodność urozmaica jeszcze niezmiernie ciekawa fauna – m.in. ok. 110 gatunków ptaków, w tym 31 endemicznych. Wśród nich znajduje się jeden z symboli Jamajki, czyli koliber czarnogłowy, nazywany doctorem birdem.

 

Na Jamajce spłyniemy bambusową tratwą po Rio Grande i Martha Brae

xm2450a martha brae ret2

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Plaża Jamesa Bonda

 

Turyści często wybierają Montego Bay, drugie po Kingston (stolicy kraju) najważniejsze miasto na wyspie i zarazem największy tutejszy ośrodek wypoczynkowy. Otaczają je wybrzeże z białym piaskiem, nowoczesne resorty i pola golfowe. Jeżeli znudzimy się nieustannym leżeniem na plaży i sączeniem przez słomkę kolejnejpiña colady, drinka jamaican browning lub innych lokalnych koktajli, powinniśmy opuścić hotel i wyruszyć na zwiedzanie. Mimo niewielkich rozmiarów Jamajki (odległość w linii prostej z zachodu na wschód wynosi ok. 235 km, z południa na północ w najszerszym miejscu – 84 km), nie brak jest na niej ciekawych atrakcji. Możemy wybrać się na wycieczkę rowerową wzdłuż brzegu morza lub w góry. Trasy takich wypraw prowadzą przez lasy tropikalne, plantacje kawy i bananów. Wiele wrażeń dostarcza też spływ długą tratwą bambusową po Rzece Wielkiej (Rio Grande). Zaczyna się w Berrydale. Najpierw przeprawiamy się przez gęsto zarośnięte gaje. Po drodze mijamy przesmyk Lovers Rock (Skała Kochanków) i docieramy aż do ujścia rzeki do morza w Rafter’s Rest. Jeśli mamy wolny cały dzień, wybierzmy się na wycieczkę w Góry Błękitne wznoszące się na północny wschód od Kingston. Ich zwykle zamglone wierzchołki wyglądają bardzo atrakcyjnie. Nie musimy wcale decydować się na pieszą wędrówkę, niepowtarzalny urok tego regionu możemy podziwiać z okien samochodu. Warto pamiętać o zabraniu stroju kąpielowego, po drodze znajdziemy dużo miejsc odpowiednich na odświeżającą kąpiel.

 

Na zainteresowanie zasługuje również założone w 1769 r. miasto Falmouth. Niegdyś był to jeden z najruchliwszych portów na wyspie. Jeśli będziemy mieć szczęście, trafimy na zawody triatlonowe odbywające się w pobliżu. To prawdziwie mordercze wyzwanie w tak gorącym klimacie! Na metę, ustawioną pod Rose Hall (rezydencją nawiedzaną ponoć przez ducha dawnej właścicielki Annie Palmer, podobno fanatycznej wyznawczyni kultu voodoo), dobiegają najbardziej wytrwali zawodnicy. Jamajka słynie z lekkoatletycznych talentów – Usain Bolt w 2009 r. ustanowił rekordy świata w biegu na dystansie 100 i 200 m. Najlepsze wyniki biegaczy nierzadko zresztą należą do Jamajczyków. Zabytkowe Falmouth zachwyca przede wszystkim swoją kolonialną architekturą. Niegdyś prężnie się rozwijało – sieć wodociągów zbudowano w nim wcześniej niż w Nowym Jorku! Dziś Falmouth Heritage Renewal, organizacja non-profit, stara się przywrócić blask różnym obiektom w stylu gregoriańskim, takim jak Centrum Handlowe i Historyczne Alberta George’a, anglikański Kościół św. Piotra czy imponujący budynek sądu z 1815 r.W mieście kręcono również Motylka (1973 r.) z Dustinem Hoffmanem i Steve’em McQueenem w rolach głównych.

 

Bardzo interesująca może być wyprawa do miasta Ocho Rios, czyli Osiem Rzek (chociaż nie ma ich naprawdę aż tyle w okolicy). Jak mówią Jamajczycy, w tym miejscu niebo wlewa się do morza. Z myślą o turystach docierających tu statkami pasażerskimi powstały restauracje i sklepy wolnocłowe. W mieście faluje wesoły, barwny tłum podążający w sobie tylko znanym kierunku. Głośna muzyka reggae płynie z głośników ustawionych przez młodych didżejów. Stąd już niedaleko do dawnego portu bananowego Oracabessa. W jego pobliżu rozpościera się plaża o charakterystycznej nazwie – James Bond Beach, z której widać dawną rezydencję Iana Fleminga (1908–1964), czyli Goldeneye. To w niej powstawały powieści o słynnym brytyjskim agencie 007. Tutaj także Honey Ryder (pierwsza dziewczyna Jamesa Bonda grana przez Ursulę Andress) w filmie Doktor No (1962 r.) wychodziła z wody w scenie, która przeszła już do historii kinematografii. Poza tym wypoczywała w tym miejscu m.in. aktorka Elizabeth Taylor (1932–2011). Dziś chętni mogą spędzić noc w domu pisarza. Ta przyjemność kosztuje jednak kilka tysięcy dolarów amerykańskich. Nowy właściciel terenu Chris Blackwell, założyciel wytwórni Island Records, wybudował w sąsiedztwie kilka willi składających się na luksusowy kompleks turystyczny. Obecnie funkcjonuje tu resort GoldenEye.

 

Od połowy XX w. Jamajka zaczęła cieszyć się popularnością wśród hollywoodzkich aktorów i brytyjskich arystokratów. Mieszkali na niej też amerykański muzyk country Johnny Cash (1932–2003), angielski dramaturg Noël Coward (1899–1973) i aktor Errol Flynn (1909–1959). Przy odrobinie szczęścia, podczas wizyty w Couples Tower Isle w Ocho Rios, pierwszym na wyspie hotelu o standardzie all inclusive, czy ekskluzywnym resorcie The Caves w Negril uda nam się wypić drinka w towarzystwie sław z telewizji i pierwszych stron gazet.

 

W sąsiedztwie ekskluzywnych kompleksów wypoczynkowych znajdują się jednak rejony zamieszkane przez ludzi ubogich. W delikatnych tekturowych domach żyją całe rodziny, które utrzymują się z prowadzenia małych ulicznych straganów i punktów usługowych. Mimo to optymizm wydaje się nie opuszczać wyspiarzy. Jamajczycy są wyjątkowi: sympatyczni, otwarci i zawsze uśmiechnięci. Tę radość z życia oddają charakterystyczne wyrażenia i zwroty pochodzące z kreolskiego jamajskiego (języka patois), np. Yeah, mon! („Tak, bracie!”). Niezwykle życzliwi i uczynni miejscowi okazują się jednocześnie bardzo ciekawscy. Pytają rozmówców o kraj pochodzenia, cel podróży, zawód, a przede wszystkim o to, czy podoba się im Jamajka i czy zamierzają przyjechać na nią ponownie. Jamajczycy są świadomi swojej wartości i dumni z wyspy i wywalczenia niepodległości. Afrykańskie korzenie uważa się tu za zaletę, co podkreśla ruch rastafarian twierdzących, że wywodzą się od władców Etiopii i kiedyś powrócą do ojczyzny swoich przodków. Łatwo ich rozpoznać po długich dredach, które noszą rozpuszczone lub splecione dla wygody i osłonięte turbanem albo czapką. Ich kolorowe stroje nawiązują do barw z flagi etiopskiej – zieleni, żółci i czerwieni. Rastafarianie często palą święte zioło, czyli marihuanę. Mieszają ją razem z tytoniem, a samo palenie uchodzi za swoisty rytuał oczyszczający umysł, towarzyszy mu odmawianie modlitw i błogosławieństw.

 

Widok na Ocho Rios i port, w którym cumują statki wycieczkowe

Jamajka Ocho Rior fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Bob Marley i bobsleje

 

Do rozsławienia Jamajki w dużym stopniu przyczynił się Bob Marley (1945–1981), legendarny wykonawca reggae, który stał się symbolem awansu społecznego na wyspie. Jego fani składają wizyty w Nine Mile, rodzinnej wiosce muzyka, i poświęconej mu placówce w Kingston (Bob Marley Museum). W Ocho Rios można także zajrzeć do Reggae Xplosion, muzeum opowiadającego o życiu i twórczości Boba Marleya. Prezentuje ono również historię jamajskich gatunków muzycznych. Powstały pod koniec lat 70. XX w. dancehall, nawiązujący do reggae, zdobył popularność wśród młodszego pokolenia i na światowe listy przebojów w ciągu ostatnich kilkunastu lat trafiały piosenki takich Jamajczyków jak Shaggy, Beenie Man i Sean Paul.

 

Na Jamajce warto też… przejechać się bobslejem. Tor bobslejowy na górze Mystic (Mystic Mountain) ma 1 km długości. Dociera się do niego wyciągiem krzesełkowym, z którego można podziwiać przepiękne widoki. Ale największych emocji dostarcza szybki zjazd saniami pośród tropikalnego lasu. Od razu przypomina się filmReggae na lodzie (1993 r.) w reżyserii Jona Turteltauba, który inspirował się historią jamajskiej drużyny narodowej debiutującej w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary. Dziś Jamajka ma własną reprezentację w tej dziedzinie sportu, co jest prawdziwym wyczynem, zważywszy na panujące w kraju warunki klimatyczne. Po gorących przeżyciach orzeźwienie przynoszą kaskady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls o długości ponad 180 m), z których woda opada do Morza Karaibskiego. Do wspinaczki pod okiem miejscowych przewodników nie potrzeba specjalnej kondycji fizycznej. Niezbędne są jednak stroje kąpielowe i gumowe buty zapobiegające ślizganiu się po mokrych skałach. Obuwie można wypożyczyć na miejscu.

 

Krokodyle i narodowe skarby

 

Wodospady na rzece Dunn to popularne miejsce na wspinaczkę

Dunns River Falls1 fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Południowe wybrzeże Jamajki prezentuje inne oblicze tego kraju. Przez XVIII- i XIX-wieczne plantacje trzciny cukrowej dociera się do ukrytych plaż, gdzie nie ma żywej duszy. W mieście Black River doświadczony przewodnik zabiera chętnych na jedną z najdłuższych rzek na wyspie (53,4 km) i na jej największe chronione mokradła. W trakcie wyprawy łodzią można poczuć się jak na afrykańskim safari. Główny jej cel to tropienie krokodyli amerykańskich – jedynych niebezpiecznych zwierząt na Jamajce. Kiedyś występowały tu jeszcze jadowite węże (rzadki boa jamajski nie jest jadowity i nie stanowi zagrożenia dla człowieka), ale podobno wytępiły je mangusty sprowadzone z Afryki. Przewodnik wypatruje gadów i gdy uda mu się dojrzeć jakiegoś osobnika (a dzieje się to dość często), uradowany wskazuje go uczestnikom wycieczki. Krokodyle nierzadko podpływają do łodzi i dają się fotografować. Trzeba jednak być ostrożnym i trzymać się poręczy, bo mogą to być ostatnie nasze zdjęcia w życiu! Przy odrobinie szczęścia ujrzymy także kolibra czarnogłowego.

 

W środku jamajskiego lasu tropikalnego, w małej miejscowości Mavis Bank znajduje się istniejąca od 1885 r. fabryka kawy marki Jablum – Mavis Bank Coffee Factory. Trudno do niej dotrzeć bardzo wyboistą, wąską i stromą drogą, ale na pewno warto. Przyjrzymy się tu wszystkim etapom produkcji słynnej kawy z Gór Błękitnych – narodowego skarbu kraju zwanego „czarnym złotem Jamajki”. Tajemnica jej wysokiej jakości tkwi w wyjątkowych warunkach, w jakich się ją uprawia. Tropikalne ciepło, odpowiedni poziom wilgotności powietrza i ostry górski klimat sprawiają, że ziarna osiągają niepowtarzalny smak. Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych kaw na świecie. Nie jest kwaskowata i ma piękny zapach. Choć wtajemniczeni twierdzą, że aby wydobyć pełnię jej walorów smakowych, powinno się ją przygotowywać z użyciem odpowiedniej wody i że nie wszędzie smakuje tak dobrze jak na Jamajce… Krzewy kawowca rosną w cieniu wysokich drzew, na plantacjach położonych na wysokości pomiędzy 910 a 1700 m n.p.m. Tylko kawę pochodzącą z tych upraw wolno oznaczać nazwą Jamaica Blue Mountain Coffee. W fabryce warto zrobić sobie przerwę, żeby przy filiżance czarnego napoju podziwiać widok na góry.

 

Inny słynny produkt z wyspy stanowi rum. Najstarsza tutejsza destylarnia – Appleton Estate – działa od 1749 r. Na terenie fabryki, w wielkich halach leżakują liczne beczki wypełnione trunkiem. Każda została opisana według rodzaju i wieku rumu. Znajduje się tu również muzeum. I chociaż obecnie produkcja alkoholu jest zautomatyzowana, można spróbować swoich sił w wyciskaniu słodu w obsługiwanej ręcznie dużej zabytkowej prasie. Lokalny przewodnik oprowadza po zabudowaniach i objaśnia proces wytwarzania trunku. Dowiemy się od niego, że dawniej rum był jedynie produktem ubocznym powstawania cukru i dojrzewa wyłącznie w specjalnych beczkach. Alkohol rozlany do butelek nie nabiera już wieku. Każde odwiedziny w Appleton Estate kończą się degustacją. Przy tej okazji goście uczą się, że wiek trunku można rozpoznać także po jego kolorze (młode roczniki są jasne i ciemnieją z czasem). Rum klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet kokosowy lub czekoladowy. Na koniec należy zrobić niezbędne zakupy. Z Jamajki trzeba koniecznie przywieźć ze sobą paczki kawy i kilka butelek rumu.

 

W stolicy luzu

 

Wieczorem warto wybrać się do Negril, a szczególnie do „Rick’s Café”, knajpki wypełnionej tłumem turystów czekających na zachód słońca. Podobno porównywalnie znakomitym miejscem do podziwiania tego zjawiska jest wyspa Key West w amerykańskim stanie Floryda. Oczekiwanie urozmaicają młodzi ludzie skaczący z krawędzi klifu do granatowego morza. W końcu następuje moment, kiedy słońce kryje się za horyzont. To niepowtarzalny widok.

 

Dawno skończyły się czasy, gdy można było tu odkrywać puste i zapomniane fragmenty wybrzeża, przy których żyło skromnie kilku rybaków. Dzisiaj Negril zamieszkuje kilka tysięcy ludzi i stanowi ono dynamicznie rozwijający się ośrodek turystyczny z jedną z najdłuższych na Jamajce plaż (Seven Mile Beach, która w rzeczywistości ma „jedynie” ok. 6,5 km). Mimo tłumu turystów nadal da się w nim jednak wyczuć coś z dawnego czaru i atmosfery beztroski. W knajpkach posłuchamy muzyki na żywo. Wody zatoki zapełniają narciarze wodni, śmiałkowie na paralotniach i katamarany. W rejonie Long Bay Beach Park rozbrzmiewa reggae. Za dnia plaża jest niemal bezludna i ożywa dopiero późnym popołudniem. Jamajczycy rozkładają wówczas na piasku grille zrobione domowym sposobem z beczek po ropie i rozpoczynają smażenie kurczaka w marynacie jerk. To najbardziej popularna jamajska potrawa, podawana nawet w eleganckich restauracjach. Ma bardzo pikantny smak. Do jej przygotowania używa się mięsa marynowanego w zalewie z soku limonki z dodatkiem ostrej papryki, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i innych ziół. Przepis ten pochodzi podobno od rdzennych mieszkańców wyspy – Tainów. Ostry zapach smażonego kurczaka w upalnym powietrzu miesza się z gorącymi rytmami reggae.

 

Jamajska turystyka

 

Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych miejsc urlopowych na świecie i aktywnie promuje się na znaczących międzynarodowych imprezach związanych z turystyką. Na wyspie organizowane są również targi turystyczne, z których największe to Jamaica Product Exchange (JAPEX). W kraju powstają także interesujące oferty dla branży MICE. Organizatorzy spotkań, konferencji i wyjazdów integracyjno-motywacyjnych mogą skorzystać z usług przeznaczonych specjalnie dla firm i odpowiednio przygotowanej infrastruktury. Część Jamajki (Góry Błękitne i pasmo John Crown – obszar zamieszkiwany przez Maronów) jako obiekt mieszany o charakterze kulturowo-przyrodniczym znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, obok tylko 35 tego rodzaju wyjątkowych miejsc na ziemi. W rankingu najfajniejszych narodów na świecie opublikowanym w 2011 r. na stronie internetowej amerykańskiego portalu informacyjnego CNN Jamajczycy uplasowali się na trzeciej pozycji (po Brazylijczykach i Singapurczykach). Poza tym ten karaibski kraj ze względu na swój wielki potencjał stanowi świetny region dla inwestorów i przedsiębiorców zagranicznych. Wyspa leży przy głównych szlakach powietrznych i morskich na Karaibach oraz w niewielkiej odległości od najważniejszych światowych rynków. Działają na niej nowoczesne porty lotnicze, znajdują się tu dobre drogi i infrastruktura spełniająca międzynarodowe standardy.

 

Jak na kraj rozwijający się baza noclegowa na Jamajce jest bardzo dobrze rozbudowana. Duży wybór różnorodnych hoteli, willi i pensjonatów oraz wysoką jakość usług docenią nawet najbardziej wymagający klienci. Wiele obiektów, najczęściej typu all inclusive, należących do znanych międzynarodowych sieci, leży nad urokliwymi plażami w pobliżu atrakcji turystycznych. Goście mogą korzystać ze znakomitej infrastruktury hotelowej, świetnej obsługi i ciekawej oferty spędzania wolnego czasu. Ośrodki wybudowane na rozległych terenach są tak zaprojektowane, że nie trzeba opuszczać hotelu, aby zrelaksować się i rozerwać. Popularnością cieszą się też strzeżone, luksusowe i kameralne kondominia z pełną obsługą, choć ze względu na wysoką cenę nie każdy może sobie pozwolić na wynajęcie w nich apartamentu. Oczywiście, oprócz tego rodzaju drogich kompleksów na Jamajce znajdują się również niskobudżetowe hotele i pensjonaty dla mniej wymagających turystów. Wiele z nich jest urządzonych w stylu postkolonialnym.

 

Niektóre z obiektów, takie jak te należące do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts, IBEROSTAR, Sandals czy Couples Resorts, oferują pakiety dla narzeczonych i nowożeńców w różnych cenach w zależności od długości pobytu, czasami także z darmową ceremonią ślubną. Idealne na dużą uroczystość będą resort Half Moon i rezydencja Rose Hall. W przypadku bardziej kameralnych ślubów sprawdzi się Round Hill Hotel and Villas, natomiast nowoczesnej parze młodej przypadnie do gustu Rockhouse. Za popularne wśród zakochanych jamajskie ośrodki uchodzą Luxury Bahía Príncipe Runaway Bay, The Caves w Negril i Couples Tower Isle w Ocho Rios. Hotele butikowe charakteryzują się jeszcze wyższym standardem i zapewniają większą prywatność. Dla przykładu Trident Hotel w Port Antonio nie bywa zbyt oblegany przez turystów i stanowi ulubione miejsce celebrytów. Strawberry Hill słynie nie tylko ze wspaniałej kuchni, ale też organizowania przepięknych uroczystości ślubnych oraz wspaniałych widoków na Kingston i Blue Mountain Peak. Mimo iż na wyspie raczej niechętnym okiem patrzy się na nietypowe ceremonie zaślubin, ośrodek Hedonism II w Negril oferuje swoim gościom również możliwość zawarcia małżeństwa w stroju Adama i Ewy.

 

Kilka prostych zasad

 

Wbrew często pojawiającym się stereotypowym opiniom Jamajka jest właściwie bezpieczna. Dodatkowo nad bezpieczeństwem przyjezdnych czuwa specjalnie powołana policja turystyczna. Oczywiście, w każdej podróży gdziekolwiek na świecie można spotkać się z nieprzyjemnościami. Na pewno trzeba pamiętać, że to kraj ogromnych kontrastów społecznych.

 

Na co dzień, jak gdzie indziej, warto przestrzegać pewnych zasad. Nie należy okazywać zniecierpliwienia. Ulubione powiedzenie Jamajczyków soon come („niedługo będzie”) w pełni wyraża ich życiową postawę. Uśmiech i żart pomogą wyjść z twarzą z każdej kłopotliwej sytuacji. Wyspiarze, zwłaszcza sprzedawcy, są prawie zawsze chętni do sympatycznej pogawędki. Jeśli ktoś nie życzy sobie usług przewodnika lub nie ma ochoty kupić zachwalanego towaru, wystarczy, że grzecznie, ale stanowczo powie: No, thank you.

 

Nie wolno też fotografować bez pozwolenia. Może to sprawić trudność wielu dzisiejszym turystom, ale zawsze należy zapytać o zgodę osobę, której chce się zrobić zdjęcie. Jeśli odmówi, trzeba to uszanować. Poza tym zdecydowanie lepiej nie ryzykować i nie kupować marihuany. Rastafarianie uważają, że ma ona właściwości uzdrawiające – od lat stosują ją jako naturalne lekarstwo. Co prawda, od 25 lutego 2015 r. prawo obowiązujące na Jamajce dopuszcza posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i 5 sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, ale w przypadku znalezienia u kogoś większych ilości nadal grozi mu kara więzienia. W jamajskich zakładach karnych panują ciężkie warunki, a organy ścigania nie pobłażają również zagranicznym gościom.

 

Odradza się także przechadzek po gettach stołecznego Kingston. Po zapadnięciu zmroku nie należy przemieszczać się po mieście pieszo, najlepiej wziąć taksówkę. W rejonie historycznego centrum trzeba zachować ostrożność też za dnia – nawet zwykły zegarek lepiej zostawić w hotelu i unikać wyludnionych miejsc. Warto pamiętać, aby nie nosić ze sobą zbyt dużo gotówki i pilnować portfela. Jeżeli będziemy poruszać się w tej okolicy samochodem, zamknijmy okna i zablokujmy drzwi.

 

Jeśli zastosujemy się do tych kilku zasad, możemy w pełni cieszyć się pobytem na słonecznej Jamajce. Ta radosna wyspa co roku zdobywa serca wielu podróżników, nawet tych najbardziej wymagających.

 

Pasjonująca Dominikana

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

Więcej…